niedziela, 16 lipca 2017

Rozdział 56




"Trzęsące się dłonie, nie mogę złapać tchu.
Jest trzecia nad ranem, a ja jestem śmiertelnie przerażony.
Mój mrok powraca, paraliżuje mnie...Nikt nie wie, co znajduje się wewnątrz mnie.
Za późno, żeby się dopasować, więc nawet nie śmiem udawać.
Wiesz, jak to jest, oglądać świat, będąc pogrzebanym żywcem?"







Zignorowałam pukającą do drzwi Larissę, zapewne zaalarmowaną hałasem powstałym przy rozbijaniu przeze mnie lustra, i zanurzyłam się po samą szyję w wannie pełnej gorącej wody. Przymknęłam powieki, rozkoszując się przyjemnym ciepłem, które momentalnie ogarnęło całe moje ciało. Miałam nadzieję, że długa, relaksująca kąpiel pozwoli mi wyrzucić z głowy Cole’a i nasza okropną kłótnię. Mogłam wmawiać nam obojgu, że kompletnie mu nie ufałam, ale prawda prezentowała się zupełnie inaczej. I chyba właśnie to bolało mnie najbardziej.
Cole nie był ideałem. Ten zadufany w sobie dupek wielokrotnie wystawiał moje zaufanie na próbę, sprawdzając, jak wiele potrzeba, by nasza łatana na siłę więź ostatecznie pękła. Nic więc dziwnego, że teraz, w sytuacji kryzysowej i tak odmiennej od tych wszystkich, w których zwykliśmy siedzieć razem, nie potrafiłam się przed nim całkowicie otworzyć. Widziałam w nim kandydata na sprzymierzeńca, wiedziałam, że w ramach zemsty zrobiłby dla mnie wszystko. Ja jednak potrzebowałam czegoś więcej, jeśli miałam go ponownie na stałe wprowadzić do mojego życia. Jeśli chciał stać się dla mnie kimś wyjątkowym, musiał zasłużyć się czymś innym, lepszym – na tę chwilę spełniał te same warunki, co reszta moich poddanych.
Nie chciałam go zranić. Możliwe że zbyt pochopnie pozwoliłam sobie wypowiedzieć tych kilka słów, które nas poróżniły, lecz dopiero teraz zaczynało to do mnie docierać. Nie wiedziałam, gdzie jest, wyszedł bez słowa, bez jakiegokolwiek pożegnania. Nie zniosłabym, gdyby już więcej nie wrócił. Z jakiegoś powodu nie mogłam tak po prostu puścić go wolno. Był świadectwem tego wszystkiego, co utraciłam, tej lepszej części mojej mrocznej przeszłości. Nie potrafiłam tak łatwo z niego zrezygnować.
Ale po co miał wracać, skoro osoba, w której pokładał wszelkie nadzieje, nie obdarowała go nawet zaufaniem?
Wyciągnęłam z wody lewą rękę i dokładnie przyjrzałam się przegubowi. Na nadgarstku wciąż był widoczne dwie maleńkie blizny – ślady po kłach Cole’a. Przetarłam po nich kciukiem, tym samym ścierając resztę wody z alabastrowej skóry. Na samo wspomnienie bólu wywołanego ukłuciem zrobiło mi się słabo. Nie żałowałam jednak tego, że między mną a Turnerem doszło do wymiany krwi. Moja posoka dała mu szansę na nowe, lepsze życie. A, chcąc nie chcąc, to przeze mnie utracił to stare.
– Catherine? Mogę wejść? Co się tam dzieje?
Wzięłam głęboki wdech, po czym zatrzymałam powietrze w płucach i zanurzyłam się całkowicie w wodzie. Miałam nadzieję, że dzięki temu chociaż na moment odetnę się od zatroskanych głosów moich poddanych. Niestety nawoływania nie zniknęły – choć przytłumione i zniekształcone, wciąż do mnie docierały.
Wynurzyłam się z wody w tym samym momencie, w którym Larissa rzuciła się w kierunku wanny, by mnie z niej wyciągnąć. Wampirzyca spojrzała na mnie wstrząśnięta i wyrzuciła ramiona w górę, dając upust swojej irytacji.
– Czyś ty zwariowała? Próbowałaś się utopić?!
– Namaczałam włosy – wyjaśniłam zdawkowo, sięgając po szampon. – Nie wszczynaj alarmu, nic się nie dzieje.
– Nie odpowiadałaś, zaczęłam się niepokoić – zarzuciła sfrustrowana, spoglądając w bok na podłogę usianą lustrzanymi odłamkami. – A to co?
Wzruszyłam ramionami, wylewając nieco słodko pachnącego płynu na dłoń. Spieniłam go lekko, po czym od razu nałożyłam na głowę i zaczęłam delikatnie ją masować. Od tak dawna nie myłam włosów, że właściwie zapomniałam, jak przyjemne było to uczucie.
Larissa może i nie należała do najcierpliwszych, ale była przy tym wyjątkowo niezłomna, co w tamtym momencie nieszczególnie mi się podobało. Posyłała w moim kierunku naglące spojrzenia, które drażniły mnie bardziej niż zazwyczaj. Obiecałam sobie jednak, że nie pęknę pierwsza. Miałam nadzieję, że moje milczenie zniechęci Larissę.
– Cole wyglądał na zdenerwowanego – rzuciła po chwili, od niechcenia zmiatając lustrzane odłamki.
Odkręciłam kran i podstawiłam pod niego głowę, by spłukać z włosów szampon.
– Nie obchodzi mnie to.
– O co wam poszło?
– Iss, naprawdę nie chcę o tym gadać – oznajmiłam dobitnie, wykręcając z kosmyków nadmiar wody.
– Nie no, przecież i tak wiem, o co chodzi – mruknęła, wyrzucając fragmenty lustra do worka na śmieci. – Ciężko zachować nieco prywatności w domu pełnym wampirów, chyba nie muszę ci tego tłumaczyć. Chciałam to jednak usłyszeć od ciebie. Wiesz, może coś na temat twoich emocji… – Odwróciła się, kiedy wychodziłam z wanny, zapewne bym nie posądziła jej o naruszanie mojej sfery osobistej. Jakby nie patrzeć i tak to robiła, grzebiąc w mojej relacji z Cole’m. – Ostatnio dzieje się z tobą coś dziwnego. Myślałaś, że to przed nami zataisz?
Owinęłam się ciemnym, froterowym ręcznikiem, po czym wypuściłam wodę z wanny. Opuściłam łazienkę, bez słowa kierując się w stronę garderoby. Przeglądając jej zawartość w poszukiwaniu czegoś wygodnego, po raz kolejny przeklęłam w myślach Willa. Cholernie tęskniłam za dżinsami i flanelowymi koszulami. Nie dość jednak, że w tym klimacie noszenie ich byłoby głupotą, to teraz, w zastępstwie za moje ulubione części garderoby, zmuszona byłam nosić sukienki. I to nie byle jakie, żadna letnia spódnica z sieciówki nie sprostałaby wymaganiom mojego najwspanialszego doradcy. W czterdziestostopniowym upale musiałam nosić te wszystkie niewygodne, drapiące, wykonane z nieprzepuszczalnego powietrza materiału sukienki koktajlowe. Wyglądało to trochę tak, jakby w ogóle nie radziła sobie na stanowisku Królowej, ale przynajmniej próbowała nadrabiać braki wyglądem.
Wyciągnęłam bandażową sukienkę w czerwonym kolorze, łudząc się, że dzięki nietypowemu krojowi łatwo przylegnie do ciała i da mi jako takie wytchnienie od upału.
Podczas gdy ja się ubierałam, Larissa kończyła sprzątać łazienkę. Nie kazałam jej tego robić, lecz najwidoczniej sama doszła do wniosku, że moja niezdarność w połączeniu z ostrymi krawędziami odłamków nie doprowadziłaby do niczego dobrego.
– Więc jak, Królowo, powiesz mi, co cię gryzie?
Westchnęłam ciężko, zasiadając przed toaletką. Wampirzyca podeszła do mnie i zajęła się moimi włosami – najpierw wtarła w nie nieco olejku jojoba, po czym zabrała się za ich suszenie. Przez te dziesięć minut, w trakcie których suszarka zagłuszałaby nasze rozmowy, zastanawiałam się, jak najlepiej byłoby spławić Larissę. W pewnych sprawach potrafiła być nieugięta, dlatego przeczuwałam, że czekało mnie niemałe wyzwanie.
– Jak przygotowania do otwarcia hotelu? – zapytałam, kiedy wampirzyca zastąpiła hałaśliwe urządzenie szczotką do włosów. – Może w czymś ci pomóc?
– Nie próbuj usypiać mojej czujności, Cat – mruknęła, zawczasu przewidując moją niecną zagrywkę. – Mów, co ci leży na wątrobie.
Westchnęłam ciężko, sięgając po eyeliner. Szybko jednak zrezygnowałam z robienia sobie kresek, gdyż moja ręka nieznacznie zadrżała, zwiastując nadejście większych kłopotów. W zamian za to sięgnęłam po pomadkę, którą szybko i w miarę sprawnie wypełniłam kontur moich ust.
– Powiedzmy, że… mam pewne problemy z krwią.
– Nie możesz ugasić łaknienia? Może należy zwiększyć codzienną dawkę?
Powstrzymałam się przed odruchem zagryzienia dolnej wargi, w ostatnim momencie przypominając sobie, że znajdowała się na nich szminka w nudowym kolorze.
– Mój problem dotyczy raczej, hm, jej przyswajania – odparłam, posyłając wampirzycy niemrawy uśmiech.
– Czekaj, co? Nie piłaś krwi od… dziewięciu dni? – dodała, szybko podliczając, jak wiele czasu minęło od opuszczenia przez nas Montany.
– Siedmiu – sprecyzowałam. – Po przyjeździe Will ofiarował mi trochę swojej krwi. Jednak potem… Próbowałam – wyjaśniłam szybko, widząc przerażoną minę Larissy. – Po prostu mi nie podchodzi. Myślę że to kwestia zmiany klimatu, trybu życia i w ogóle…
Wampirzyca spojrzała na mnie, krzywiąc się wymownie.
– Wiesz, że te wymówki brzmią cholernie kiepsko, prawda?
Wzruszyłam ramionami, odwracając się do niej przodem. Larissa cofnęła się, by lepiej mnie widzieć i skrzyżowała ramiona na piersi.
– Nie wyszukuję wymówek. Po prostu próbuję to sobie jakoś tłumaczyć.
– Wiesz, co się dzieje, kiedy wampir za długo nie przyjmuje krwi? – zapytała, wzdrygając się na samą myśl. – Wysusza się. Zobrazuj to sobie, jeśli masz chęć nie sypiać po nocach. Skóra zaczyna się łuszczyć, odpadać całymi płatami… To trochę tak, jakby wystawić się dobrowolnie na słońce, jednak wszystkie te zmiany zachodzą stopniowo.
Odwróciłam się, odnajdując wśród rozmaitych tubek i słoiczków paletę cieni do powiek. Podałam ją Larissie wraz z pędzlem do blendowania, tym samym sugerując, by zamiast gadać, zaczęła mnie malować.
– U mnie objawia się to nieco inaczej – sprostowałam, przymykając powieki, które Larissa z niebywałą precyzją zaczęła pokrywać kolejnymi warstwami cieni. – Można powiedzieć, że tracę zmysły. W sensie… no, po prostu wariuję – rzuciłam, siląc się na lekki ton. – Zaczynam tracić kontrolę nad własnym ciałem, ale również umysłem i popędami. To trochę tak, jakby… Jakby ona mnie zastępowała.
Nie czułam pędzla na skórze, więc odważyłam się otworzyć oczy. Larissa odłożyła paletkę na toaletkę i wróciła do mnie z eyelinerem, jednak nie zabrała się od razu za tworzenie kreski. Przyglądała mi się w milczeniu, lecz nie sądziłam, by robiła to po to, by ocenić postęp swojej pracy.
– Jak o jest mieć ją…w sobie? – zapytała nagle, gestem nakazując, bym na powrót zamknęła oczy.
– Dziwnie to zabrzmiało – parsknęłam, starając się nieco rozluźnić atmosferę. – I żeby nie było, ona nie „siedzi” we mnie – wyjaśniłam, tworząc przy słowach kluczowych cudzysłów w powietrzu. – To coś raczej na kształt wspomnień, jej… Sama nie wiem, myśli? – Pozwoliłam, by Larissa uniosła nieco moją głowę i zamilkłam, kiedy dorabiała klasycznym kreskom namalowanym wzdłuż linii rzęs jaskółki, by nie popsuć jej dzieła. – Ciężko mi to wyjaśnić. My po prostu… Łączy nas więź – dodałam, licząc, że to pomoże Larissie zrozumieć moje położenie.
Wampirzyca nic nie powiedziała, co było do niej raczej niepodobne. Nie nakłaniałam jej jednak do gadania, czując, że w tamtym momencie milczenie było jedyną rozsądną reakcją. W końcu otworzyłam przed nią swoje serce, ot tak jej zaufałam, wyznając swoje największe sekrety, chociaż niespełna godzinę temu o to samo pokłóciłam się z Cole’m. Larissa musiała czuć się dziwnie ze świadomością, że to właśnie ją obarczyłam taką wiedzą, ja sama nie byłam do końca pewna, czy dobrze postąpiłam. Ale po tygodniu tłamszenia tego w sobie poczułam, że muszę się komuś zwierzyć. A Larissa od początku sprawiała wrażenie godnej zaufania. Nawet jeśli nie byłaby w stanie mi pomóc, bo nie sądziłam, by ktokolwiek potrafił to uczynić, po prostu mnie wysłuchała, a ja wtedy chyba właśnie tego najbardziej potrzebowałam.
Zrozumienie. Chociaż to nad zaufaniem trzeba długo pracować, o nie jest równie ciężko. Możemy komuś ufać, ale możemy go nie rozumieć, dlatego modliłam się, by tak nie było w przypadku mnie i Larissy. Pragnęłam jej akceptacji. Gdyby z jakiejś przyczyny postanowiła mnie odtrącić, wróciłabym do punktu wyjścia.
A tego akurat chciałam uniknąć.
– Powinnaś poinformować o tym Willa – oznajmiła po chwili głuchego milczenia. – On był blisko z Kateriną, znał ją lepiej i…
– A ty? – zapytałam, uświadamiając sobie, że tak naprawdę nie wiedziałam o wampirzycy niczego konkretnego. – Znałaś ją?
– Skądże! Sama jestem świeża w tych sprawach. No, wiesz, w byciu Nocnym i w ogóle.
Spojrzałam na nią, nawet nie próbując ukryć swojego zdumienia. Larissa słynęła z gwałtowności, ale, kiedy zachodziła taka potrzeba, potrafiła się zachować. Emanowała chłodem i powagą, z której słynęli ci wiekowi Nocni. Z tego też względu podejrzewałam, iż chodziła po ziemi przynajmniej kilka długich wieków. Nigdy nie podejrzewałabym jej o bycie żółtodziobem.
– Kto cię przemienił? – zapytałam słabo, z jakiegoś powodu czując, że odpowiedź mi się nie spodoba.
Wampirzyca pokręciła głową.
– Przykro mi, ale nie mogę o tym rozmawiać.
– Nie możesz? – powtórzyłam zmieszana. Już miałam użyć nieśmiertelnego argumentu odnoszącego się do mojego stanowiska, ale ugryzłam się w język, coś rozumiejąc. – To był Mason, prawda?
Larissa nie odpowiedziała słownie. Zwiesiła ramiona z przepraszającą miną, sugerującą, że chociaż pragnie być godna mojego zaufania i wszystko wyśpiewać, coś ją powstrzymuje.
– Skoro to nie mój brat jest za to odpowiedzialny, to kto?
– Catherine, naprawdę mi przykro – szepnęła płaczliwie wampirzyca, wlepiając wzrok w podłogę. – Ale nie mogę ci nic więcej powiedzieć. I tak wiesz za dużo.
Przyjrzałam się uważnie swojej podwładnej, jej zwieszonym bezwładnie ramionom i wyrażającemu skruchę spojrzeniu czarnych oczu. Stosunkowo błaha sprawa nagle nabrała znaczenia priorytetowej.
– Czemu nie możesz nic więcej powiedzieć? Co cię powstrzymuje? – Wstrzymałam oddech, nagle coś rozumiejąc. – Iss, kto cię powstrzymuje przed powiedzeniem mi czegokolwiek?
Wampirzyca jęknęła cicho, zagryzając wargi niemalże do krwi. Jej reakcja sugerowała, że obrałam prawidłowy trop.
Moja prawa dłoń zaczęła drżeć, utraciłam nad nią jakąkolwiek kontrolę. Próbowałam zacisnąć ją w pięść, by ukryć drgawki, jednak bezskutecznie. Larissa przypatrywała mi się szeroko otwartymi oczami, przesuwając spojrzeniem z twarzy bezpośrednio na rękę. Kiedy otworzyła usta, by kogoś zaalarmować, nie wytrzymałam. Poderwałam się z taboretu jednym, zwinnym ruchem i owinęłam palce zdrowej ręki wokół jej gardła. Zaatakowana wampirzyca spróbowała mnie odepchnąć, wyrwać się, jednak mój wpływ na nią był zbyt silny. Szybko zaprzestała prób wyzwolenia się, oddając mi kontrolę.
– Nadal się z nią kontaktujesz? – wysyczałam, tracąc panowanie już nie tylko nad prawą kończyną, ale również będącymi do tej pory na uwięzi pierwotnymi instynktami Kateriny. – Jaką ona ma nad tobą kontrolę, co? Jakim pieprzonym prawem sprzeciwiasz się moim rozkazom?!
– Catherine, na Boga, wypuść ją! – wrzasnął William, materializując się obok nas. Mimo że używał pod moim adresem ostrego tonu, jego twarz, a przede wszystkim oczy, pozostawały spokojne. – Krzywdzisz ją!
Dopiero widok posoki spływającej gęstym strumieniem po dekolcie wampirzycy otworzył mi oczy. Przerażona swoją siłą i zniszczeniami, których dokonałam w tak krótkim czasie, odepchnęłam ją od siebie. Larissa, odsunąwszy się na klęczkach pod przeciwległą ścianę, uniosła dłonie do szyi, badając jej stan. Wzdrygnęła się, kiedy pod palcami wyczuła lepkość krwi. W ciszy czekaliśmy, aż jej rozorana skóra się zregeneruje. Ja przez cały ten czas desperacko starałam się podłapać jej spojrzenie i chociaż mentalnie przekazać, jak bardzo mi przykro, lecz wampirzyca celowo nie patrzyła w moim kierunku.
– Catherine?
Zawstydzona zakryłam lewą dłonią tę prawą, feralną pięść. Wiedziałam jednak, że Will swoje zdążył zobaczyć i moje próby zamaskowania problemu były zbędne.
– Ja… Przepraszam, poniosło mnie – wyszeptałam, zdając sobie sprawę z tego, jak słabo to brzmiało.
William ostrożnie wyciągnął ku mnie dłoń, sprawdzając, jak zareaguję na jego dotyk i czy nie będę miała nic przeciwko naruszeniu mojej prywatności. Dzięki łączącej nas więzi doskonale zdawałam sobie sprawę ze wszystkich jego obaw.
– Już dobrze, najdroższa – oznajmił łagodnym tonem, nieznacznie zmniejszając dystans między nami. – Musisz mi tylko powiedzieć, co się tu stało, okay? Na spokojnie, bez nerwów i rozlewu krwi… – Kiedy zrobił ku mnie kolejny krok, drgnęłam. Szybko się wycofał, nie chcąc mnie rozdrażnić. – Jak będzie, kochanie? Zejdziemy na dół i porozmawiamy?
Poczułam się jak małe, bezbronne dziecko. Zapragnęłam najzwyczajniej w świecie się rozpłakać i, wtulona w tors Nocnego, opowiedzieć mu o wszystkich moich problemach – poczynając na Danielu i Cole’u, na zalążkach wariactwa kończąc. Z jakiegoś jednak powodu nie czułam się na to gotowa. Will był jednym z tych, którzy potrafili znaleźć wyjście z każdej sytuacji. Nie chciałam być jednak gorsza od niego; tym bardziej, że byłam Królową. Może i z tego względu przysługiwały mi całe zastępy doradców, ale to nie oni powinni byli być za wszystko odpowiedzialni. Ja powinnam decydować za siebie. To było moje życie, moje problemy…
Zresztą, skoro Larissa, niemalże moja prawa ręka, tak srogo mnie zawiodła, czy miałam prawo ufać Williamowi? Co czyniło go lepszym od innych?
Rozmasowałam skronie, czując narastający ból w czaszce. Byłam rozdarta między swoją wiedzą, a przeczuciami podsuwanymi mi przez Katerinę.
On tylko udaje zatroskanego. W rzeczywistości naśmiewa się z mojej słabości…
– Catherine, proszę… – zaczął kojącym głosem Will, wyczuwając zmianę w mojej aurze.
– Wszyscy coś przede mną ukrywacie! – wykrzyknęłam, mając nadzieję, że swoim wrzaskiem jakoś zagłuszę uciążliwe szepty w mojej głowie. – Macie pretensje o moje metody, nie wierzycie, kiedy mówię, że wszystko jest w porządku… Podważacie mój autorytet! Kpicie z mego majestatu! Uważacie mnie za zbyt młodą i szaloną… W ogóle mnie nie szanujecie! Naruszacie moją prywatność. – Wbiłam w Williama rozżalone spojrzenie. – Miałam pełne prawo ją zabić. Zataiła przede mną istnienie jedynej osoby zdolnej zagrozić mojej pozycji, nie mówi mi wszystkiego… Kontaktuje się z nią! Musze ją zabić!
– Catherine, nie zmuszaj mnie do użycia siły – wtrącił ostro William, na moment wypadając z roli i tracąc swoją uspokajającą otoczkę. – W tym momencie nie myślisz racjonalnie. Jesteś odwodniona i...
Gwałtownie odwróciłam się w stronę Larissy, decydując się dokończyć to, co zaczęłam. Wampirzyca jednak zniknęła; jedynym dowodem tego, co zaszło, była plama krwi na jasnym dywanie.
– Gdzie ona jest? – wysyczałam, doskakując do Willa. – Jak mogłeś pozwolić jej uciec?!
– Catherine, uspokój się, musisz…
Ale ja już go nie słuchałam. Wybiegłam z pokoju, zanim ktokolwiek zdążył zorientować się w moich działaniach i zawczasu mnie powstrzymać.


Długo błąkałam się po mieście, próbując wyłapać pośród setek przeróżnych zapachów ten konkretny, należący do Larissy. Choć obcowałam z jej krwią zaledwie przez kilka minut, ten wonny aromat zapisał się na stałe w mojej pamięci. Jednak odnalezienie jednej, zbłąkanej duszy w Mieście Grzechu nawet dla wampira o ponadprzeciętnie wyostrzonych zmysłach zdawało się być zadaniem niemożliwym do wykonania.
Po kolejnej bezowocnej godzinie poszukiwań poddałam się i weszłam do napotkanego po drodze pubu, mając nadzieję, że alkohol chociaż na chwilę przyćmi mój ból.
Rozejrzałam się po świecącym pustkami wnętrzu baru, podejrzewając, iż to bezguście dekoratora skłaniało klientów do omijania tego miejsca szerokim łukiem. Zaniedbane, pełne wszystkich możliwych dekoracji i motywów pomieszczenie prezentowało się wręcz kiczowato. Tego było za wiele nawet jak na Las Vegas – miasta słynącego z wiązania w jedność różności.
Zdusiłam odruch wymiotny na widok okropnego połączenia kolorów na ścianach i podeszłam w stronę baru – jedynego miejsca, które w całym tym platiskowo-pluszowym królestwie tandety wyglądało normalnie.
Smętny barman wyglądał tak, jakby sam był już po kilku głębszych.
– Zgubiłaś się? – burknął, skanując mnie wzrokiem.
Usiadłam na barowym stołku, próbując nie zwracać uwagi na to, że siedzenie jest podejrzanie lepkie. Uniosłam brew, nie rozumiejąc pesymistycznego nastawiania barmana. Z tego co już zdążyłam zauważyć, nie miał zbyt wielu klientów; poza mną był tu tylko jeden, brodaty mężczyzna, który musiał sączyć swoje piwo już od bardzo dawna, bo przysnął nad kuflem. Zamiast więc wyczuć zbliżający się zysk – w końcu miałam pieniądze i była bardzo zdeterminowana, by z pomocą czystej wyciszyć uciążliwe szepty w mojej głowie – on zachowywał się gburowato.
– Poproszę drinka – rzuciłam rzeczowym tonem, przyglądając się skąpym zapasom alkoholu na półkach za jego plecami. – Coś mocnego, ale znośnego. Whiskey zdecydowanie odpada.
– Luxor jest po drugiej stronie miasta, złotko – warknął, wyraźnie zirytowany.
– Co jest z tobą nie tak, do cholery? Chciałam się tylko napić!
– Znam takie, jak ty – mruknął, patrząc na mnie z pogardą. – Ładne i seksowne, pieprzone sukuby. Nie mam pieniędzy, nic ode mnie nie wyciągniesz!
Oparłam obie dłonie na blacie i pochyliłam się ku niemu. Spróbowałam wysunąć kły, by jeszcze mocniej go przestraszyć, jednak bezskutecznie; mrowienie w dziąsłach skutecznie mi to uniemożliwiało. Wzrok barmana przebiegł po moich nieszczególnie zadbanych dłoniach, teraz dodatkowo pokrytych zakrzepłą krwią. Zamarł, przestając nerwowo szorować kufel, i popatrzył na mnie, nawet nie kryjąc strachu.
– Mam w nosie twoje złamane serduszko. Jeśli laska zostawiła cię, uprzednio oskubawszy z jakichkolwiek oszczędności… – Wzruszyłam ramionami, dając mu do zrozumienia, że to również mnie nie obchodziło. – Chcę się tylko napić. A jeśli nie podasz mi drinka, będę musiała zadowolić się twoją krwią.
Barman upuścił kufel; naczynie roztrzaskało się w drobny mak. Kiedy jednak nie ruszył się, by nalać mi któregoś z alkoholi, a jedynie zaczął mruczeć coś o demonie, westchnęłam przeciągle i wstałam, by obsłużyć się na własną rękę. Zdjęłam z najwyższej półki nieco zakurzoną butelkę ginu. Szukałam czegoś, z czym mogłabym go pomieszać, gdyż z doświadczenia wiedziałam, że pity samodzielnie jest zbyt cierpki, ale nie znalazłam toniku, który by mnie zadowolił.
Z racji, iż moja prawa dłoń znów zaczęła drżeć, postawiłam flaszkę na ladzie obok szklanki i wiaderka z lodem. Po raz ostatni rozejrzałam się po skromnym zaopatrzeniu baru. Kiedy już zaczynałam godzić się z myślą o piciu czystego ginu, wpadłam na pewien pomysł. Z udawanym, uspokajającym uśmieszkiem podeszłam do barmana, który przez cały ten czas nie drgnął choćby o milimetr, i przy pomocy dość tępego noża do cytrusów nacięłam jego nadgarstek. Mężczyzna krzyknął, kiedy brudne, nasączone cytrynowym kwaskiem ostrzem przecięło nie tylko skórę, ale również znajdujące się pod nią tkanki. Udając, że nie słyszę jego zawodzenia, podstawiłam szklankę pod jego ranę, wypełniając ją w trzech czwartych gęstą posoką.
Poklepałam bladego jak ściana barmana po ramieniu i obeszłam barową ladę, by usiąść na stołku znajdującym się po jej przeciwnej stronie. Dopiero po zajęciu miejsca doprawiłam drinka, uzupełniając wolne miejsce kostkami lodu i ginem. Napój brzydko się rozwarstwił, więc sięgnęłam po nóż, którego używałam wcześniej, i wymieszałam go, dzwoniąc metalem o brzegi szklanki.
– Masz na stanie słomki? – zapytałam słodko, spoglądając z góry na barmana, który z powodu strachu i wycieńczenia w skutek powolnego wykrwawiania się, osunął się na podłogę. Drgnął, słysząc mój głos, i nieco mocniej zacisnął palce na zranionym nadgarstku. – Okay, musisz odpocząć, rozumiem. Spokojnie, sama znajdę.
Barman jęknął boleśnie, dociskając zranioną rękę do piersi. Wzięłam pierwszy łyk swojego improwizowanego drinka, nie spuszczając z niego rozbawionego spojrzenia. Rzuciłam w niego znalezioną pod ladą ścierką.
– Masz, zatamuj krwawienie – poleciłam. – Może dzięki temu pocierpisz jakiś kwadrans dłużej.
Za moimi plecami ktoś się poruszył. Wzięłam kolejny łyk posoki zmieszanej z ginem, czerpiąc z tymczasowego przywileju braku odruchu wymiotnego, z rozbawieniem nasłuchując, jak dotychczas drzemiący w kącie klient, próbuje się wymknąć niepostrzeżenie.
– Ani mi się waż nawiać – rzuciłam cicho, wiedząc jednak, że mężczyzna mnie posłucha. – Chodź, napij się ze mną. Na koszt firmy. Barman jest dziś wyjątkowo uprzejmy.
Przez chwilę nic się nie działo, czułam jednak, że brodaty mężczyzna wciąż tu jest. Jego serce, w porównaniu ze słabnącym tętnem barmana, biło szybko i donośnie.
– Kim ty jesteś? – wyszeptał, zbyt przerażony, by podejść bliżej.
Z westchnieniem odwróciłam się w jego stronę, porzucając drinka. Ludzka krew sprawiała, że gin był jeszcze gorszy w smaku. Kiedy próbowałam tej mieszanki z wampirzą – jeszcze na długo przed tym, jak mój organizm zaczął się buntować przeciwko jej przyjmowaniu – smakowała o wiele bardziej znośnie.
– Nie chcesz testować mojej cierpliwości, wierz mi.
Mężczyzna po chwili wahania podszedł bliżej. Zajął sąsiadujący z moim stołek i skrzyżował ramiona na piersi, zgrywając twardziela. Doceniałam ten gest, choć doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że tylko udaje.
– Napijesz się czegoś? – zapytałam uprzejmie, spoglądając na niego kątem oka.
Zacisnął usta w wąską linię i gorączkowo pokręcił głową. Wbrew jego żądaniom podsunęłam mu pod nos mojego niedopitego drinka. Na widok posoki, która osiadła na dnie szklanki, pozostawiając wyraźne odcięcie między każdym składnikiem napoju, wstrzymał oddech i nieznacznie się odsunął.
– Tak, masz rację, smakuje okropnie. – Pokiwałam głową, sięgając po butelkę ginu. – Podobnie jak to – dodałam, bez ostrzeżenia rozbijając flaszkę o bok kontuaru.
Alkohol spłynął po oklejonej plakatami rockowych zespołów imitacji dębu. Przerażenie siedzącego obok mnie mężczyzny przybrało na sile. Spojrzałam na niego ciepło, ujmując lewą, sprawniejszą w tamtym momencie dłonią szyjkę stworzonego naprędce szklanego tulipana.
– Wiesz, że widziałeś za wiele, prawda? – wyszeptałam, zsuwając się z barowego stołka. – Co powinnam z tobą zrobić? Jakieś pomysły, sugestie? Prośby? Jedno słowo, a zrobię to bezboleśnie…
Mężczyzna jęknął cicho, kuląc się na swoim krześle, jakby to miało go ochronić.
– Mogłabym użyć na tobie perswazji – myślałam na głos, okrążając go. – Ale to nie daje mi gwarancji. Wiesz, jak to mówią, tylko trupy potrafią zachować milczenie.
– Nic nie powiem! – pisnął mężczyzna, unikając mojego spojrzenia. – Nic, absolutnie nic!
Westchnęłam cicho, zażenowana faktem, że tak szybko się poddał i, niby od niechcenia, ostrą krawędzią rozbitej butelki przecięłam jego tętnicę szyjną. Odskoczyłam na bok w momencie, gdy krwistoczerwona ciecz pod dużym ciśnieniem wytrysnęła z jego rany, dzięki czemu uniknęłam poplamienia. W końcu miałam jeszcze misję do wypełnienia, nie mogłam paradować po mieście w zakrwawionych ciuchach…
Zlizałam z palca pojedynczą kropelkę krwi i wychyliłam się za kontuar, by sprawdzić, w jakim stanie znajdował się barman. Jego tętno słabło z minuty na minutę, co oznaczało, że nie pozostało mu zbyt wiele życia. Wyciągnęłam z torebki stu dolarowy banknot i położyłam na blacie, dochodząc do wniosku, że i tak za bardzo się zasiedziałam.
– Nie musisz dziękować za solidny napiwek – rzuciłam lekko, z uśmiechem spoglądając na obu mężczyzn leżących w kałużach swojej krwi. – Potraktuj to jako rekompensatę za… hm, straty.
Przeszłam ponad ciałem brodatego mężczyzny, który już dawno przestał szamotać się w konwulsjach i na dobre zszedł z tego świata. Szklane odłamki zachrzęściły pod moimi butami, dlatego następne kroki stawiałam ostrożniej, postanawiając nie roznosić brudu po podłodze.
Od razu po wyjściu z baru spróbowałam uspokoić swoje myśli – w tym te triumfalne, podsyłane mi przez Katerinę – i odnaleźć nić świadczącą o moim przywiązaniu do Larissy. Dotychczas skupiałam się na jej zapachu, zapomniałam jednak, że wiązało mnie z nią coś o wiele silniejszego. Powiedzenie po nitce do kłębka z miejsca nabrało dla mnie zupełnie innego znaczenia.
Ruszyłam w dół ulicy, stukając obcasami. Dzielnica, w której się znalazłam, nie należało do najprzyjemniejszych, jednak z oczywistych względów nie bałam się poruszać nią samotnie w środku nocy. Otoczenie zamiast przerażenia wywoływało u mnie jedynie obrzydzenie. A kiedy w jednej z bocznych uliczek usłyszałam żerujące szczury, nieznacznie przyśpieszyłam, chcąc jak najszybciej przedostać się do nieco bardziej cywilizowanej części miasta.
Obejrzałam się przez ramię, nie mogąc wyzbyć się wrażenia, że ktoś mnie śledzi. Początkowo zganiałam to uczucie na stres i odwodnienie, kiedy jednak zaczęło przybierać na sile, spanikowałam. Zazwyczaj potrafiłam wyczuć i namierzyć ofiarę bez żadnego problemu; nawet jeśli ktoś mnie śledził, nie miałam trudności z tym, by go wykryć. Jednak tym razem było inaczej. Trochę tak, jakby napastnik zbliżał się… zewsząd.
Stłumiłam chęć wykrzyknięcia w nicość infantylnego pytania kto tam? i uważniej rozejrzałam wokół. Otoczenie wciąż pozostawało obskurne i zaniedbane, jednak jego aura uległa zmianie. Jak zwykle wyczułam ją z opóźnieniem.
Kątem oka wyłapałam jakiś ruch po prawej stronie. Zawahałam się przed ruszeniem w tamtym kierunku. Ostatnim razem, kiedy zaufałam instynktom, dałam się bratu podejść i wrobić w morderstwo.
Pozwolisz, żeby jakiś dureń bawił się z tobą w kotka i myszkę? Z Królową?
Wtłoczona do mojej głowy przez Katerinę myśl podziała niczym kubeł zimnej wody. Zerwałam się do biegu, nie myśląc o konsekwencjach tak impulsywnych działań. Przedarłam się przez mur stworzony z nadpleśniałych kartonów do bocznej uliczki, w której jeszcze minutę temu ktoś się poruszył. Wyczuwałam energię, którą po sobie zostawił, nikły zapach… coś jakby trawa cytrynowa? Cytrusowy zapach przełamywał ostrzejszy, ziołowy… nie potrafiłabym pomylić go z żadnym innym. Zbyt dobrze go znałam, by nie wiedzieć, do kogo należał.
– Nie – wyszeptałam w pustkę, bezradnie zwieszając ramiona. Powaga tej sytuacji osiadła na moich barkach, praktycznie wbijając mnie w ziemię. – To się nie dzieje naprawdę. Nie ma takiej opcji.
Nawet jeśli cała ta sytuacja, a właściwie ta osoba miała być jedynie wymysłem mojego chorego umysłu, coś ciepłego trąciło moje pokryte lodem serce.
Oparłam się ręką o wilgotny mur, czując, że zawroty głowy przybierają na sile. Musiałam ostro się skupić, żeby dopatrzeć schyloną za kontenerem postać. Cień poruszył się, ale nie wyszedł do światła, a kiedy na nogach jak z waty zaczęłam się ku niemu zbliżać, zerwał się do biegu.
– Zaczekaj! – wykrzyknęłam spanikowana, próbując go dogonić. Nie mogłam jednak nie myśleć o tym jak o pogoni za nieistniejącym, nierealnym… za duchem.
– Catherine! – Znajomy, kojący głos dotarł do mnie z przeciwnej strony, przedarł się przez kurtynę i ściągnął mnie z powrotem na ziemię.
Zatrzymałam się i obejrzałam przez ramię, zdeterminowana, by odnaleźć w całym tym szaleństwie kogoś żywego, namacalnego. Kogoś, kto uratowałby mnie przede mną samą.
– Will! – wysapałam, z ulgą wpadając w jego objęcia. – Pogarsza mi się, Williamie. Nie kontroluję tego. To jest silniejsze ode mnie. Ja… I te halucynacje!
Nocny objął mnie i uspakajająco pogładził po plecach. Chociaż byłam zbyt roztrzęsiona, by odczytać jego intencje, by w ogóle go wyczuć w sposób inny niż ten fizyczny, ufałam, że dobrze wybrałam. Will nie mógłby mnie zdradzić czy porzucić. Był tym najwierniejszym, najwytrwalszym…
Czy aby na pewno? Ile razy będę musiała się zawieść, by ostatecznie zrozumieć, że w tych okrutnych czasach mogę ufać tylko sobie?
– Och, przestań mi mieszać w głowie! – wrzasnęłam, dociskając pięści do skroni. – Will, zabierz to, zabierz ją ode mnie!
– Cicho, najdroższa, już jesteś bezpieczna. Nie pozwolę, by cokolwiek ci się stało… – wyszeptał kojąco, gładząc mnie po głowie. – Zabiorę cię do domu, dobrze?
Otarłam niewiadomego pochodzenia łzy i pokiwałam głową. Siła i potęga, którą czułam zaledwie kwadrans temu w barze, przeminęła. Nie byłam już nieustraszoną Królową, a zwykłą wariatką, która widziała…
– Widziałam go – wyszeptałam, odważając się spojrzeć przez ramię na pełen śmieci kontener – miejsce, z którego jeszcze nie tak dawno, spoglądał na mnie cień. – Czułam, Will. Czułam go i widziałam.
Zaniepokojony Nocny dotknął mojego czoła, jakby sprawdzając, czy przypadkiem nie majaczę w gorączce. Oparł dłonie na moich policzkach, zmuszając tym samym, bym przestała wodzić rozbieganym wzrokiem po otoczeniu i spojrzała prosto na niego.
– Oddychaj, najdroższa – polecił, gładząc kciukiem linię mojej żuchwy. – Uspokój się i powiedz mi, co widziałaś, żebym chociaż wiedział, z czym walczymy, dobrze?
Zacisnęłam usta, walcząc ze łzami.
– Z moją największą słabością, Williamie. Z jedynym, który byłby w stanie mnie z tego bagna wyciągnąć… ale też jedynym, który mógł mnie w nie wepchnąć.
Modliłam się, żeby Will zrozumiał i nie zmuszał mnie do wypowiedzenia na głos jego imienia, jednak tak się nie stało. Nocny ponowił pytanie, praktycznie wymuszając na mnie odpowiedź.
– Daniela – wypaliłam łamiącym się od łez głosem. – To niedorzeczne, chore i z całą pewnością niemożliwe, ale… Ale widziałam Daniela.




†††††


Tam tam taaaam!

Dobry wieczór! 
Rozdział ze sporym opóźnieniem, zważywszy na fakt, że przecież w wakacje miałam pisać więcej, jednak okazało się, że kiedy już mam czas, to nie mam absolutnie żadnych chęci i weny do tworzenia. Nie chciałam jednak przyjść do Was z czymś, co nie satysfakcjonowałoby mnie w takim stopniu, jak właśnie ten rozdział, stąd ten drobny poślizg. Ostatnio sporo improwizuję, jeśli chodzi o AC, dlatego też każdą akcję muszę dokładnie przemyśleć, aby przypadkową sceną nie spieprzyć sobie pierwotnego zamysłu.
Jak to jest z tym szaleństwem Catherine? Skąd to, po co, na co... Co też ta Klaudia odwala, huh?
Spontany, wszędzie spontany! Spontany są dobre, nie...?

Do napisania! xo


7 komentarzy:

  1. Hej :D
    Czytałam już wczoraj, ale tak źle się czułam, że napisanie komentarza po prostu mnie przerosło. Zresztą do tej pory mam mętlik w głowie, ale o tym za chwilę. Na początku piosenka, którą wielbię, odkąd wleciała na kanał, więc naprawdę cieszę się widząc ją tutaj. Cudna, nie? Swoją drogą, tylko mnie kojarzy się ze Skilletem? Konkretnie z „Awake and alive”? ^^
    Catherine szaleje – i to najdelikatniej rzecz ujmując. Wiedziałam, że rozmowa z Colem wytrąciła ją z równowagi, ale to coś więcej. Jasne, wiem co poniekąd jest tego przyczyną, ale… i tak niezłe rzeczy się tutaj dzieją o.O Swoją drogą, uwielbiam Larissę, naprawdę. Dziewczyna jest taka szczera, bezpośrednia, a przy tym po prostu wydaje się idealna na przyjaciółkę. Tęsknię za Kiełkiem, ale Larissa musi mi na razie wystarczyć :D
    Powiem tak… Poniekąd nie dziwię się Cat, że zaalarmował ją fakt, że jej podobno wierna podwładna coś ukrywa. To ona jest królową, tak? Też nie byłabym zachwycona, wiedząc, że są kwestie o których nie wiem, chociaż powinnam. Ale sposób w jaki ona zareagowała… Auć. Katerina coraz częściej dochodzi do głosu i to widać. Nic tylko czekać na moment, aż te dwie naprawdę na poważnie zaczną ze sobą walczyć – w końcu to dwa różne charaktery, a Catherine… Cóż, czuje się zagubiona. I żeby tylko.
    William *-* Ja tam zawsze się cieszę, kiedy on się pojawia, choćby na chwilę. Swoją drogą, nawet jeśli względem niego Cat zaczyna mieć wątpliwości, to dzieje się źle. Albo nawet bardzo źle, patrząc na scenę w barze, chociaż… Kurde, to było genialne! Uwielbiam takie akcje, nawet jeśli bohaterka odwaliła tu niezłą psychodelę. Spontany są najlepsze, więc rozdział jak najbardziej na plus, a ja – jak wspominałam – mam pustkę w głowie. Bo częściowo wiem, co się dzieję, co innego jeszcze podejrzewam, ale… i tak to nie wszystko, a Ty wciąż potrafisz mnie zaskoczyć. Oby więcej tego, naprawdę, bo takie opisy wychodzą Ci świetnie. I wtedy zdecydowanie warto poczekać na kolejny rozdział, by otrzymać taką perełkę.
    I teraz jeszcze ta końcówka. O Boże… Widziała Daniela. Naprawdę albo wyrzuty sumienia i całe to szaleństwo z Kateriną dają jej się we znaki. Z jakiegoś powodu kojarzy mi się „Makbet” i szaleństwo jego żony, która była pewna, że ciągle ma krew na rękach. Ewentualnie ktoś nieźle miesza Cat w głowie, żeby zrobić z niej wariatkę, bo chyba nawet Nocni nie przyjęliby władzy stukniętej królowej. Tutaj może chodzić o cokolwiek, chociaż kto wie, co Ty tam wymyśliłaś ;> Swoją drogą, moment w którym Cat prosi Williama, żeby „zabrał” Katerinę ma w sobie coś rozbrajającego, bo ona wtedy wydaje się taka… bezbronna.
    Jak zwykle czekam na więcej :D Weny, czasu i… prądu, bo on też najwyraźniej bywa kapryśny xD

    Nessa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O widzisz, wiedziałam, że ta piosenka z czymś mi się kojarzy! Teraz jak jej słucham, dostrzegam wyraźne powiązanie - i to już od pierwszej nuty! Nawet tematyka jest podobna, cholera. Chyba muszę przypomnieć sobie coś niecoś od Skillet, bo aż wstyd zapomnieć o takiej perełce.
      Ach ten "Makbet", chyba nigdy się go nie wyzbędę. Jeden z lepszych dramatów Szekspira, mój zdecydowany ulubieniec. Podebrałam stamtąd już tyle motywów, że głowa mała. I to kompletnie nieświadomie! :p

      Ech, nie przypominaj mi o prądzie. Pół dnia bez cywilizacji - chyba najgorsza kara z możliwych. Dzięki Bogu ten etap już za mną. Teraz znów walczę z brakiem weny xD

      Ściskam!
      Klaudia

      Usuń
  2. hej czytam od jakiegoś czasu "Akademiez Ciemnosci" i jestem nią zafascynowana, każdy rozdział wzbudza u mnie coraz większe emocje.Czekam z niecierpliwością na kolejny rozdział pozdrawiam Gosia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć, witam serdecznie w moich skromnych progach! Bardzo cieszę się, że historia Catherine i Nocnych Ci się podoba. A już tym bardziej, że postanowiłaś się ujawnić w komentarzach ;) Mam nadzieję, że trzecia, ostatnia i, moim zdaniem, najbardziej wyrazista część tej opowieści również przypadnie Ci do gustu.

      Pozdrawiam!
      Klaudia

      Usuń
  3. Witam!
    Już od dawna chciałam skomentować jakiś rozdział jednak piszę dopiero teraz i w sumie mnie to nawet cieszy. Zanim o Twoim cudownym rozdziale, powiem tylko że czytam twój blog od niemal samego początku, wtedy jeszcze dodawałam komentarze i sama próbowałam coś tworzyć. Nie miałam jednak zupełnie w tym doświadczenia no i wszystko spaprałam. Usunęłam mój blog i przestałam czytać AC. Wróciłam do niej całkiem niedawno i przeczytałam wszystkie rozdziały od samego początku (i moje stare komentarze też ;) )
    No więc....Chcę powiedzieć, że przez te wszystkie pięćdziesiąt sześć rozdziałów niesamowicie się rozwinęłaś. Czytając tą historię bardzo łatwo jest mi się wczuć w Cat i jej bóle oraz rozterki. Wszelkie opisy są niemal doskonałe i naprawdę kiedy czytam widzę ten świat Catherine.
    Udało ci się wykreować niesamowite postacie chociaż wiem, że z początku aż tak Ci to nie szło i bałaś się, że zepsułaś postać np. Daniela. Kiedy przeczytałam wszystkie rozdziały po pewnym czasie też dostrzegałam że Cole, którym dawniej się zachwycałam był zwykłym yhmm.. dupkiem.
    Moim skromnym zdaniem najlepszą postacią jaką wykreowałaś był/jest Daniel Shane i kiedy czytałam rozdział jego śmierci płakałam jak bóbr (tak się mówi, prawda?). Szczerze to tylko raz w życiu popłakałam się czytając książkę ze wzruszenia. To był drugi raz i zdecydowanie zasługiwał na to bardziej niż moja niegdyś ukochana książka.
    Co do tego rozdziału to...Cholernie się boję o Catherine. Zastanawiam się czym jeszcze mnie tutaj zaskoczysz, staram się myśleć i główkować ale nic z tego bo Ty nagle wyskakujesz z jakimś nowym pomysłem jak Filip skądś tam.
    Ale żeby tyle nie słodzić to powiem, że William nie jest moją najbardziej ulubioną postacią.
    Dobra trochę się go boję! Przyznaję bez bicia, jest przerażający (dla mnie).

    Pozdrawiam i życzę mnóstwo wolnego czasu na pisanie oraz nadmiaru weny
    Hope.

    Ps.
    W związku z tym, że przeczytałam wszystkie rozdziały jeszcze raz i wszystkie notki odautorskie mam wrażenie, że w pewnej zdradziłaś coś czego nie chciałaś i ja teraz wiem ale nie powiem jeszcze co takiego wiem dopóki się to nie sprawdzi. A wtedy powiem, że a już dawno to wiedziałam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi

    1. Cześć!

      Zmieniłaś też nick, prawda? Albo po prostu o Tobie zapomniałam... Teraz, kiedy już sprawdziłam Twój profil to przypominam sobie, że faktycznie znałam kogoś, kto pisał o Czkawce i Astrid. Coś mi dzwoni, ale nie wiem, w którym kościele, za co bardzo przepraszam! Najważniejsze jednak, że Ty przypomniałaś sobie o AC i wróciłaś :)
      Nawet nie wiesz, ile radości sprawił mi Twój komentarz. Naprawdę, jestem jednocześnie zaskoczona i mile połechtana komplementami. AC nigdy nie było (i nigdy nie będzie!) idealne, a od czasu, kiedy wraz z moją wspaniałą Betą (buziaki, F!) zabraliśmy się za korektę początkowych rozdziałów, dociera to do mnie tym dotkliwiej. Na tyle na ile mogłam, wyprostowałam wszystkie braki. Wciąż zdarzają mi się wpadki, ale mimo to jestem dumna ze świata, który wykreowała, i który rozrósł się już do takich rozmiarów!
      Cieszę się, że nawet po dłuższej przerwie udało Ci się wczuć w klimat AC i nadrobić wszystkie rozdziały. Śmierć Daniela... Wciąż nad nią ubolewam, ale była ona niezbędna do wprowadzenia trzeciej części. Wielu czytelników nie zrozumiało moich działań i poddało się, dochodząc najpewniej do wniosku, że teraz nie będę miała już nic do pokazania. Nie winię ich za to, bo może faktycznie można było rozegrać to inaczej. (A może jeszcze nie wszystko stracone, huh? ;) Cieszę się więc, że Ty nie tylko wróciłaś, ale również postanowiłaś zostać.

      Z czym się znowu wygadałam? Cholera, ja i ten mój niewyparzony język...


      Jeszcze raz dziękuję, cieszę się, że wróciłaś :)
      Ściskam mocno!

      Klaudia

      Usuń
    2. Szczerze to kiedy czytałam ostatnie rozdziały drugiej księgi przeczuwałam, że może stać się coś bardzo złego i kiedy w końcu się to stało i już sobie poryczałam to stwierdziłam, że już nie będę tego więcej czytać ale później gdy już to sobie przemyślałam i ochłonęłam chciałam znać zakończenie tej historii.
      No i oczywiście to co napisałaś w jednej z notek odautorskich trzyma mnie na duchu ;) I nie powiem o co chodzi bo to tak jak z życzeniem urodzinowym. Kiedy się je wypowie nikłe szanse na spełnienie.

      Usuń