sobota, 14 lipca 2018

Rozdział 70




"Niebezpieczne jest to, że jestem niebezpieczna
 I mogę rozerwać Cię na strzępy
 Schwytam Cię, dorwę Cię,
 Chcę posmakować jak krwawisz
 Jesteś moim zabójstwem nocy..."










Westchnęłam ciężko, przewracając się na plecy. Kiedy rozmawiałam z Dehlią na temat procesu przemiany w Mieszańca, zapomniałam zapytać, ile należy czekać na efekty. W przypadku Daniela – chociaż z nim to akurat inna, bardzie skomplikowana kwestia – zajęło to prawie dwadzieścia cztery godziny. Nie miałam jednak aż tyle wolnego czasu. A po spędzeniu godziny w łóżku obok trupa zaczęłam się trochę nudzić.
Niewiele myśląc zsunęłam się z posłania. Nieco zakręciło mi się w głowie, gdy wstałam, ale wystarczyło, bym odczekała kilka chwil, a uczucie dyskomfortu zniknęło. Wkładając na stopy szpilki – zaledwie dziesięciocentymetrowe, choć Larissa upierała się przy znacznie wyższych – wybrałam numer Williama, próbując się z nim skontaktować. Może nie było to zbyt dojrzałe podejście, ale planowałam zrzucić na niego całą czarną robotę. On miał o wiele więcej cierpliwości, spędzenie kilku godzin w obecności trupa nie powinno zrobić mu więc szczególnej różnicy.
Na moje nieszczęście Nocny nie był osiągalny. Gdyby jednak spojrzeć na to z drugiej strony, dobrze na tym wyszłam. Kiedy wychodziłam z domu, nie powiedziałam mu, gdzie i po co się wybieram. Zważywszy na mój stan, na którego punkcie Will był wyjątkowo przeczulony, moja misja, bez względu na to w jak szlachetnych intencjach podjęta, mogłaby mu się więc nie spodobać.
Zrezygnowana ponownie opadłam na posłanie obok Jamesa. Nie licząc nienaturalnie wykręconej głowy wyglądał zupełnie tak, jakby spał. Osobiście zadbałam o to, by sprawiał takie wrażenie, zamykając jego szeroko otwarte w wyrazie zdumienia oczy.
Im dłużej mu się przyglądałam, tym bardziej pospolita wydawała mi się jego uroda. Modnie przycięte, jasne włosy – teraz roztrzepane i potargane – wysokie kości policzkowe, które tworzyły iluzję dołków w policzkach, a do tego wąskie usta, których kąciki skierowane były do dołu, co sprawiało, że dopóki się nie uśmiechał, wyraz jego twarzy pozostawał poważny i smutny. Doskonale jednak wiedziałam, że to nie ze względu na jego urok zewnętrzny, którego mimo wszystko nie można było mu odmówić, zdecydowałam się go przemienić. Pomijając już to, że zwyczajnie zapragnęłam poznać historię smutnego, blondwłosego chłopca sączącego drinki w samotności, biła od niego mroczna, tajemnicza aura obok której nie mogłam przejść obojętnie. Był pod tym względem niesamowicie podobny do Colina – Dziennego, którego poznałam na swoim urodzinowym balu urządzanym przez Radę. Colin, mimo iż jego natura temu przeczyła, był zafascynowany światem cienia i nocy. Wyczuwałam, że James równie szybko odnajdzie się w tym otoczeniu – w końcu zabił innego człowieka i nie odczuwał w związku z tym praktycznie żadnych wyrzutów sumienia. Mrok był mu pisany. I absolutnie nie żałowałam przelanej w jego imieniu krwi.
Kiedy przesunęłam opuszkami palców po jego policzku, nie drgnął ani o milimetr. Tylko westchnęłam zrezygnowana, w myślach odliczając zmarnowane na bezczynne czekanie minuty. Wiedziałam jednak, że nie mogę go tak po prostu porzucić. Gdyby obudził się w pokoju sam, zacząłby wariować. A ja miałam dotkliwą świadomość tego, że pod nami w kasynie bawiło się setki niewinnych ludzi. Nie mogłam aż tak pobłażać swojemu pierworodnemu, gdyż to mogłoby źle wpłynąć na moją reputację wśród pozostałych poddanych.
Minęło nie więcej niż dziesięć minut od mojej próby nawiązania połączenia z Willem, gdy ponownie sięgnęłam po telefon. Tym razem jednak miałam dobry powód ku temu, by ściągnąć do hotelu pomoc.
Komórka wypadła mi spomiędzy palców, gdy uścisk w piersi, do tej pory tłumiony i dzięki temu naprawdę znośny, nagle przybrał na sile. Docisnęłam dłoń do klatki piersiowej, biorąc urwany oddech. Nieprzyjemny ucisk odpuścił równie szybko, co się pojawił, ja jednak wiedziałam, że nie wziął się znikąd.
W pośpiechu zbierałam swoje rzeczy porozrzucane po hotelowym pokoju, jednocześnie zmagając się z zawrotami głowy wywołanymi niedoborem krwi. W moim przypadku każdy, choćby najmniejszy ubytek był niebywale poważny. Zamiast uganiać się po mieście i szukać źródła ucisku w piersi powinnam leżeć i pozwolić mojemu ciału się zregenerować. Jedno jednak powinnam, a drugie musiałam. To jedna z tych chwil w życiu, gdy musiałam wybrać między ważnym a ważniejszym.
– Larissa – rzuciłam na bezdechu, słysząc, że brunetka zaakceptowała połączenie. – Hotel Luxor, pokój dwieście dwadzieścia dziewięć. Na łóżku leży ciało. Jak najdyskretniej przetransportuj je do nas. Umieść je w mojej sypialni.
Cisza w słuchawce trwała o sekundę za długo, co świadczyło o tym, że ją zaskoczyłam.
– Z całym szacunkiem, ale czy ty już do reszty zwariowałaś? Po cholerę ci to ciało?!
– Do mojego powrotu nie powinien się obudzić – kontynuowałam niezrażona. – Gdyby jednak stało się inaczej, pamiętaj, że nie może opuścić domu. Możesz mu dać nieco krwi, jeśli będzie miał takie życzenie. Ach, no i Will nie może się o tym na razie dowiedzieć. Ale wtajemnicz Dehlię, ona ci pomoże.
– Catherine…
– Muszę lecieć – urwałam, dopadając drzwi. – Pokój dwieście dwadzieścia dziewięć. Pośpiesz się. James nie może zostać długo sam.
Ignorując falę pytań, która nastąpiła po mojej wypowiedzi, rozłączyłam się i schowałam telefon do torebki. Po chwili namysłu torbę z rzeczami osobistymi porzuciłam obok ciała, mając nadzieję, że Iss domyśli się i zabierze ją ze sobą. Wystarczyło, że musiałam kręcić się po mieście w szpilkach; tachanie ze sobą kopertówki nie było najlepszym pomysłem.
Po raz ostatni spojrzałam na Jamesa. Upewniwszy się, że nadal śpi jak zabity – niezamierzona gra słowna – opuściłam sypialnię. Przez kilka chwil nie wiedziałam do końca, gdzie się udać, ale ostatecznie stwierdziłam, że najlepiej będzie zacząć od wyjścia na zewnątrz. Ukłucie w piersi, choć krótkotrwałe, było niebywale bolesne, co mogło świadczyć tylko i wyłącznie o tym, że któryś z moich poddanych znajduje się w pobliżu. Nie było to uczucie, które mogłabym utożsamiać z typową tęsknotą, co sugerowało, że któryś z Nocnych znajduje się w niebezpieczeństwie.
Powietrze na zewnątrz niewiele różniło się od tego w kasynie – ciężkie i duszące, niepozwalające swobodnie odetchnąć. Jeśli miałam być szczera temperatura, która mimo późnej pory wciąż wskazywała na to, że znajdowaliśmy w pustynnej strefie klimatycznej, nie wpływała pozytywnie na moje osłabienie i lekkie zawroty głowy. W tamtym momencie nieco zatęskniłam za przejmującym do szpiku kości chłodem panującym w Montanie.
Przechyliłam głowę, nasłuchując podejrzanych odgłosów, ale w mieście, które dopiero nocą budziło się do życia, nie było to łatwe. Podstawowe zmysły, takie jak słuch czy węch, w tej konkretnej kwestii miały mnie zwyczajnie zawieść. Jeśli chciałam odnaleźć zagrożenie, zmuszona byłam polegać na łączącej mnie z Nocnymi więzi i zwyczajnej intuicji.
Obok mnie przebiegła zapłakana, lekko kulejąca kobieta. W normalnych okolicznościach prawdopodobnie nawet bym na nią nie spojrzała – miałam wystarczająco dużo własnych problemów, nie zamierzałam zawracać więc sobie głowy czyimiś. Jednak jej zapach, przesiąknięty na wskroś krwią i zgnilizną, przykuł moją uwagę. Niewiele myśląc chwyciłam ją za nadgarstek i przyciągnęłam do siebie.
– Nie, proszę, nie rób mi krzywdy! – wyjęczała, lekko zataczając się do tyłu. Jej błękitne, pełne łez oczy były szeroko otwarte w wyrazie przerażenia.
Ujęłam jej podbródek między kciuk a palec wskazujący i zmusiłam do odchylenia głowy. Obnażony lewy bok szyi naznaczony był śladami kłów i strużkami świeżej i zakrzepniętej krwi. Ktokolwiek jej to zrobił, nie zdążył zdziałać zbyt wiele. Poza poszarpaną skórą wokół rany, co było prawdopodobnie spowodowane zbyt szybko i nieumiejętnie wyciągniętymi kłami, dziewczyna zdawała się być cała i zdrowa.
Nie mogłam jednak polegać tylko i wyłącznie na swojej intuicji.
Już nie.
Wciągnęłam do płuc lekko słodki zapach blondynki, planując z jego pomocą odtworzyć trasę, którą przemierzyła, a tym samym odnaleźć jej napastnika. Następnie przyciągnęłam ją z powrotem do siebie, zmuszając do tego, by spojrzała mi prosto w oczy.
– Przepraszam za to – szepnęłam, jednym sprawnym gestem skręcając jej kark – że nawet nie jest mi przykro.
Odepchnęłam od siebie jej kruche, skażone śliną i jadem jednego z mieszańców Alison ciało, nieszczególnie przejmując się tym, że zostawiam je na widoku. Moim jedynym zmartwieniem w tamtym momencie było to, czy wampirze substancje nie zaczęły już przeprowadzać zmian w jej organizmie. Było wysoce prawdopodobne, że do pełnej transformacji niezbędny był jad Masona, zaś ten pochodzący od Odmieńca na niewiele się zda. W głębi duszy skrycie na to liczyłam, gdyż nie potrzebowałam kolejnego bezmózgiego zombie-mieszańca na liście moich zmartwień.
Nie chcąc tracić więcej czasu, przeszłam ponad trupem i ruszyłam tropem jej niknącego, słodko-zapleśniałego zapachu. Ból w piersi nie malał, co mogło oznaczać tylko tyle, że zbliżałam się do celu.
Krzyk, który przebił się przez miejski gwar, trafiając wprost do moich uszu, zmotywował mnie do zwiększenia tempa. Przyśpieszyłam, ignorując tym samym odciski powstałe za sprawą niewygodnych butów, a także zawroty głowy, które stawały się coraz bardziej uciążliwe. Każdy, nawet najmniejszy ubytek krwi w moim organizmie dawał mi się we znaki. Rzucanie się w wir walki w takim stanie było co najmniej samobójstwem, ale był to jednocześnie jeden z tych impulsów, których nie potrafiłam zwalczyć.
Jedna z moich podopiecznych ponownie wrzasnęła, tym razem jednak bez trudu rozpoznałam jej tożsamość, gdyż z racji niewielkiej odległości między nami więź przybrała na sile. Z jej pomocą odebrałam również uczucia Lysandry – jej strach, niepewność i ból. To ostatnie szczególnie mnie ubodło.
Gwizdnęłam, jakbym wołała do siebie nieswornego psa, żeby przykuć uwagę przypierającego Lysandrę do ściany potwora. Ten momentalnie się odwrócił, wyraźnie rozproszony. Zamiast jednak utkwić we mnie spojrzenie na dłużej i odpowiedzieć na atak, w końcu perfidnie go prowokowałam, obrócił szybko twarz w przeciwnym kierunku, wypatrując kogoś lub czegoś w mroku. Kiedy niewiele myśląc ruszyłam w stronę zacienionego przejścia, coś zaszeleściło, a następnie dało się słyszeć odgłos stukających o beton obcasów. Chociaż rzuciłam się w pościg od razu, po kilku przebiegniętych metrach zrozumiałam, że osoba, którą goniłam, zniknęła.
Albo przyczaiła się w mroku, by zaatakować.
Stanęłam pośrodku, cóż, niczego i zaczęłam nasłuchiwać. Próbowałam skupić się na tym, by odnaleźć intruza, nie zaś na tym, co zrobię, gdy już go odnajdę. Moją jedyną bronią były kły i obcasy. Znajdowałam się bowiem w przejściu łączącym dwie ulice – walka w tym miejscu byłaby właściwie niemożliwa. Nade mną znajdowało się coś w rodzaju dachu, przez co jedynym źródłem światła były punkty znajdujące się po przeciwnych krańcach tunelu. Mogłam co prawda polegać na pozostałych zmysłach, ale przez wzgląd na niedobór krwi w moim organizmie, było to ciężkie i praktycznie niewykonalne zadanie.
– Nie uważasz, że ta zabawa w kotka i myszkę to przegięcie? – rzuciłam w mrok, próbując sprowokować czyhającą na mnie postać. Byłam więcej niż pewna, że osobą, która przede mną uciekała, była sama Alison. – Nie mamy siedmiu lat, królowo.
Przydomek zabrzmiał gorzko i wręcz prześmiewczo w moich ustach. Gdybym była nią, już dawno bym zaatakowała, chcąc obronić swoje dobre imię.
Ale Alison choć – według relacji Daniela – szalona nie przejawiała skłonności do działań spontanicznych i lekkomyślnych. Jeśli tkwiła gdzieś w mroku, nie zamierzała się zdradzać.
„Po trupach do celu…”
To najwidoczniej jeszcze nie był nasz czas. Zabiła wciąż zbyt mało moich ludzi, by stanąć ze mną twarzą w twarz.
– Następnym razem – wysyczałam – ja przejmę skrzypce. Zatańczysz, jak ci zagram, królowo. Na własnej skórze przekonasz się, co to znaczy zadzierać z samą Kateriną Iwanow.
Nie czekając na odpowiedź rzuciłam się w kierunku wyjścia z tunelu. Gdyby nie kolejny, trzeci już wrzask Lysandry, prawdopodobnie dalej tkwiłabym w ciemnościach, gadając sama do siebie.
– Niedobry pies – warknęłam, łapiąc mieszańca Alison za brzeg koszuli. Zaskoczony nieszczególnie się opierał, bo bez trudu odciągnęłam go od rannej wampirzycy. – Siad.
Mężczyzna, o ile tak można określić tę zniekształconą maszkarę, odbił się od sąsiedniej ściany zaułka, o mały włos nie tracąc całkowitej równowagi. Podczas gdy on próbował otrząsnąć się po uderzeniu, ja sprawdzałam, co z Lysandrą. Wystarczyło tylko jedno spojrzenie prosto w jej oczy, więź zrobiła za nas resztę. Odmieniec ugryzł ją i upuścił nieco jej krwi, ale wciąż nie podał jej jadu należącego do Masona. Reasumując – to były więc jedynie zadrapania, z którymi upora się w przeciągu kilku godzin.
Odmieniec ruszył w naszą stronę, dla odmiany napierając jednak na mnie, nie na Lysandrę. Wampirzyca, zrozumiawszy, że nie mam przy sobie żadnej broni, podzieliła się ze mną własną. W ostatniej chwili przechwyciłam rzucony przez nią sztylet i zamachnęłam się nim w kierunku Odmieńca. Odskoczył ode mnie, parując cios przedramieniem. Ostrze przecięło naznaczoną czarnymi żyłami skórę, bez mniejszych trudności rozdzierając mięso. Z wytworzonej rany zaczęła skapywać czarno-srebrna substancja. Krople jego zmodyfikowanego osocza syczały nieprzyjemnie w kontakcie z betonem, zostawiając na nim osmolone ślady, czy jego ubraniami, wypalając w materiale dziury.
Zły ruch, Królowo.
Strzepnęłam ostrze, próbując w jak najmniej inwazyjny sposób strącić z niego trującą substancję. Odmieniec, dostrzegając moje nieudolne próby uchronienia się przed jego toksycznością jedynie się uśmiechnął.
– Co wy próbujecie tym osiągnąć? – zapytałam, grając na zwłokę.
Odmieniec przechylił lekko głowę, jakby zastanawiał się nad odpowiedzią. Zamiast mi jej jednak udzielić, rzucił się ponownie w moją stronę. Był tak blisko, że skapująca z jego rany krew dosięgnęła moich stóp. Zduszenie okrzyku bólu było praktycznie niewykonalne. Udało mi się walczyć z tym impulsem tylko kilka sekund.
– Czy twoje potworki tak umieją? – wysyczał Odmieniec, świdrując mnie swoimi przekrwionymi, czarnymi jak noc oczami. – Jesteś niczym w porównaniu do naszej Królowej. Zacznij oswajać się z tą myślą, a może przestanie być ona dla ciebie aż tak bolesna…
Korzystając z momentu jego nieuwagi wbiłam mu sztylet w pierś. Cios był zbyt szybki i nieprzemyślany, przez co chybiłam, nadziewając się na jedno z żeber. Zanim wyszarpnęłam ostrze, on już zdążył się otrząsnąć. Odskoczyłam do tyłu, próbując się ratować, jednak na niewiele się to zdało. Odmieniec w dwóch susach pokonał dzielący nas dystans, przyszpilając mnie do ściany.
– Jesteś taka żałosna – westchnął.
Potrząsnęłam głową, desperacko próbując osłonić szyję, kiedy się zbliżył. Jego zniekształcona twarz znajdowała się na wysokości mojej w odległości nie więcej niż dziesięciu centymetrów. Czułam wyraźnie jego przesiąknięty smrodem przegniłej krwi oddech na policzku.
– Może powinnaś się po prostu poddać? Oszczędziłabyś sobie całej tej hańby.
Lysandra, zdradzając swoje zamiary bojowym okrzykiem, rzuciła się od tyłu na Odmieńca. Działania osłabionej wampirzycy jedynie go rozbawiły. Pozbawił ją przytomności jednym, szybkim ruchem lewej dłoni, który ledwo co zarejestrowałam. W jednej sekundzie przyszpilał mnie do ściany, zaś w drugiej zdziałał Lysandrę przez głowę.
– To ma być ta twoja armia? – parsknął.
Szarpnęłam uwięzionymi dłońmi, próbując się wyzwolić. Byłam jednak nader dotkliwie świadoma ubytku krwi, nudności i zawrotów głowy, które od kilku godzin wytrwale krzyżowały wszystkie moje plany.
Rysy jego twarzy wciąż się zmieniały. Czarna substancja wypełniająca jego żyły krążyła tuż pod skórą, zniekształcając i szpecąc. Nie potrafiłam nawet patrzeć mu prosto w oczy – ich barwa wciąż się zmieniała, bledła i intensyfikowała, źrenice zaś rozszerzały się i kurczyły. Nie było w nim nic stałego. Był jedną, wielką, chodzącą sprzecznością. Podtrzymywany przy życiu dzięki martwej materii, jaką był jad Masona. Domyśliłam się tego, gdy próbowałam nawiązać z nim jakąkolwiek więź, aby następnie użyć przeciwko niemu perswazji. Mimo iż jego ciało było żywe, wnętrze pozostawało martwe.
– Moja Królowa ma dziś dobry dzień – wyszeptał. Uścisk wokół mojego lewego nadgarstka zelżał, by ostatecznie całkowicie zniknąć. Nim zdążyłam zorientować się w jego działaniach, Odmieniec wyciągał coś z kieszeni. – Zaprzepaściłaś już tyle szans, by do nas dołączyć… Wiedz, że ta propozycja współpracy jest ostateczną.
Otworzyłam usta, ale przez kilka długich sekund nie byłam w stanie wykrztusić z siebie choćby słowa.
– O czym ty… Och.
Strzykawka w jego dłoni zalśniła złowrogo w słabej poświacie odległych lamp ulicznych. Jedną ręką wtłoczył do jej wnętrza powietrze, zaś drugą wygodnie umieścił na moim gardle, unieruchamiając tym samym znacznie sprawniej. Gdybym zaczęła się szarpać, zacząłby mnie dusić.
– Spokojnie, Królowo. Boli tylko przez chwilę – parsknął, ignorując moje desperackie nawoływania o pomoc. – A potem się umiera.
Nie krzyczałam, kiedy igła wbijała mi się w skórę, ani kiedy jej zawartość została jednym, sprawnym wciśnięciem wtłoczona do moich żył. Wrzask nadszedł dopiero wraz z bólem.
 Bólem niepodobnym do tego, który przywykłam odczuwać w całej mojej niezbyt długiej, ale usianej cierpieniem egzystencji.
Jedyne, o czym byłam w stanie myśleć, kiedy jad Masona krążący w moim krwioobiegu pomału mnie zabijał, był cytat pochodzący ze zdezelowanego egzemplarza „Lolity” czytanej przez Daniela:
„Wiesz, w umieraniu najstraszniejsze wydaje mi się to, że człowiek jest zdany tylko na siebie…”






††††††††††




Dzień dobry!

I... i to w sumie tyle ode mnie. Z rozdziału, mimo iż końcówka drastycznie odbiega od pierwowzoru, jestem naprawdę zadowolona, a to chyba najważniejsze. Pozwoliłam sobie na większą niż zazwyczaj improwizację, ale nie żałuję. Pisanie rozdziału, w którym Cat miała wyjść na wybawcę i bohatera zajęło mi przeszło miesiąc - i niewiele z tego wyszło. Zaś ten za sprawą dość szalonej, ale jakże motywującej myśli powstał w przeciągu kilku godzin.

Do napisania,
Klaudia

poniedziałek, 11 czerwca 2018

Rozdział 69



"Wszyscy cierpimy -  zagubieni i krwawiący
Przez całe nasze życie czekaliśmy na kogoś,
 Kogo nazwiemy naszym przywódcą
 Nie wierzę w żadne z twoich kłamstw
 Niebiosa, spuście na mnie światłość..."












Drgnęłam, czując dotyk na ramieniu. Zaledwie ułamek sekundy zajęło mi, by całkowicie się przebudzić. Wyprostowałam się jak struna, gotowa na konfrontację z przeciwnikiem.
Stojący obok mnie Will wyglądał na zmartwionego. Skrzyżował ramiona na piersi i rozejrzał się po zagraconym gabinecie.
– Spędziłaś tu cały dzień?
– Już się ściemnia? – zdziwiłam się, spoglądając na okno. Odsłonięta do połowy roleta ukazywała świat pochłonięty w mroku.
Przeciągnęłam się, rozluźniając napięte od spania w pozycji siedzącej mięśnie. Pomasowałam również zdrętwiały policzek. Byłam więcej niż pewna, że miałam na nim odciśnięty ślad krawędzi kartki, która posłużyła mi za poduszkę.
Will przeciął gabinet w kierunku jednego z regałów. Z ukrytej za opasłymi tomami skrytki wyciągnął kryształową karafkę z krwią. Nie pytając mnie o zdanie napełnił po brzegi moją pozostawioną na krawędzi biurka filiżankę, a następnie podsunął mi ją praktycznie pod nos, zmuszając tym samym do wypicia.
– Udało ci się coś ustalić?
Westchnęłam głucho, ujmując palcami ucho filiżanki. Choć nie dręczyły mnie już typowo ciążowe mdłości, mimowolnie zrobiło mi się niedobrze, kiedy poczułam okropny, zwierzęcy zapach stanowiący zawartość oferowanego mi przez Willa kubka. Dla bezpieczeństwa odstawiłam naczynie na blat, nie upijając choćby łyka.
– Mam tylko masę teorii spiskowych. I pewien szalony plan, który prawdopodobnie spróbuję zrealizować jeszcze dziś wieczorem.
– Zechcesz mnie z nim zaznajomić? – zaciekawił się Will. – Obiecuję, że nie będę prawił kazań, jeśli okaże się beznadziejny.
Wywróciłam oczami, ignorując jego sarkastyczny ton. Mimo tego, że nierzadko podważał mój autorytet, był jednym z nielicznych, na których mogłam kompletnie polegać.
– Najpierw muszę porozmawiać z Dehlią. Jest u siebie? – zapytałam, wstając.
– Powinnaś najpierw zajrzeć do swojego kochasia – mruknął Will, nawet nie kryjąc swojego zniesmaczenia.
Przymknęłam powieki, mentalnie przygotowując się na najgorsze.
– Co takiego tym razem zrobił Cole?
– Miałem na myśl tego drugiego kochasia, ale miło, że martwisz się bardziej o Turnera niż niezgodnego gatunkowo zdrajcę.
Zmarszczyłam brwi, spoglądając na Williama nagląco. Potrzebowałam wyjaśnień, a nie kolejnej dawki sarkastycznych opinii.
– Daniel parę godzin temu poprosił o widzenie z Cole’m. Cole wyszedł z tej pogawędki ze złamanym nosem – prychnął Will. – Powinniśmy jakoś ukarać Shane’a? Może pominąć jego cotygodniową dawkę krwi?
Uniosłam dłonie w obronnym geście, zrzekając się odpowiedzialności za tę sprawę.
– Nie zamierzam brać udziału w tej walce samców alfa – rzuciłam tylko, kierując się do wyjścia. – Daniel po prostu stara się odreagować to, że nie ma żadnego wpływu na moją przyszłość.
– Powiedziałaś mu? – zdziwił się Will. – Myślałem, że wolałaś tego uniknąć.
– Miałam nadzieję, że wyciągnę od niego jakieś użyteczne informacje. Daniel nie byłby sobą, gdyby nie postawił swoich warunków. Nie miałam wyboru.
Will, mimo iż jego mina zdradzała co innego, nie drążył dalej. Oparł się biodrem o blat biurka i skrzyżował ramiona na piersi.
– Dowiedziałaś się czegoś?
– Tylko tego, że mamy przerąbane – mruknęłam, po czym pokrótce streściłam mu przebieg mojej rozmowy z Danielem, zapobiegawczo pomijając tę część, w której Shane próbował mnie do siebie przekonać. – Na mapie zaznaczyłam punkty, w których natrafiliśmy na zombie-wampiry – dodałam, skinieniem wskazując na rozpostarty na biurku papier. – Choć Daniel zapewniał, że jej ruchy są nieprzemyślane i chaotyczne, wierzę, że to w jakiś sposób nam pomoże.
– Od czegoś trzeba zacząć – przytaknął Will, w zamyśleniu kiwając głową. – Spróbuję przejrzeć wszystkie dostępne źródła i dowiedzieć się czegoś na temat tych kreatur. To jednak pierwszy raz, gdy pierworodna z rodu Iwanowów tak naprawdę nie jest pierworodną – westchnął, nerwowo drapiąc się po karku.
– Trzeba zwołać jakieś zebranie – postanowiłam. – Musimy bardziej uważać. Alison przemienia naszych, chcąc zapewne wywołać zamieszanie w szeregach. Jeśli udowodnię, że nie panuję nad sytuacją, ludzie zaczną odchodzić.
Will zacisnął wargi, wahając się przed wypowiedzeniem kolejnego zdania. Kiedy już miałam go do tego zmusić, westchnął ciężko.
– Kilkoro już się wyłamało po porannej akcji z Chrisem. Osądzają cię o zabijanie własnych ludzi.
Spojrzałam na Willa z zaskoczeniem, dopatrując się jakichś oznak sarkazmu na jego twarzy. Z żalem dostrzegłam jednak, że wszystko, o czym mówił, było prawdą.
– Nie miałam wyboru. Chris zwariował i…
– Działałaś w naszej obronie – przytaknął Will, zmniejszając dystans między nami. Oparł dłoń na moim ramieniu, po czym uścisnął je lekko, próbując dodać mi otuchy. – Większość podziela twoje stanowisko. Ale są też tacy, którym od początku nie podobały się twoje rządy.
– Mam niespełna osiemnaście lat – wyszeptałam, pozwalając sobie na ułamek sekundy okazać słabość. – Czego oni się spodziewali? Cała ta sytuacja dla mnie również jest nowa i… Robię, co mogę, Will. Naprawdę.
Nocny w czysto ojcowskim geście odgarnął mi włosy sprzed twarzy, zakładając kilka kosmyków za ucho. Uśmiechnęłam się lekko, rozczulona jego troską. Czasem zapominałam, że pod tą irytującą powłoką krył się człowiek, który naprawdę we mnie wierzył i był gotów wesprzeć mnie na każdym kroku.
Will wyszeptał coś w języku, którego z początku nie rozpoznałam. Tylko dzięki powiązaniu z Kateriną potrafiłam bez trudu zrozumieć każde, choćby najmniejsze słówko.
„Jesteś naszą jedyną nadzieją na wyzwolenie, najdroższa. Naszym świtem.”
Spojrzałam na niego nieco zmieszana, ale w żaden sposób nie skomentowałam jego wyznania. Czułam, że tak po prostu będzie lepiej. W pewnych sytuacjach słowa były zwyczajnie zbędne.
Will złożył krótki pocałunek na moim czole, po czym odsunął się na bezpieczną odległość. Wiedział, że nie lubiłam, gdy ktoś bezcelowo naruszał moją przestrzeń osobistą. Ze względu na sytuację byłam jednak skłonna mu to wybaczyć. Do tej pory nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bardzo potrzebowałam czyjejś bliskości, choćby chwilowej. Gest Willa przypomniał mi, że nie jestem sama, że mam obok siebie kogoś, kto jest gotowy mnie wesprzeć w działaniach. Zabawne, ale w pełnym zawirowań i paranormalnych zjawisk świecie naprawdę łatwo można było o tym zapomnieć.
Dehlię znalazłam w salonie. Siedziała w otoczeniu kilku Nocnych na kanapie i z zapałem oglądała kolejny odcinek jakiejś meksykańskiej telenoweli. Staruszka nie kryła się ze swoimi emocjami, raz po raz wykrzykując jakieś przekleństwa pod adresem głównej bohaterki. Musiałam przyznać, że na swój sposób było to nawet zabawne.
– Catherine – usłyszałam za plecami.
Niechętnie odwróciłam się w stronę przybysza. Nie miałam najmniejszej ochoty na konfrontacje z Turnerem. Tym bardziej, że doskonale wiedziałam, w jakiej sprawie do mnie przyszedł.
– Nie teraz, Cole – zbyłam go. – Zaraz wychodzę.
– Ale jak na razie wciąż tu jesteś – nie dawał za wygraną.
Z westchnieniem skrzyżowałam ramiona na piersi. Nie przejmując się widownią, którą zresztą i tak bardziej pochłonął scenariusz opery mydlanej niż naszej prywatnej, ruchem dłoni nakłoniłam go do zwierzeń.
– Powiedziałaś mu – mruknął tylko.
Nie spodobało mi się to, jak oskarżycielsko i nieprzyjemnie to zabrzmiało. Uniosłam brew, ukazując swoje niezadowolenie takim obrotem sprawy.
– To moje życie. Mam prawo robić i mówić, co tylko zapragnę.
Cole prychnął, opierając się o futrynę. Widziałam, że jest bliski wszczęcia awantury.
– Byłem zamieszany w sprawę. Mogłaś mnie chociaż poinformować.
– On również, jakby nie patrzeć, jest w to zamieszany. Przestań się więc burzyć – westchnęłam. – Zasugerował mi sprawiedliwy układ. Ja na niego przystałam. I tyle.
– Układ? – podchwycił zmieszany. – Wchodzisz w jakiekolwiek pertraktacje z wrogiem i zdrajcą?
Tym razem to ja niewiele rozumiałam. Tych dwoje kiedyś się przyjaźniło. O co tym razem osądzał go Cole? Czyżby znów był zazdrosny o to, że przed kilkoma tygodniami na polu bitwy to nie jego uratowałam? Mimo iż paradoksalnie to właśnie on, a nie Daniel, przeżył?
– Zdrajcą? Od kiedy to bawisz się w doklejanie ludziom etykietek, Turner?
– Ach, więc to znowu się zaczyna, tak? Wystarczyło parę dni, kilka czułych słówek i ty znów wybierasz jego?
– Powiedziałam, że nie życzę sobie infantylnych przepychanek między wami – rzuciłam oschle, zmniejszając dzielący nas dystans. – A już tym bardziej nie chcę, byś zwracał się do mnie takim tonem. Chyba zapominasz, z kim masz do czynienia.
Cole spojrzał na mnie wyzywająco. Jego wzrok przesunął się po moim ciele, w tym skrzyżowanych na piersi dłoniach, a następnie znów skoncentrował się na moich oczach.
– Jesteśmy zaręczeni – przypomniał.
Mimowolnie spojrzałam na zdobiącą mój serdeczny palec błyskotkę. Niewiele myśląc ściągnęłam ją z ręki i cisnęłam na podłogę. Obrączka odbiła się od posadzki z brzdękiem, zatrzymując się u moich stóp.
– To były aranżowane zaręczyny i dobrze o tym wiesz. Potrzebowałam po prostu kogoś po swojej stronie, by umocnić swoją pozycję. W tym momencie udowodniłeś jednak, że nie jesteś godzien dzielić ze mną korony.
– Wyrzucasz mnie? – prychnął, nieporadnie maskując zdumienie. – I to dlatego, że odważyłem się mieć swoje zdanie?
– Wyrzucam cię – wyszeptałam, nie szczędząc w głosie jadu – bo nie potrafiłeś mi zaufać. Na każdym kroku podważasz moje kompetencje, krytykujesz moje działania i celowo czynisz na przekór. Nie tak powinna wyglądać współpraca!
– Catherine, słuchaj, ja naprawdę…
– Nie, Cole – weszłam mu w słowo, ostrzegawczo unosząc dłoń. – To ty posłuchaj. Mam dość twojego egoizmu. Zachowujesz się tak, jakby w tym wszystkim chodziło tylko i wyłącznie o ciebie. Zamiast mi pomagać, jedynie dokładasz problemów. Jesteśmy na wojnie, do cholery! Nie mam czasu, by za tobą biegać i głaskać cię po główce. Twoja irracjonalna zazdrość mnie wykańcza, nie widzisz tego?
Cole przyglądał mi się w skupieniu, czekając, aż skończę. W tle słychać było jedynie stłumioną kłótnię w języku hiszpańskim. To, że Dehlia przestała się tak ekscytować akcją opowieści, świadczyło tylko i wyłącznie o tym, iż to my staliśmy się główną atrakcją zgromadzonych w salonie.
– Dziwisz się, że jestem zazdrosny? – wyszeptał zbolałym tonem. Albo dobrze udawał, albo naprawdę moje słowa go dotknęły. – Wrócił Daniel. Twój jedyny i wyśniony kochanek, ojciec twojego dziecka… Twój Jonathan. Naprawdę cię kocham, Catherine. Nie mogę znów cię stracić – dodał, spoglądając na mnie błagalnie.
– Miałeś mnie więcej razy, niż jestem w stanie zliczyć. Nie wykorzystałeś żadnej z tych okazji. Jak więc mogę ci wierzyć, gdy mówisz, że mnie kochasz? Oni wszyscy – westchnęłam, wskazując dłonią na zgromadzonych – coś do mnie czują, Cole. Dlaczego twoje uczucia miałyby być wyjątkowe?
– A jego były? – warknął, ponownie wyprowadzając mnie z równowagi.
– Widzisz? Znowu to robisz. Bez przerwy wspominasz jego imię, rozpamiętujesz przeszłość, obracasz przeciwko mnie moje słowa… To ma być dowód twojej miłości?
Cole nic więcej nie powiedział. Przez cały czas nie spuszczał ze mnie jednak błagalnego, pełnego skruchy spojrzenia. Jeśli myślał, że cokolwiek tym wskóra, grubo się mylił.
– Wróć, gdy stwierdzisz, że jednak jesteś w stanie mi zaufać – oznajmiłam, dumnie unosząc brodę. Choć kręciło mi się w głowie od nadmiaru emocji, starałam się panować nad swoimi odruchami. Nie mogłam teraz okazać słabości. Musiałam udowodnić zarówno Turnerowi, jak i wszystkim zgromadzonym, że jestem Królową. – Nie potrzebuję twojej żałosnej, szczeniackiej miłości, a prawdziwego oddania i zaufania.
Nie zwracając uwagi na jego prośby o wysłuchanie, wyminęłam go i ruszyłam w kierunku sypialni. Tchnięta niewiadomego pochodzenia impulsem zatrzymałam się jednak u podnóża schodów
– Gdybyś był rozsądniejszy, zrozumiałbyś, że Daniel nigdy nie był moim Jonathanem – wyszeptałam, nie patrząc na niego. Z jakiegoś powodu nie byłam w stanie dłużej znieść jego oceniającego spojrzenia. – To w tobie zakochałam się najpierw. I to tobie byłam gotowa oddać swoje serce na wieczność.


Usłyszałam pukanie do drzwi dokładnie kwadrans od wydarzeń w salonie. Wyczuwając, że nie jest to gotowa pocieszać mnie do upadłego Larissa, zezwoliłam na wejście. Drzwi uchyliły się lekko, a pomiędzy ich brzegiem a futryną pojawiła się lekko zgarbiona postać Dehlii. Uśmiechnęłam się, zachęcając tym samym staruszkę do przekroczenia progu.
– Ładnie wyglądasz – zauważyła, kiwając głową z uznaniem. – Wybierasz się gdzieś?
– Taki jest plan – przyznałam, wygładzając przód sukienki. – Wiele zależy jednak od ciebie.
Staruszka przysiadła na krawędzi łóżka i spojrzała na mnie nagląco. Dostrzegłam w jej oczach ciekawość, ale również niepokój. Lepiej niż pozostali odbierała moje uczucia i emocje, domyślała się więc, że coś jest na rzeczy.
Odwróciłam się w stronę lustra, raz jeszcze przyglądając się swojej sylwetce. Sukienka, którą wybrałam na wieczór, była dość lekka i zwiewna, dzięki czemu udało mi się ukryć mój coraz bardziej widoczny stan błogosławiony. Na ten moment odcięcie na wysokości talii wystarczało, by zamaskować brzuch. Wiedziałam jednak, że z każdym kolejnym dniem będzie to trudniejsze.
– Wybrałaś już imię? – zagadnęła staruszka. W lustrze podłapałam jej pogodne spojrzenie.
– Nie o tym chciałam z tobą rozmawiać – oznajmiłam, odwracając się w jej stronę. – Długo nad tym myślałam i… Mój czas się kończy – westchnęłam, ostrożnie zajmując miejsce obok niej. – Alison zna wszystkie moje słabości, wie, gdzie i kiedy zaatakować, by najmocniej mnie zranić… Muszę zacząć działać, jeśli nie chcę znów przegrać.
– Chyba nie chcesz…
– Nie mogę dłużej z tym zwlekać – przerwałam jej. – Tu i teraz, Dehlio. Tylko tyle mi pozostało.
Staruszka nakryła moją dłoń swoją, nieco mniejszą i bardziej pomarszczoną. Uśmiechnęłam się lekko na ten gest, mile rozczulona. Musiałam dziś wyglądać naprawdę nędznie, bo zarówno Dehlia jak i William sięgali po żałosne, ludzkie czułości, by poprawić mi nastrój.
– Kiedy ty tak wydoroślałaś, co? – zaśmiała się, wolną dłonią klepiąc mnie w kolano. – Mam wrażenie, że przez noc przegoniłaś nawet mnie.
– Rozmowa z Danielem pomogła mi przejrzeć na oczy – wyznałam, spuszczając z zawstydzeniem wzrok. – Przez ostatnie tygodnie usilnie starałam się stać kimś wyjątkowym. Próbowałam swoich sił jako matka i przyjaciółka, a nawet kochanka. Kompletnie zapomniałam o tym, że moją najważniejszą życiową rolą jest przewodzenie wam. Zatraciłam się w prywatnych, błahych dramatach, ignorując toczącą się wokół mnie prawdziwą batalię. To dało naszym wrogom znaczącą przewagę. Jeśli więc teraz nie zastosuję specjalnej broni, przegram z kretesem – dodałam, w udawanym nonszalanckim geście wzruszając ramionami.
Dehlia nie drążyła dalej. Dzięki łączącej nas więzi zrozumiała więcej, niż byłam w stanie przekazać jej samymi słowami. Chyba to ceniłam najmocniej w możliwości władania Nocnymi: tę bliskość. Dzięki niej miałam pewność, że nawet w sytuacji kryzysowej zostanę przez nich dokładnie zrozumiana i wysłuchana.
W moim życiu nie brakowało atrakcji. Starszy, pierworodny potomek z rodziny Iwanowów okazał się być płci męskiej, co znacząco pokomplikowało skrupulatne plany Kateriny. Nie bez przyczyny na świecie pojawiłam się jednak i ja. To jedno małe niedopatrzenie mimo to zasadniczo zmieniło przyszłość. W świecie Kateriny nie było bowiem uzdolnionych magicznie braci, których krew przemieniała wampiry w żywe trupy, ani zazdrosnej szwagierki, która ubzdurała sobie, że obejmie władzę nad światem i stworzy nową, czystą rasę potworów. Jedynym, zgadzającym się punktem była magiczna ciąża i nieszczęśliwy trójkąt miłosny. Przy czym jednak oba te czynniki okazały się być znacząco pogmatwane. Bo przecież i bez tego wiodłabym nudne życie.
Nie miałam szans w starciu z siostrą Daniela. Mimo iż Shane zapewniał mnie o jej niestabilności psychicznej, nie mogłam brać tego za wyznacznik zwycięstwa. Alison zdążyła przecież udowodnić, na co ją stać. Werbowała moich ludzi, niszczyła ich i zmieniała w potwory, które z kolei wyniszczały tych najbardziej mi oddanych… Atakowała zawsze wtedy, gdy spuszczałam gardę. Znała moje słabości, wiedziała wszystko o moich obawach i gorszych chwilach. Było to przerażające i pozbawiało mnie przewag, to fakt, ale jednocześnie sugerowało mi, jak powinnam działać, by ją zwieść. Jeśli chciałam oszukać szaleńca, sama musiałam się nim stać.
Dobrze, że akurat w tej dziedzinie Katerina nie miała sobie równych.
Dehlia wyjawiła mi, co było jednym z powodów, dla których Katerina zaczęła tracić zmysły. Zawiniła sama sobie, zaczynając tworzyć Mieszańców. Im więcej krwi oddawała, tym mniej stabilna emocjonalnie się stawała. Z tego też powodu nie była w stanie wykarmić swoją krwią całej armii. Mimo że była skłonna oddać wiele swoim poddanym, nie mogła tak ryzykować. Tym bardziej, że była już wówczas w ciąży. I choć amia Mieszańców niewątpliwie zwiększyłaby jej szanse na przeżycie, w tej konkretnej kwestii musiała działać ostrożnie.
Mnie nie zależało na dziecku, nie było u mojego boku żadnego Jonathana. Nie zamierzałam się więc w żadnym stopniu oszczędzać.
Kasyno Luxor było chyba jednym z najbardziej rozpoznawalnych w Vegas. Wszystkiemu winny był niekonwencjonalny kształt budowli, która z zewnątrz przypominała egipską piramidę. Odwiedzenie tego miejsca było jednym z moich priorytetów jeszcze za czasów szkolnych, kiedy to jako zbuntowana nastolatka planowałam w zaciszu swojego okropnego pokoiku w Akademii, gdzie udam się po ucieczce. I choć w Vegas mieszkałam już od kilku tygodni, wciąż nie miałam okazji, by odwiedzić upragnione kasyno. Dzisiejsza noc, a właściwie dzisiejszy cel, był ku temu idealny, dlatego bez wyrzutów sumienia poprosiłam Williama, by podwiózł mnie właśnie w to miejsce.
Gra barw i świateł urzekła nawet mnie, nieczułego na punkcie architektury i stylu wampira. Przez kilka nieprzyzwoicie długich chwil chłonęłam widoki, pozwalając sobie kompletnie się zatracić. Mimo iż byłam dość rozrywkową osobą, nigdy jeszcze nie miałam przyjemności znaleźć się w miejscu tak nietypowym i magicznym jak Luxor. Na moją korzyść przemawiał jednak fakt, że miałam zaledwie siedemnaście lat i w tamtym życiu miejsca jak te zwyczajnie nie były dla mnie dostępne.
Przekroczyłam próg kasyna, rozglądając się z zaciekawieniem i fascynacją, jakiej mogliby pozazdrościć mi turyści zwiedzający paryski Luwr. Możliwe że swoją postawą tylko przykuwałam uwagę, ale w tym życiu, gdzie odgrywałam rolę dumnej i potężnej Królowej, opinia innych już mnie tak bardzo nie martwiła.
Kiedy wystarczająco się napodziwiałam, skierowałam się w stronę baru, by należycie skupić się na swoim zadaniu. Główna sala kasyna skąpana była w papierosowym dymie i miękkiej, żółtawej poświacie lamp. W połączeniu tworzyło to nietypowy nastrój rodem ze starych, czarno-białych filmów. Przyglądając się tym wszystkim oddanym hazardowym rozrywkom ludziom naprawdę czułam się trochę tak, jakbym przeniosła się w czasie. W porównaniu z tym, czym żyłam na co dzień, Luxor zdawał się być kompletnie odcięty od rzeczywistości. Jeszcze chyba w żadnym miejscu w Vegas nie czułam się tak dobrze i bezpiecznie, jak właśnie w tym kasynie.
Zajęłam jeden z wolnych stołków przy barze. Był to jeden z lepszych punktów obserwacyjnych na sali. Mogłam bezkarnie przyglądać się zebranym, nie wyglądając przy tym podejrzanie.
Wypatrzenie ofiary na dzisiejszą noc nie zajęło mi wiele czasu. Co prawda przyszłam tu z założeniem, by znaleźć kogoś masywnego i silnego, ale wszelkie moje plany szlag jasny strzelił, kiedy wypatrzyłam go w kącie sali. Jego przesiąknięte bezradnością i smutkiem oczy zdawały się mnie wręcz hipnotyzować.
Niewiele myśląc zamówiłam drinka identycznego jak on i zsunęłam się z barowego stołka, planując się do niego dosiąść. Zanim jednak pokonałam dzielącą nas odległość, najdyskretniej jak potrafiłam upuściłam do szklanki z whiskey kilkanaście kropel swojej krwi. Płyn pociemniał znacząco w połączeniu z posoką, miałam jednak nadzieję że dzięki przyciemnionym światłom nieznajomy tego nie dostrzeże.
Jeszcze chociażby rok wstecz na samą myśl o podobnej sytuacji zrobiłoby mi się niedobrze. Niby jak to tak podejść do obcego faceta w barze i do niego zagadać? Teraz jednak sytuacja prezentowała się inaczej. Ja byłam inna. Po tych wszystkich latach zyskałam o wiele poważniejsze powody do niepokoju niż odrobina niezobowiązującego flirtu.
– Czy to miejsce jest wolne? – zapytałam, spoglądając na blondyna z góry.
Chłopak oderwał wzrok od swojej na wpół opróżnionej literatki i spojrzał na mnie. Doskonale wychwyciłam moment, w którym jego źrenice znacząco się rozszerzyły. Szybko skinął głową, widocznie zbyt zdumiony, by od razu mi odpowiedzieć. Mój uśmiech jedynie subtelnie się poszerzył, gdy uświadomiłam sobie, że nieświadomie go speszyłam.
– Jestem Catherine – rzuciłam lekkim tonem, próbując rozpocząć rozmowę.
Mężczyzna zamrugał, pomału wychodząc ze wstępnego szoku. Cokolwiek w tamtym momencie myślał na mój temat, niewątpliwie mi schlebiało.
Nieznajomy ujął moją wyciągniętą dłoń i z prawdziwą galanterią ucałował jej wierzch. Kiedy się wyprostował i znów na mnie spojrzał, w jego bursztynowych oczach dostrzegłam coś o wiele bardziej pożądliwego niż smutek – podziw.
– A ja James. Niebywale miło mi cię poznać, Catherine.
– Ciężka noc? – zagadnęłam, spoglądając na jego prawie opróżnioną szklankę.
Jego spojrzenie nieznacznie pociemniało. Przechyliłam lekko głowę, by uważniej mu się przyjrzeć. Musiałam przyznać, że coś w typie jego urody naprawdę mnie przyciągało. Możliwe że wszystkiemu były winne wysokie kości policzkowe, nadające rysom twarzy nietypowej ostrości. To jednak jego bursztynowo-złote oczy były punktem, w który wpatrywałam się najchętniej.
– Czasem zdarza się każdemu.
W odpowiedzi tylko parsknęłam cicho. Na temat „ciężkich nocy” wiedziałam naprawdę wiele. Prawdopodobnie więcej niż powinna wiedzieć osoba w moim wieku. Takie jednak były uroki prowadzenia nocnego trybu życia.
– Czego taka kobieta szuka w takim miejscu? – zapytał, odstawiając prawie pustą literatkę na blat.
– Jak tandetnie to zabrzmi, jeśli odpowiem, że właśnie ciebie? – Oparłam łokieć na stole i wsparłam policzek na dłoni, tym samym nieco zmniejszając dystans między nami.
James zaśmiał się cicho, mile połechtany komplementem. Korzystając z momentu jego nieuwagi zamieniłam nasze drinki – ja przejęłam jego prawie pustą szklankę z resztą rozwodnionej whiskey na spodzie, on zaś tą zakrapianą krwią.
– Co się dzisiaj stało? – zapytałam, świdrując go wzrokiem.
Mężczyzna był lekko podpity, co tylko ułatwiło mi nakłonienie go do zwierzeń. Do końca nie wiedziałam nawet czemu, ale desperacko pragnęłam poznać jego historię. Smutek w jego oczach był zbyt żywy i hipnotyzujący, bym mogła tak po prostu mu się oprzeć i puścić go wolno.
Chciałam jego i tylko jego…
James napił się z mojej szklanki, nawet się przy tym nie krzywiąc. Najwyraźniej alkohol dobrze maskował posmak posoki.
– To nie jest coś, czym powinienem się chwalić przed piękną, nowopoznaną kobietą.
– Dlaczego?
– Nie chcę cię przestraszyć – odparł cicho, zwieszając ramiona.
Przesunęłam opuszkami palców po jego lewej dłoni, szukając obrączki. To, że nie miał jej teraz, nie znaczyło przecież, że nie nosił jej wcale. Wyczuwałam jednak, że za jego smętnym spojrzeniem kryje się coś więcej niż utrata ukochanej.
– Wierz mi, skarbie, nie tak łatwo wyprowadzić mnie z równowagi.
James uśmiechnął się, ale był to gest wymuszony i nieszczery.
– Wyglądasz na silną kobietę, Catherine, ale to… To złamałoby nawet ciebie.
I wtedy zrozumiałam. Poczułam się tak, jakby ktoś nagle przerzucił jakiś przełącznik w mojej głowie. Niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystkie elementy układanki trafiły na swoje miejsce.
– Zabiłeś kogoś – wyszeptałam, uśmiechając się delikatnie. – Po raz pierwszy?
James wyglądał na wstrząśniętego.
– Catherine, nie sądzę…
– Tak, to był twój pierwszy raz – osądziłam, przyglądając mu się, kiedy nerwowo popijał drinka. – Jednak nie sam fakt popełnienia zbrodni cię dręczy, prawda? Tobie się to podobało.
James drgnął, odsuwając się nieznacznie do tyłu. Jego plecy gwałtownie zderzyły się z obiciem kanapy, zaś drink, który dzierżył w dłoni, wysunął mu się spomiędzy drżących palców. Szklanka roztrzaskała się o posadzkę, a reszta zawartości literatki zmoczyła szklane odłamki.
– Skąd ty… Jakim cudem… Kim ty jesteś? – wymamrotał, przyglądając mi się z trwogą.
– Och, James – westchnęłam, wstając z miejsca. Okrążyłam roztrzaskaną na podłodze szklankę i stanęłam naprzeciwko niego. James skulił się w kącie kanapy, robiąc mi tym samym miejsce obok siebie. – Wiem dokładnie, jak się czujesz – wyszeptałam, opierając dłoń na jego udzie, gdy drgnął, próbując zapewne poderwać się do pionu. Ten dość poufały gest mimo wszystko pozwolił mi utrzymać go w miejscu. – Znam to obezwładniające uczucie euforii, dumy i potęgi. Ta moc… ta moc jest nam pisana, najdroższy.
James nerwowo pokręcił głową. Jego próby przeciwstawiania się prawdzie szczerze mnie bawiły.
– Ja nie… to nieprawda! – wymamrotał. – Jestem policjantem. A on był przestępcą. Musiałem to zrobić. Musiałem, bo…
– Bo był przestępcą? – parsknęłam. – Bo był zły? A co pozwala ci uważać się za lepszego od niego?
James nie odpowiedział. W nerwowym odruchu zacisnął wargi, pozwalając, by wyrzuty sumienia zżerały go od środka.
– Należysz do mnie, najdroższy – wyszeptałam, mimowolnymi ruchami gładząc jego udo. – Należysz do cienia, podobnie jak ja. Przestań udawać, że jest inaczej. Mrok od zawsze cię pociągał, czyż nie? Powiedz to – zażądałam, ściskając jego nogę. – Przyznaj mi rację. Wystarczy jedno twoje słowo, James, a uczynię cię silniejszym. Lepszym…
Blondyn wpatrywał się we mnie szeroko otwartymi ze zdumienia oczami. Na pewno nie spodziewał się, że nasza niepozorna rozmowa przerodzi się w coś tak niebezpiecznego i mrocznego.
– Ja… Gdybym zyskał okazję, zrobiłbym to ponownie – wyszeptał, nie spuszczając ze mnie uważnego spojrzenia. Uważnie badał każdą moją reakcję. – Gdybym mógł cofnąć czas i naprawić swoje błędy… – Przełknął ślinę. – Nic bym nie zmienił. Może poza tym, że zamiast jednej kulki wpakowałbym w sukinsyna cały magazynek.
Niemalże pisnęłam radośnie, słysząc jego szczere wyznanie. Świadomość, że mam przy sobie kogoś, kto do złudzenia przypomina mi mojego ukochanego Colina, działała na mnie motywująco.
– Ufasz mi? – zapytałam, dotykając jego policzka.
James skinął głową. Wyrzuty sumienia i smutek wciąż czaiły się w jego oczach, ale wiedziałam, że to po prostu jego ludzka natura nie pozwala mu całkowicie z nich zrezygnować.
– Chodź za mną – szepnęłam, wstając. James bez zbędnych sprzeciwów ujął moją dłoń i pozwolił się prowadzić.
Po kilku minutach znaleźliśmy się w jednej z licznych sypialni znajdującego się nad kasynem hotelu. James, błędnie analizując moje działania, pociągnął mnie w kierunku łóżka. Pozwoliłam, by ułożył mnie na hotelowej pościeli, a następnie nakrył swoim ciałem. Może to wina mojej krwi krążącej w jego obiegu, a może tych hipnotyzujących oczu, ale nie potrafiłam tak po prostu go od siebie odepchnąć.
James pochylił się i złożył delikatny pocałunek na moim ramieniu. Mimowolnie wypięłam ku niemu klatkę piersiową. Wiedziałam jednak, że poza kilkoma nic nieznaczącymi całusami nie mogłam pozwolić mu na więcej. Byłam w ciąży z innym facetem, w dodatku tego samego dnia pokłóciłam się z innym. Nasze żałosne trio nie potrzebowało nikogo innego do kompletu.
Przesunęłam dłońmi w górę jego torsu, zatrzymując je na karku. Wykorzystując swoją wampirzą sprawność przewróciłam nas o sto osiemdziesiąt stopni. James ze zduszonym westchnieniem wylądował na plecach, ciągnąc mnie za sobą. Siedziałam na wysokości jego talii z nogami wspartymi po obu stronach jego ciała, jednak nie czułam się niekomfortowo. Jego bliskość działała na mnie kojąco, a świadomość, że między nami przed kilkoma minutami doszło do wymiany krwi, nadawała całej tej sytuacji jeszcze intymniejszego wymiaru.
Złożyłam delikatny pocałunek w kąciku jego ust, układając obie dłonie na jego karku.
– Witaj i żegnaj, najdroższy – wyszeptałam.
A następnie, bez zbędnych uprzejmości, bezceremonialnie skręciłam mu kark.





††††††††




Dobry wieczór! Powracam co prawda z jednodniową obsuwą, ale jak na razie moje postanowienie, by wrzucać rozdział maksymalnie co dwa tygodnie zdaje się sprawdzać. Zobaczymy, jak długo uda mi się utrzymać tę zależność.
Czekałam na ten rozdział, odkąd zaczęłam pisać trzecią część. Ciężko było mi się do niego zabrać, ale jak już przyszło co do czego... Już dawno nie pisało mi się tak sprawnie i lekko. Niebywale mnie to cieszy, bo jest to niewątpliwie jeden z tych ważnych i przełomowych rozdziałów. Co lepsze jestem z niego nawet zadowolona, a to u mnie niewątpliwy wyczyn.
Następny powinien pojawić się równie szybko. Mam ostatnio wenę na AC.
Zapraszam również na mojego reaktywowanego bloga: Śmierć w lustrzanych odłamkach Trochę mi to zajęło, ale udało mi się powrócić i do tej historii. Tym razem w planach zero porzucania, mam pięćdziesiąt procent szans, że uda mi się wytrwać w postanowieniu ;)

Do napisania,
Klaudia

środa, 23 maja 2018

Rozdział 68



RED - Start Again

"I pamiętam wszystko, wszystko co kochałem,
 Pozbycie się tego, jakby nie wystarczało
 Wszystkie słowa jakie powiedziałem i wszystko co mi wybaczyłaś

 Jak mogłem znowu Cię skrzywdzić?
Co jeśli nauczę się kochać?
 Co jeśli zaczniemy od nowa?"








Przysiadłam na łóżku Daniela, podwijając pod siebie lewą nogę. Pomału zaczynało ogarniać mnie zmęczenie, ale wytrwale je od siebie odpychałam, wiedząc, że szansa na poznanie prawdy może się już więcej nie powtórzyć. Teraz już wiedziałam, że gdybym nie odkładała wszystkiego na ostatnią chwilę i przeprowadziła podobną rozmowę z moim bratem, prawdopodobnie byłabym już lepiej przygotowana. Jeśli chciałam więc doprowadzić tę wojnę do końca, musiałam przestać zwlekać. Zwyczajnie nie mieliśmy czasu na zabawy w podchody.
Shane przyglądał mi się nagląco, oczekując mojej odpowiedzi. Mimo iż wyciągnęłam go z łóżka bladym świtem, on zdawał się być już całkowicie rozbudzonym.
Podczas gdy jego rozpierała energia, ja ujawniałam o wiele mniejszy entuzjazm. Temat mojej ciąży, a już tym bardziej ojcostwa, nie należał do tych, o których chętnie dyskutowałam. Szczególnie z kimś, kto był sprawcą tych problemów.
„Chcę wiedzieć, kto jest ojcem dziecka, Catherine. A tak właściwie, to chcę wiedzieć, czy to ja nim jestem…”
– Skoro zdajesz sobie z tego sprawę, po co roztrząsać temat? – westchnęłam w odpowiedzi, nonszalancko wzruszając ramionami. – To niczego nie zmienia.
Daniel drgnął. Sposób, w jaki na mnie patrzył, uległ natychmiastowej zmianie. W jego oczach  zamiast zainteresowania dostrzegałam wyrzuty i odrobinę nieporadnie hamowanej złości. Znałam go na tyle dobrze, iż domyśliłam się, że wolałby zapewne, aby w zamian go uderzyła. Cios z całą pewnością mniej uraziłby jego dumę niż mój obcesowy, zdradzający brak zainteresowania tematem ton.
– Niczego nie zmienia? Catherine, do cholery, skoro to moje dziecko…
– To co? – naskoczyłam na niego. – Urodzisz je za mnie? Och, a może za mnie też umrzesz? – Prychnęłam, dostrzegając jego przerażoną minę. – Tak jak mówiłam, Shane, to niczego nie zmienia.
– Klątwa – wyszeptał, momentalnie porzucając swoją pewną i wyniosłą pozę. – Myślisz, że tym razem również się dopełni?
Wsunęłam dłonie między uda, próbując ukryć ich drżenie. Na moją korzyść wpływał również przeważający w izolatce półmrok, który sprawnie zamaskował przed jego ciekawskim spojrzeniem całą paletę uczuć, które odmalowały się na mojej twarzy. Jedynym, co mogłoby mnie zdradzić, było przyśpieszone bicie serca, ale to zawsze mogłam zrzucić na ciążę.
Nie bałam się samej śmierci. Bałam się jednak tego, co następowało po niej. Bo czy mogłam liczyć na niebo, czy raczej tacy jak ja od razu trafiali do piekła? A może występowanie tych dwóch miejsc było jedynie bujdą literacką, a po śmierci człowiek zwyczajnie rozpadał się w próżni? Co zaś z czyśćcem, pokutą? Czy miałam jakiekolwiek szanse na wybłaganie odkupienia? A może to również było jedynie wyssaną z palca bajeczką mającą na celu utrzymanie w ryzach zrodzonych z grzechu chrześcijan?
– Nie chcę o tym myśleć – wyznałam zgodnie z prawdą. – Ale biorę taki scenariusz pod uwagę. W końcu, cóż, będziemy mieli córkę – dodałam pozornie lekkim głosem. – A to chyba mówi samo przez się.
Daniel odwrócił ode mnie głowę, skupiając wzrok na pęknięciu w ścianie. Po sposobie w jaki zaciskał szczęki wywnioskowałam, że nie jest zadowolony z takiego obrotu sprawy.
– To nie tak miało się skończyć – wyszeptał, tym samym przytakując moim przeczuciom.
– Nawet ja, osoba o wielu talentach, nie jestem w stanie tego zmienić. Tak po prostu miało być, Shane – westchnęłam. – Nie ma co gdybać.
– Jak w ogóle możesz być taka spokojna? – zapytał oniemiały. – Catherine, do cholery, mowa o twojej śmierci…
– Tu nigdy nie chodziło o mnie. Nigdy też nie zależało mi na moim szczęściu. – Wyprostowałam się, zwracając tym samym jego uwagę. – Wiesz doskonale, że jestem w stanie zaryzykować, jeśli tylko będę miała pewność, że oni... że to ich wyzwoli. Tylko to się liczy – dodałam łagodnie.
Daniel przyglądał mi się w milczeniu przez chwilę, nim szepnął:
– Szkoda tylko, że nie dla mnie.
Uśmiechnęłam się krzywo w odpowiedzi, porzucając tym samym niezręczny temat. Do tej pory nieszczególnie zwracałam uwagę na to, co o moim pomyśle może sądzić Daniel. Zdziwiło mnie więc to, że tak bardzo się przejął. To, że zależało mu na mnie to jedno. Ale dziecko? Nigdy nie rozmawialiśmy na tematy parentingowe, nigdy więc nawet nie podejrzewałam go o to, że pragnął potomstwa. Byliśmy zbyt młodzi i głupi, by snuć rozważania w tej kwestii. Dopiero poznawaliśmy siebie, uczyliśmy się całej tej idei bycia w związku i… I nie szło nam to najlepiej.
Jeden jedyny raz mu uległam. I proszę, lada moment miałam za to umrzeć. Gdzie tu sprawiedliwość?
Raz jeszcze spojrzałam na Daniela, lustrując uważnym wzrokiem jego lekko skuloną sylwetkę. Zamyślona mina była jedynie przykrywką dla gniewu, który tlił się w jego oczach. Po sposobie, w jaki zwieszał ramiona, widziałam, że czuje się przytłoczony i niepewny. Zdarzało nam się mierzyć z różnymi, niekiedy wręcz nierealnymi sprawami, ale w grę jeszcze nigdy nie wchodziło coś tak frustrująco poważnego. Przyglądając się znajomym mankamentom jego urody, tym wszystkim drobnym bliznom z których prawdopodobnie w ogóle nie zdawał sobie sprawy, poczułam ukłucie w sercu. Uczucie to jednak przeminęło równie szybko, co się pojawiło, dlatego też nie miałam pewności co do jego pochodzenia. Równie dobrze mogłam je sobie tylko wyobrazić.
Pamiętałam, jak to było być kochaną przez Daniela Shane’a. Pamiętałam smak jego ust, dotyk na skórze czy uśmiech, którym obdarowywał mnie, ilekroć zostawaliśmy sami. Na nic jednak zdawały się wszystkie te wspomnienia, gdyż zupełnie zapomniałam, jak to było go kochać. Kochać, oddawać jego pocałunki i dotyk… Czuć to dziwne, nieuzasadnione ciepło w piersi, rozlewające się w niej, ilekroć znajdował się w pobliżu. Teraz, jakkolwiek bym się nie starała, nie byłam w stanie tego odtworzyć. Wspomnienia naszej rzekomo epickiej miłości na miarę romantycznych dramatów były wszystkim, co posiadałam.
I jednocześnie jedynym, do czego absolutnie nie chciałam wracać.
Daniel był niewątpliwie stałym elementem mojej egzystencji. Był pierwszym, którego widziałam po przebudzeniu i ostatnim, z którym żegnałam się przed pójściem spać. Dopóki nie zginął, a wraz z nim reszta mojego człowieczeństwa, nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bardzo mnie osłabiał. To dla niego starałam się walczyć z własną naturą. To ze względu na moje uczucia względem niego tak bardzo zwlekałam z ucieczką. Zanim coś zrobiłam, zastanawiałam się, czy w ten sposób przypadkiem go nie urażę. Chciałam być dobra. Przez niego i dla niego.
Prawdą było jednak to, że nie byłam dobra. Nie byłam i nie będę. Zaś udawanie, że jest inaczej, przysporzyło mi więcej kłopotów niż profitów.
– Powiedziałam, co musiałam – wyszeptałam. – Twoja kolej na prawdę.
Daniel w zamyśleniu pokiwał głową. Nie patrzył na mnie, choć podejrzewałam, że wiele go to kosztuje. Wracanie pamięcią do tamtego dnia – rozpoczętego przyjemnie, ale zakończonego o wiele bardziej gorzko – musiało być dla niego naprawdę trudne. Wtedy to po raz pierwszy wyznałam mu miłość.
A chwilę potem tą miłością go zabiłam.
– Zginąłem z twoją krwią w organizmie – podjął po chwili, podnosząc głowę. – Dlaczego nie stałem się Nocnym?
Dorzuciłam to pytanie do listy zakazanych, na które mimo upływu czasu wciąż nie znaliśmy odpowiedzi.
– Obudziłem się pod wieczór. W kostnicy, żeby było zabawniej. Ktoś poinformował ludzi Marlene o naszym położeniu, a ci pojawili się, by uprzątnąć teren.
– Marlene? – zdziwiłam się, wchodząc mu w słowo. – Kto mógłby to zrobić?
W odpowiedzi Daniel jedynie wzruszył ramionami. Chociaż pokładałam w nim tak wielkie nadzieje, koniec końców okazywało się, że wiedział równie niewiele.
– Musiałem przekupić patologa, by pozwolił mi odejść niezauważenie. Nie czekałem do dnia swojego pogrzebu, ale podejrzewam, że Marlene i pozostali pożegnali pustą trumnę – westchnął. – Najpierw udałem się do rodziców, aby wszystko im wyjaśnić. Mama prawie zeszła na zawał, gdy zobaczyła mnie w progu. – Uśmiechnął się lekko do swoich wspomnień. Szybko jednak powrócił do opowieści. – Potem wyruszyłem na poszukiwanie chatki Dehlii. Miałem nadzieję, że właśnie tam cię zastanę. Zamiast ciebie znalazłem jednak Alison.
Zmarszczyłam brwi zaskoczona tonem, jakim wypowiedział to imię. Ilekroć Mason się o niej wypowiadał, brzmiało to dumnie, może nawet nieco czule. W głosie Daniela wyczuwałam jedynie chłód i pogardę.
Znasz ją, Kitty. A ona zna ciebie…
– Twoja siostra – wykrztusiłam, łącząc wszystkie wątki. – Och, oczywiście! Dlaczego wcześniej na to nie wpadłam? Myślisz, że mści się za to, że cię zabiłam?
– To wariatka, Cat. Podejrzewam, że ona sama nie zna motywów, którymi się kieruje.
Ponagliłam go gestem, oczekując dalszych wyjaśnień. Każda informacja była w tym momencie na wagę złota.
Daniel westchnął, w nerwowym odruchu przeczesując włosy.
– Już wiem, jak się czułaś, gdy okazało się, że twój uznany za zmarłego brat jakimś cudem przeżył. Kiedy ją wtedy zobaczyłem… – Parsknął gorzko, dając upust targającym nim sprzecznym emocjom. – Pomyślałem, że dostałem szansę, by to wszystko naprawić. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że moja siostra może być…
– Potworem – dokończyłam za niego. – To zrozumiałe. Ja do tej pory usprawiedliwiam Masona.
– Poprosiła, bym do niej dołączył. A ja, ponieważ tak bardzo pragnąłem znów się do niej zbliżyć, przystanąłem na jej propozycję.
Daniel znów zamilkł, w nerwowym odruchu zaciskając i prostując palce lewej dłoni.
– Musisz mi powiedzieć, co wiesz – nalegałam. – Mogę to wszystko odkręcić, Danielu. Mogę…
– Nie – przerwał mi, podrywając głowę. – Sam chcę to zrobić. Sam chcę zabić Ali.
Tylko skinęłam głową, dając mu w tej kwestii swoje błogosławieństwo. Wiedziałam, że był do tego zdolny. Gardził Nocnymi odkąd jeden z nich odebrał mu siostrę. Wolał zginąć, niż stać się jednym z nas. Podejrzewałam więc, że względem przyszłości siostry żywił podobne odczucia.
– Ali jest rozchwiana emocjonalnie – wyznał cicho. – Mówi jedno, robi drugie. Nie mam pojęcia, jakim cudem udaje jej się wszystkich wokół zaskakiwać. Jej intrygi zdumiewają nawet mnie.
– Może nie jest sama – podrzuciłam, próbując ułożyć w głowie wszystkie nowe informacje.
– Chodzi za dnia – dodał. – Twoja teoria jest więc bardzo prawdopodobna.
  Po co był jej Mason? Wystarczy, że przez nią zaczął wariować. Mówił tylko o niej, sławił jej imię, jakby była co najmniej jakąś świętą...
– Mas jest twoim bratem. Pierworodnym w twojej rodzinie, żeby było ciekawiej. Może istnieje jakiś związek między twoimi zdolnościami a…
Poderwałam się z łóżka, doznając nagłego olśnienia.
– Krew – wypaliłam, rozpoczynając chaotyczny spacer od łóżka do ściany. – Moja leczy, ale i zmienia. A Masona… Niech to cholera, mamy przerąbane.
– O co chodzi, Cat?
Daniel złapał mnie za ramię, próbując mnie zatrzymać w miejscu. Natychmiastowo odpowiedziałam na atak, odwracając się twarzą do niego. Znieruchomiał, przygotowując się na cios. W ostatniej chwili powstrzymałam się przed podniesieniem na niego ręki, przypominając sobie, że jest dotychczasowo moim jedynym źródłem informacji.
– Gdzie się zatrzymaliście? Albo gdzie się spotykaliście? Co mówiła? Jak wyglądała? – Zalałam go lawiną pytań, skrycie licząc na to, że odpowie chociaż na kilka z nich.
– Ciągle zmienialiśmy lokalizację. Musieliśmy podróżować nocą, gdyż poza naszą dwójką nikt inny nie mógł wychodzić na słońce. Podróż do Vegas zajęła nam naprawdę mnóstwo czasu.
Zaklęłam pod nosem, wyszarpując rękę z uścisku Shane’a.
– Może więc być wszędzie. Obserwować każdy mój ruch i… – Opuściłam dłonie wzdłuż tułowia, czując przebiegający wzdłuż mojego kręgosłupa lodowaty dreszcz. – Dlaczego właśnie ty tu zostałeś? Wróciłeś, żeby mnie szpiegować?!
Tym razem nic nie powstrzymało mnie przed zadaniem ciosu. Wykonałam wykop z półobrotu, trafiając Daniela prosto w żołądek. Znokautowany zgiął się w pół i pośpiesznie wycofał, chcąc uniknąć kolejnego uderzenia. Nie zamierzałam jednak okazywać litości szpiegowi.
Sprawnie zamachnęłam się na niego pięścią, uprzednio umiejętnie składając do środka palce. Moja ręka uniknęła jednak zderzenia z jego twarzą, gdyż Shane’owi udało się uchylić w ostatniej chwili. Syknęłam zirytowana i ponowiłam cios. Daniel chwycił mnie za nadgarstek, próbując mnie powstrzymać. Skorzystałam z sytuacji i wyszarpnęłam rękę, jednocześnie powalając go na posadzkę.
– Gdzie się podziały twoje specjalne umiejętności, co, Shane? – zadrwiłam.
– Jesteś w ciąży, do cholery, przecież ci nie oddam!
Docisnęłam kolano do jego klatki piersiowej, unieruchamiając go. Wydał zduszony jęk bólu, ale nie próbował się wyrwać.
– Ach, więc nie zaprzeczasz? Jesteś szpiegiem Alison?
– Czy gdybym nim był, mógłbym tak po prostu ci o niej opowiadać?
Zmarszczyłam brwi, zastanawiając się nad odpowiedzią. Poprzednim razem, gdy próbowałam wyciągnąć z jej ludzi coś na ten temat, nie dostawałam nic oprócz rzężenia i śliny pomieszanej z krwią i srebrem.
– Ali zachowuje się jak wyznawczyni jakiejś new age’owej filozofii. Twierdzi, że świat jest skażonym miejscem, przez co i Nocni nie są już tacy jak dawniej. Bez przerwy mówiła o nawróceniu, oczyszczeniu…
– Chce stworzyć nową rasę wampirów – wyszeptałam, nieco poluźniając ucisk na piersi Daniela. – Nową i czystą.
– Nie ona pierwsza porywa się z motyką na słońce. Jak niby chce tego dokonać? Tylko ty jesteś w stanie tworzyć mieszańców.
– Wyobraź sobie, że krew Masa nie jest wcale taka bezużyteczna – westchnęłam, wstając. Podałam mu dłoń, a następnie pomogłam podnieść się z podłogi. – W połączeniu z tą wampiryczną powoduje… Cóż, efekty są szokujące. Dehlia żartobliwie nazywa te kreatury zombie-wampirami. Wierz mi lub nie, ale ta nazwa niewątpliwie mogłaby stać się tą rodzajową.
Daniel wpatrywał się we mnie ze zdumieniem.
– Przecież wtedy, na polanie… Wydawało mi się, że zależało jej na tym, byś do niej dołączyła. Dlaczego teraz miałoby zależeć jej na twojej śmierci? Ba, na śmierci całej populacji?
– Sam mówiłeś, że zwariowała – zauważyłam. – Poza tym zrobiłam jej na przekór, zabierając jej ludzi i tworząc swoją własną armię. I, cóż, zabiłam ciebie; jakkolwiek dziwnie to teraz nie brzmi. Ali ma więc sporo powodów, by się zemścić.
– Więc co planujesz?
– Zaatakować – odparłam pewnie, uśmiechając się tajemniczo. – Dość tych zabaw w podchody.
Ruszyłam w kierunku wyjścia. Potrzebowałam teraz chwili prywatności, by wszystko na spokojnie sobie poukładać. Mimo słońca, które już dawno majaczyło na horyzoncie zwiastując nadejście kolejnego dnia, planowałam zaszyć się w gabinecie z filiżanką krwi i oddać planowaniu. Może i przegrałam bitwę. Jeśli jednak chciałam wygrać wojnę, musiałam bardziej się postarać.
– Catherine – rzucił nagle Daniel, skłaniając mnie tym samym do zatrzymania się w progu. – Dziękuję za to, że mnie wysłuchałaś.
Na odchodne uraczyłam go chłodnym, iście królewskim uśmiechem.
– Potrzebowałam tych informacji. Nie schlebiaj sobie.
Nie czekając na jego odpowiedź, zatrzasnęłam drzwi, a następnie przekręciłam klucz w zamku. Dwukrotnie; tak dla pewności. Może i wierzyłam mu, gdy mówił, że nie jest szpiegiem Alison, ale nauczona doświadczeniem wolałam dmuchać na zimne.
Z powodu wczesnej (późnej jak na wampiry) pory w hotelu panowała niczym niezmącona cisza. Nieco tym faktem uspokojona ruszyłam w stronę kuchni. Nagły, niecodzienny łoskot dobiegający z góry zmusił mnie jednak do natychmiastowej zmiany trasy.
– Co ty wyprawiasz, do cholery?! Chris!
Widok Cole’a szamoczącego się z Nocnym tylko na chwilę wybił mnie z rytmu. Zatrzymałam się w pół kroku, nie wiedząc do końca, co powinnam zrobić. Szybko jednak zrozumiałam, że jeśli nie pomogę Turnerowi, Chris bez żadnych skrupułów zanurzy kły w jego karku. Krzyknęłam imię atakującego, ale na niewiele się to zdało. Nocny zdawał się w ogóle mnie nie zauważać.
Dopiero kiedy wampir odwrócił się w moją stronę zrozumiałam, co było powodem jego dziwnego zachowania. Jego poszarzała twarz przybrała wyraz wręcz karykaturalnie zniekształconej. Gdyby nie jego czarne, lśniące wściekle ślepia, nie wiedziałabym nawet, do jakiej kategorii go dopasować. Innym wyznacznikiem jego wynaturzenia były bowiem nabrzmiałe, czarne żyły, szczególnie widoczne na tle jasnej cery.
A więc wytwory Alison dotarły aż tutaj.
Po trupach do celu…
– No dalej, Chris. Widzę, że potrzebujesz krwi. Może weźmiesz sobie trochę ode mnie? – zasugerowałam, kiwając na niego palcem.
Nocny warknął, popychając Cole’a na ścianę. Turner w ostatniej chwili stanął na nogi, unikając zderzenia z jej powierzchnią. Nie przyglądałam się dalej jego poczynaniom, zbyt skupiona na przeciwniku, który pewnym krokiem zmierzał w moją stronę.
Jego ruchom brakowało gibkości i sprężystości typowej dla Nocnego, musiałam jednak przyznać, że wciąż pozostawał nad wyraz sprawny. Sposób, w jaki stawiał stopy, podpowiadał mi również, że mam do czynienia z o wiele silniejszym napastnikiem, niż sugerowała to jego postura.
Wykonałam unik na pół sekundy przed tym, nim pięść Chrisa zderzyła się ze ścianą w miejscu, w którym jeszcze przed chwilą znajdowała się moja głowa. Następny, tym razem niechybiony cios należał już do mnie. Wampir zatoczył się do tyłu pod wpływem uderzenia, ale nie upadł na podłogę. Skorzystałam z jego rozproszenia, serwując mu kolejny cios. Chrisowi udało się jednak przechwycić moją nogę w locie. Wykorzystał okazję, odpychając mnie od siebie. Nagle i niebywale boleśnie utraciłam równowagę, lądując na ziemi.
Cole krzyknął moje imię, jednocześnie rzucając się na napastnika. Chris uchylił się przed ciosem Cole’a, który okazał się być jednym z tych markowanych. Nim ten w ogóle zdążył połapać się w sytuacji, Turner serwował mu kolejnego sprawnego i tym razem niechybionego kopniaka w brzuch. W tej samej chwili, w której Cole skręcał napastnikowi kark, ja poderwałam się z ziemi i zanurzyłam dłoń w jego piersi, sięgając serca.
– Spoczywaj w pokoju – wyszeptałam, wyszarpując rękę.
Ociekające czarną krwią i tą dziwną, srebrną substancją serce wciąż delikatnie pulsowało pomiędzy moimi palcami. Gwałtownie odrzuciłam od siebie narząd, kiedy poczułam, że pokrywająca je maź wypala mi skórę. Przyjrzałam się swojej zaczerwienionej, pokrytej drobnymi bąblami dłoni z nieskrywanym przerażeniem. Obrażenia dość sprawnie zaczęły się goić, lecz pieczenie w miejscach, na których wciąż znajdowały się plamy krwi Chrisa, nie minęło tak szybko.
– Catherine, wszystko w porządku?
Spojrzałam na Cole’a, jednocześnie wycierając dłoń w materiał i tak porządnie zabrudzonej koszulki.
– Co to było, do cholery? Skąd on się tu wziął?
Na twarzy Cole’a odmalowywała się dezorientacja. Podobnie jak ja potrzebował odpowiedzi.
– Będę w gabinecie – oznajmiłam, spoglądając po gromadzących się wokół nas Nocnych. Zebrani byli rozespani i podobnie jak my nieco zagubieni. – Niech ktoś zajmie się tym ciałem – dodałam, dotykając trupa czubkiem buta. – Już zaczyna się rozkładać.
– Catherine! – krzyknęła za mną Larissa. – Na pewno wszystko gra?
– Z dzieckiem wszystko w porządku – poinformowałam chłodnym tonem, odwracając się na pięcie. – A teraz, jeśli pozwolicie, pójdę ułożyć plan powstrzymania tej cholernej apokalipsy.







†††††††††





Dobry wieczór! Kolejna miesięczna przerwa za mną. Chryste, co to był za miesiąc... Na szczęście najgorsze już za mną i oficjalnie w tym tygodniu rozpoczęłam najdłuższe wakacje w swoim życiu. Chociaż już od jakiegoś miesiąca siedziałam w domu, tak naprawdę nie miałam wolnego. Problemy rodzinne i matura skutecznie spędzały mi sen z powiek.
Ale oto jestem. Wracam, tym razem pełna energii i zapału. W dodatku z postanowieniem, by ukończyć AC przed kolejnymi, trzecimi już urodzinami. Zobaczymy, co z tego wyjdzie, ale jestem dobrej myśli. Chciałabym również wyrobić normę co najmniej dwóch rozdziałów miesięcznie. Wiecie,że ostatnio minął rok, odkąd zaczęłam tę część? Pisanie dwóch tyle mi zajęło! Nie ukrywam jednak, że ten rok był dla mnie najtrudniejszy. Nie chcę zapeszać, ale mam nadzieję, że gorzej już nie będzie.
Dziękuję wszystkim tym, którzy wytrwale czekali; za wszystkie miłe wiadomości i obietnice, że będziecie trzymać za mnie kciuki na maturach ;) Chyba się udało, bo ustne sprawnie zaliczyłam na dziewięćdziesiąt procent. Mam pewne obiekcje co do pisemnych (matematyka, brr) ale liczę na to, że nie będzie aż tak źle, jak zakładam.

Do napisania! Następny powinien pojawić się już zdecydowanie szybciej.
Klaudia xo