wtorek, 19 września 2017

Rozdział 59



"Nie wiem, jak powiedzieć, że tracę zmysły
Próbując znaleźć perfekcyjną linijkę tekstu
Wydaje mi się, że kończy mi się czas
Chyba potrzebuję cudu
Bo tracę zmysły, odliczając kolejne sekundy
I nie wiem, kiedy mój stan się polepszy..."





Wyczerpana opadłam na łóżko, próbując zdusić cisnący mi się na usta okrzyk bezradności. Kiedy myślałam, że moje życie nie może stać się jeszcze bardziej zagmatwane, Cole się obudził. Był wykończony i głodny, ale żył. I chociaż powinno mnie to cieszyć, wcale tak tego nie odbierałam.
Jego szkarłatno-czarne oczy, kompletnie niepodobne do tych, które powinien mieć mieszaniec stworzony z mojej krwi, napawały mnie niepokojem. Podobnie jak jego niegasnący apetyt. Żeby było ciekawiej, Turner nie łaknął wcale ludzkiej krwi – z tego rodzaju problemem jeszcze dałabym sobie radę. Schody pojawiły się, kiedy okazało się, że jego niesłabnące pragnienie jest w stanie zaspokoić jedynie wampirza krew. Mniej więcej wtedy zaczęłam się zastanawiać, czy nie byłoby jednak lepiej, gdybyśmy nie ukrócili jego męki w inny sposób…
Przeświadczenie, że stworzyliśmy potwora, nie dawało mi spokoju.
Zaraz po tym jak Cole względnie ugasił łaknienie i udał się do swojego pokoju, żeby odpocząć i zregenerować siły, osobiście odprowadziłam Masona do izolatki. Dziwiło mnie, że nie wykorzystał zamieszania i nawiał, kiedy tylko zyskał ku temu sposobność. Nie miałam pojęcia, co kierowało moim bratem i na ile mogłam mu ufać, a ta sytuacja jeszcze mocniej namieszała mi w głowie. Kiedy mogłam go po prostu nienawidzić, było o wiele łatwiej.
Spokoju nie dawały mi również słowa Masona. Według niego to nie on przez cały czas mi zagrażał, a tajemnicza Ona, o którą to zdążyłam się już pokłócić również z Larissą. Serce podpowiadało mi, że brat ma rację, w końcu tak jak wcześniej powiedział, byliśmy rodziną, a płynąca w naszych żyłach krew była na tyle podobna, byśmy mogli dzielić jej wyjątkowe właściwości. Jednak rozum i o wiele efektywniej przemawiające do niego logiczne argumenty udowadniały, że odkąd Mas był uwięziony, nikt nie czyhał na moje życie, nie knuł przeciwko mnie…
Tak źle, tak niedobrze. Ale przecież nikt nie mówił, że rola Królowej jest łatwa i przyjemna.
Spojrzałam w dół, na swój brzuch, po którym jeszcze nie było widać mojego cudownego stanu. Na samą myśl, że zostało mi tylko kilka tygodni względnej wolności, robiło mi się słabo. Nie zamierzałam się nad sobą użalać, gdyż na to było już za późno, ale mimo to prawda wciąż do mnie nie docierała. Zwyczajnie nie potrafiłam się z nią pogodzić. Gdyby Daniel tu był, na pewno powiedziałby, żebym się nie martwiła, bo wszystko się jakoś ułoży. Ten jego udawany optymizm zawsze mnie bawił. Ja lubiłam stawiać sprawę jasno, kiedy coś się sypało, mówiłam głośno o swoich obawach, zamiast mydlić innym oczy zapewnieniami, że wszystko będzie dobrze. Bo nie mogło takie być. A udawanie, że mogłoby być inaczej, wydawało mi się bezcelowe.
Ale gdyby Daniel tu był… Nie byłoby mnie. Tej mnie, którą zdążyłam już polubić.
Rola Królowej wymagała wielu poświęceń. Bycie odpowiedzialnym za jedno istnienie to jeszcze nie wyzwanie. Schody zaczynały się pojawiać, kiedy tych istnień robiły się setki, w dodatku każde z nich posiadało po parze kłów (albo dwóch, żeby nie było zbyt nudno) i jeden, wiecznie niesłabnący apetyt na krew. Bywały momenty, w których mocniej odczuwałam ciężar umiejscowiony na moich barkach. Zarzucałam sobie wówczas, że jestem zbyt młoda, by rządzić, zbyt głupia, by poprowadzić ich wszystkich na rzeź o moje-nie-do-końca-moje niespełnione dziecięce marzenia. Ale potem spoglądałam na najbardziej mi oddanych Nocnych, podzielałam ich podziw i uznanie, i od razu robiło mi się cieplej na sercu. Dla nich byłam skłonna poddać się każdego poświęcenia.
Pomału zaczynałam przysypiać – blisko dwutygodniowe zmęczenie coraz dotkliwiej dawało mi się we znaki – kiedy ktoś niebyt dyskretnie zapukał do drzwi. Tylko westchnęłam w odpowiedzi, słysząc jak Will, nie czekając na moje potwierdzenie, sam się wprosił. W tym domu pukanie do drzwi było tylko zbędną formalnością.
– Królowo?
Machnęłam ręką, sugerując, by wszedł głębiej do pomieszczenia. Will w kilku krokach pokonał dzielący nas dystans i stanął obok posłania. Spojrzał na mnie z góry, uśmiechając się pogodnie.
– Mogłabyś się chociaż przebrać. Masz na sobie zakrwawioną, podartą sukienkę.
Od niechcenia spojrzałam na moje bandażowe, czerwone cudo. Po dzisiejszym wieczorze nie nadawało się już nawet do bycia zwykłą ścierką do podłogi.
– Ale to wciąż sukienka – mruknęłam, abstrahując do nieśmiertelnej gadki Willa na temat mojego ubioru. – Także nie narzekaj.
– Jak się czujesz? – zapytał, przysiadając na krawędzi materaca.
Przetarłam dłonią po twarzy, osłaniając tym samym oczy przed pierwszymi promieniami słońca, które przedarły się pomiędzy marszczeniami niezaciągniętych do końca zasłon. Will, jakby domyślając się co jest powodem mojego rozdrażnienia, wstał i szybko pozbył się problemu. Pokój znów pochłonął przyjemny półmrok.
– A jak myślisz? Jestem zmieszana, przerażona, trochę zdołowana…
– Katerina ucieszyła się na wieść o dziecku – zauważył Will, próbując nieco podnieść mnie na duchu.
– No i widzisz, do czego ta jej matczyna miłość doprowadziła – mruknęłam. – Bardziej kochała siebie i zemstę niż swoje dziecko, które ostatecznie przeklęła, nieświadomie zsyłając klątwę nie tylko na małą, ale również jej następczynie.
Will odchrząknął, nieco zaskoczony moimi słowami. Dotychczas nigdy tak otwarcie nie mówiłam o mojej niechęci do Kateriny.
Przy czym niechęć to za duże słowo. W końcu w głębi serca naprawdę ją podziwiałam i nie chciałam, żeby mnie opuszczała. Jej wspomnienia były wszystkim, co mi zostało. Bez niej dosłownie byłabym nikim.
– Brzmisz, jakbyś miała jej to za złe – zauważył, rozważnie dobierając słowa.
– Ja już nie wiem, co mam o tym wszystkim myśleć, Williamie – wyszeptałam, mimowolnie zsuwając dłoń na brzuch. – Katerina żyła jedynie zemstą. A ja… Mnie spotyka cała masa innych nieszczęść. A przecież miałam tylko odtwarzać jej wspomnienia…
– Każda klątwa ma jakiś haczyk, najdroższa. W twoim przypadku jest nim właśnie Mason. Wiesz, że w niepowołanych rękach, mógłby on stanowić świetną broń przeciwko tobie, prawda? – zapytał, a w jego tonie wyczuwałam wyraźny niepokój. On też nie był zachwycony z nowości, jakimi uraczył nas los.
Westchnęłam ciężko i obróciłam się na brzuch. Dotykanie go i wmawianie sobie, że rozwija się w nim nowe życie wcale nie pomagało – brzmiało to równie abstrakcyjnie i niedorzecznie co na początku.
– On sam w sobie jest niebezpieczny. Mimo wszystko lepiej jest mieć go po swojej stronie…
– Co z nim zrobisz? Nie sądzisz że teraz, kiedy odkrył swoje zdolności, nie postanowi się zbuntować i uciec?
– Już by to zrobił – stwierdziłam, przygryzając dolną wargę. – Zresztą, on od początku zdawał się wiedzieć, co się dzieje. Jak sądzisz, co jeszcze potrafi? – zapytałam, spoglądając na Nocnego kątem oka.
William zamyślił się na chwilę. Ostatecznie tylko pokręcił głową, po raz kolejny dzisiaj zdradzając przede mną swą niewiedzę.
– Nie znam go tak dobrze, jak ty.
Ale czy ja go tak naprawdę znałam?
Wychowywaliśmy się razem, to fakt, ale wtedy nie zdawałam sobie sprawy ze swoich zdolności, tym bardziej więc nie skupiałam się na wynajdywaniu ich u niego. Mason zapisał się w moich wspomnieniach jako ten kochający, nieco nadopiekuńczy starszy brat, który odbierał mnie z imprez i odganiał ode mnie zbyt nachalnych adoratorów. Nie pamiętałam, aby kiedykolwiek okazał się być w czymś ponadprzeciętnie dobry. Nigdy też na moich oczach nie stworzył mieszańca. Był zwyczajnym Dziennym, potem również Nocnym – chociaż w tym wydaniu nie znałam go zbyt długo.
– Wiedział o ciąży na długo przede mną – wyszeptałam, nagle coś sobie uświadamiając. – „Nie chcę twojej krwi. Gardzę nią. Zabija mnie od lat”… – mamrotałam pod nosem kolejne stwierdzenia, które padły z jego ust podczas naszej pierwszej rozmowy. – A co jeśli on nie jest szalony, a po prostu za dużo widzi? Za dużo wie?
Will patrzył na mnie przez chwilę, próbując zapewne doszukać się jakiejkolwiek logiki w mojej chaotycznej wypowiedzi. Z reguły kiedy się stresowałam, bądź tak jak teraz wpadałam na jakąś genialną myśl, mówiłam wszystko, co mi ślina na język przyniosła, żeby o niczym nie zapomnieć.
– Chcesz przez to powiedzieć, że widzi przyszłość? Przecież ty też to potrafisz.
– O wiele łatwiej idzie mi odczytywanie przeszłości. Z moich proroczych snów nie ma żadnego pożytku. Gdyby było inaczej, Daniel wciąż by żył.
– Przewidziałaś śmierć Daniela? – zdziwił się William. – I nic z tym nie zrobiłaś?
– Oczywiście, że zrobiłam – żachnęłam się urażona. – Uratowałam go jednak tylko z sytuacji, którą przewidziałam – wyjaśniłam, nawiązując do nocy, podczas której to wraz z Shane’m uciekliśmy z Akademii. – Nie przewidziałam jednak, że zaledwie kilka dni później Mason każe mi zabawić się w boga.
Will westchnął i oparł łokcie na kolanach, lekko pochylając się przy tym do przodu. Ze zdumieniem musiałam przyznać, że wyglądał na bezradnego. Porzucił w kąt maskę pewnego siebie, dumnego, wieloletniego wampira który wie wszystko o wszystkich, na chwilę pozwalając mi ujrzeć swoje prawdziwe oblicze.
– Katerina zabija swojego Jonathana – mruknął, kręcąc głową z niedowierzaniem. – Ileż bym oddał, żeby taki scenariusz rozegrał się przeszło sto pięćdziesiąt lat temu.
– Dlaczego?
Will chyba uświadomił sobie, jak wielką gafę popełnił, bo zamiast odpowiedzieć tylko pokręcił głową, porzucając niewygodny dla niego temat. Nienawidziłam tej jego skłonności do mówienia tylko o tym, na co miał ochotę. Z jakiegoś powodu mówienie o Katerinie i ich wspólnej przeszłości nie było jego ulubionym tematem i właśnie to najmocniej mnie drażniło. Miałam pod nosem genialne źródło informacji, ale nie mogłam z niego korzystać.
Pewnych ran lepiej nie rozdrapywać – powiedział mi kiedyś, kiedy za bardzo próbowałam drążyć i znowu zmienił temat.
– Zapisać cię na wizytę do lekarza, czy sama to zrobisz?
Nieco zbita z pantałyku tym pytaniem zamrugałam nieprzytomnie, próbując przyswoić fakty.
– Lekarza?
– No… Tego kobiecego, który zajmuje się prowadzeniem ciąży – wyjaśnił William, wyraźnie zażenowany poziomem mojej wiedzy na temat dzieci i tego cudownego okresu od poczęcia do ich przyjścia na świat.
– Jestem wampirem – rzuciłam tonem, który sugerował, że jest to wystarczająca odpowiedź.
– I to niby jest powodem, dla którego miałabyś zaniedbać podstawowe badania? Nie ma mowy. Jutro zabieram cię na twoje pierwsze USG.
USG, ciąża, dziecko. A na domiar wszystkiego trochę mieszańców, zbuntowanych braci którzy postradali rozumy i zwierzęca krew. Witajcie w moim świecie.
– A może ja wcale nie jestem w ciąży?
William tylko na mnie spojrzał. Reprymenda w jego oczach była aż nader widoczna. To znaczyło, że mam przestać bujać w obłokach i przyjąć na klatę skutki swoich nieświadomych wyborów.
Nieświadomych... Tamtej nocy przecież mogłam jakoś zareagować. Wiedziałam lepiej niż ktokolwiek inny, że w moim życiu nie ma tak naprawdę szczęśliwych momentów, gdyż  każdy z nich w ostateczności przyczynia się do powstawania tych o wiele bardziej problematycznych. Nie zrobiłam jednak nic, by zapobiec tragedii, z której zdawałam sobie sprawę, naiwnie myśląc, że chociaż raz należy mi się coś tylko mojego…
– Potrzebujemy jakiegoś planu – oznajmiłam, wzdychając ciężko. – Przez… to coś nie mamy zbyt wiele czasu.
Will nie skomentował pełnego pogardy zwrotu, który całkowicie świadomie padł z moich ust. Zamiast tego położył się na posłaniu obok mnie i skrzyżował ręce za głową. Nonszalancka poza, którą przybrał, kompletnie do niego nie pasowała. W takich chwilach zamiast po prostu wyglądać naturalnie, tylko dodatkowo zwracał na siebie uwagę.
– Chcesz zostać tu do czasu porodu czy…
– Nie mówmy konkretnie o tym, dobrze? – Zachowywałam się nieuprzejmie, przerywając mu, ale naprawdę pragnęłam zmiany tematu. – Tę kwestię przedyskutujemy innym razem. Miałam raczej na myśli całą resztę… a konkretnie sprawę krwi. Czy my, do jasnej cholery, nie możemy chociaż w tej kwestii pozostać schematyczni? – mruknęłam, wznosząc oczy do nieba w geście irytacji. – Dzienni piją zwierzęcą, Nocni tę pochodzącą od ludzi… I po sprawie. Ale nie, w naszym świecie muszą być jeszcze ciężarne sobowtóry, które w ciągu ostatnich kilku miesięcy eksperymentowały z każdym możliwym rodzajem, ostatecznie powracając do korzeni, albo dziwne hybrydy niewiadomego pochodzenia, które czyhają na krew istot swojego gatunku. Co jeszcze? A może ty możesz pić jedynie krew czarnowłosych dziewic, w dodatku tylko w czasie pełni? – dodałam, krzywiąc się ironicznie. W rzeczywistości taki scenariusz wcale by mnie nie zdziwił.
– Zostawmy moje preferencje żywieniowe, skupmy się na tym, co istotne – odparł William, a na jego ustach zamajaczył uśmiech. – Na przykład na twoich zaręczynach.
Przez chwilę myślałam, że się przesłyszałam. Kiedy jednak uświadomiłam sobie, że jestem cholernym wampirem, którego idealne zmysły nigdy nie zawodzą, wyprostowałam się jak struna.
– Czekaj, co? To XXI wiek, teraz życie na kocią łapę nikogo tak bardzo nie szokuje...
William również usiadł. Oparł się plecami o wezgłowie i posłał w moim kierunku obrażone spojrzenie. Nie lubił, kiedy wypominałam mu jego nienaganne maniery i swoistą wiekowość. Jak sam twierdził, nie chciał, żebym przez to czuła się przy nim gorzej – w końcu bez względu na wszystko, ja i tak stałam w hierarchii wyżej od niego.
– Zaręczyny będą jedynie pretekstem do urządzenia balu – sprecyzował, choć wiedział, że nie zareaguję zbyt radośnie na taki obrót sprawy.
Jęknęłam niezadowolona, ukrywając twarz w dłoniach. Chociaż dzięki łączącej mnie z Willem więzi domyślałam się, czemu miałyby służyć takie działania, kompletnie ich nie pochwalałam. Przez wzgląd na moje doświadczenie z tego typu uroczystościami wolałam stronić od miejsc, w których aż roiło się od obcych ludzi…
– Nie ma mowy! Byłam w życiu na dwóch balach. Każdy zwieńczony był stosem nieszczęść… i trupów.
– Dzienni mogą nazywać się Strażnikami, ale jeśli w grę wchodzi życie Królowej, są kiepskimi ochroniarzami – mruknął wyraźnie zdegustowany William. – Przy nas nic ci nie grozi.
– Może i wiem niewiele na temat sabotażystów i dezerterów, ale wierz mi, tego typu są dla nich idealną wylęgarnią – rzuciłam kąśliwie.
William westchnął, wyciągając ku mnie dłoń. Pozwoliłam, by splótł nasze palce, mając nadzieję, że ten gest w jakimś stopniu pozwoli mi ukoić skołatane nerwy. Może i na zewnątrz wyglądałam na opanowaną, ale moje wnętrze było całkowicie rozedrgane. I to już od kilku dobrych dni.
– Przy nas nic ci nie grozi, obiecuję. – William złożył delikatny pocałunek po wewnętrznej stronie mojego nadgarstka, przyczyniając się tym samym do polepszenia mojego samopoczucia. – Nam możesz ufać, Catherine.
W odpowiedzi tylko się uśmiechnęłam.
Przez chwilę siedzieliśmy w całkowitej ciszy, oddając się przemyśleniom odnośnie nie-idealnego planu Willa. Co prawda wciąż byłam sceptycznie nastawiona do tego pomysłu, ale nie mogłam pokazać Nocnemu, że mu nie ufam. Bo komu jak komu, ale jemu byłam skłonna wszystko zawierzyć. Po prostu swoje już widziałam; nie chciałam więc nastrajać się na coś, co mogło okazać się kompletnym niewypałem.
Kiedy Will wstał, ja również zsunęłam się z posłania, postanawiając wziąć przed snem szybki prysznic. Miałam tylko nadzieję, że nie zasnę w kabinie. Chęć pozbycia się tego kawałka szmatki, który jeszcze kilka godzin był czystą sukienką, była jednak silniejsza niż zmęczenie.
– Idziesz mu powiedzieć? – zapytał Mas, patrząc na mnie ze współczuciem.
Skonsternowana, nie pierwszy i na pewno nie ostatni tego dnia, zmarszczyłam brwi.
– Co powiedzieć? I komu?
– No… o waszych zaręczynach.
Zmrużyłam oczy, czekając na wyjaśnienia. Albo Will zwracał się do mnie jakimś nieznanym mi szyfrem, albo byłam zbyt zmęczona, by kontaktować.
– Czekaj, więc chcesz powiedzieć, że to nie ty będziesz moim udawanym narzeczonym?
– Ja? – parsknął rozbawiony Will. Podszedł do mnie i poklepał po policzku niczym rozkosznego dzieciaka. – Schlebiasz mi, najdroższa, ale myślę, że tego wieczoru ktoś wyprzedził mnie w hierarchii…
– Nie – wykrztusiłam, z opóźnieniem łącząc wątki. – Nie ma takiej opcji.
– Jest, najdroższa. I żeby było ciekawiej, to nasza jedyna opcja – szepnął Will, całując mnie na pożegnanie w czoło. – I lepiej się z nią pogódź. Bo nie sądzę, by nasz kandydat miał jakiekolwiek obiekcje przed pojęciem cię za żonę… i oczywiście objęciem panowania.



– Jak się czujesz? – zapytałam pogodnie kilka dobrych godzin później, wchodząc głębiej do sypialni Cole.
Miałam sporo czasu, żeby wszystko na spokojnie przemyśleć i rozważyć. Chociaż wciąż byłam przeciwna balom czy zaręczynom, musiałam przyznać, że plan Willa nie był pozbawiony logiki. I oferował nam przewagę w kwestii zdobywania sprzymierzeńców, których tak bardzo potrzebowaliśmy.
Wciąż nie wiedziałam, co nas czeka. Przyszłość była niepewna. Nie pomagał nawet fakt, że potrafiłam ją przewidywać – ostatnimi czasy akurat ta zdolność nie działała tak, jakbym sobie tego życzyła. Po raz kolejny więc postanowiłam żyć tym co tu i teraz. Utrzymywanie postanowień kiepsko mi wychodziło, ale musiałam w końcu wziąć się w garść. W końcu sytuacja, poważna jak chyba jeszcze nigdy, właśnie tego ode mnie wymagała.
Cole, nie przerywając zapinania kolejnych guzików białej koszuli, podniósł głowę, by na mnie spojrzeć. Na jego wargach zamajaczył cień uśmiechu drania, którym kradł serca nieświadomych jego toksycznego uroku nastolatek jeszcze w Akademii.
Jakby nie patrzeć, ja sama byłam kiedyś tą nastolatką…
Westchnęłam cicho, podobnie jak za pierwszym razem zdumiona intensywną, szmaragdową zielenią jego oczu. Po przemianie Cole’a właśnie tego aspektu jego wyglądu brakowało mi najbardziej. Teraz jednak, kiedy dziwnym zbiegiem okoliczności powróciły one do stanu pierwotnego, nie mogłam się przestawić.
– Niezłe wariactwo, nie? – parsknął, dostrzegając moją minę.
– Wiesz, że musisz mi wszystko powiedzieć, prawda? – zapytałam, ignorując jego wtrącenie. – Ktoś targnął się na twoje życie. Zaatakował cię i otruł. To poważna sprawa. Każdy szczegół ma więc ogromne znaczenie.
Cole podwinął mankiety koszuli niemalże do łokci. Kompletnie ubrany podszedł do mnie i zajął miejsce obok na łóżku. Euforia, którą odczuwał przed moim pojawieniem się ustąpiła miejsca zmieszaniu i obawie.
– Trochę popłynąłem w barze. Nie wiedziałem nawet, że wampir jest w stanie tak bardzo się upić – dodał, krzywiąc się z niesmakiem na samo wspomnienie. – Średnio kontaktowałem, moje zmysły zostały przytłumione przez alkohol… Naprawdę chciałbym ci wszystko powiedzieć, Cat. Ale nie wiem nic poza tym, czego sama już zdążyłaś się domyślić.
Zacisnęłam palce na nasadzie nosa i westchnęłam ciężko. Spodziewałam się właśnie takiej odpowiedzi. Samo to, że przez te kilka godzin, podczas których Cole był nieobecny, nie odbierałam jego emocji, świadczyło o tym, że zabalował bardziej, niż powinien.
– Komuś bardzo zależy na mojej porażce – zaczęłam spokojnie, starając się za nic go nie obwiniać. To mogłoby tylko wywołać niepotrzebną kłótnię. – Dlatego jeśli coś sobie przypomnisz, cokolwiek, od razu daj mi znać.
Turner uśmiechnął się lekko i potulnie skinął głową.
– Jak myślisz, co potrafię?
– Nie jesteś sobowtórem – przypomniałam. – Ani tym bardziej nie wiążą nas więzy krwi. Nie sądzę więc, byś poza oczami wyróżniał się czymś szczególnym.
– Co się dzieje? – zapytał Cole, świdrując mnie swoimi szmaragdowymi oczami. – Aż tak bardzo się martwisz? Nic mi nie jest, skarbie. Czuję się świetnie!
Przetarłam dłonią po twarzy, z której zmyłam już resztki makijażu, zastanawiając się, jak mu o wszystkim powiedzieć. Wbrew pozorom nie były to informacje, które można po prostu wyłożyć czarno na białym.
– Jesteś jednym z wielu moich zmartwień – westchnęłam cicho, w nerwowym odruchu wygładzając przód koszulki, która służyła mi za pidżamę. – Sporo się wydarzyło, pod twoją nieobecność… Sporo się dowiedziałam, na temat siebie i swojej przyszłości. W gwoli ścisłości, tej najbliższej przyszłości.
Cole zmarszczył brwi, wyraźnie zaskoczony takim obrotem sprawy. Egoistyczne przekonanie, że wszystko dotyczy tylko i wyłącznie jego, po raz kolejny do niczego dobrego go nie doprowadziło.
– Przerażasz mnie, Cat. Co się dzieje?
Przygryzłam dolną wargę, szukając jak najłagodniejszych słów na przekazanie nie takiej znowu łagodnej prawdy.
– Jestem w ciąży.
Nie ma to jak kreatywność, Catherine…
Początkowe zaskoczenie Cole’a szybko przerodziło się w zdumienie tak wielkie, że zaczęłam żałować, że nie rozegrałam tego inaczej. Nie chciałam jednak nikomu pobłażać; w końcu mnie samej w tej kwestii nie oszczędzano.
– Boże, jeśli mi powiesz, że to jego dziecko… – wykrztusił, urywając jednak w pół słowa. Najwidoczniej taki scenariusz szokował nie tylko mnie.
– W takim razie chyba będzie lepiej, jeśli przemilczymy tę sprawę – wymamrotałam pod nosem, spuszczając wzrok na swoje dłonie.
– Powiedz, że żartujesz, Catherine. To się nie dzieje. To wszystko popsuje i…
– Mnie to mówisz? – prychnęłam gorzko, z pogardą spoglądając na brzuch. – To ja będę musiała to urodzić.
Cole nie odpowiedział od razu. Milczał kilka dobrych minut, w skupieniu przetwarzając informacje. Kiedy w końcu się odezwał, brzmiał o wiele spokojniej.
– Wszyscy już wiedzą?
Spojrzałam na niego kątem oka, próbując wybadać, w jakim znajduje się stanie. Nie chciałam dodatkowo dobijać go informacją o zaręczynach. Wyglądał jednak w miarę znośnie, dlatego postanowiłam zaryzykować.
– Sęk w tym, że…
– Nie.
Podniosłam głowę, posyłając w jego kierunku zdumione spojrzenie. Przerywanie komuś to jedno, ale robienie tego tak nagle i perfidnie… Może i się przyjaźniliśmy, ale mimo to i tak powinien znać swoje granice. I oczywiście kurczowo się ich trzymać.
– Wiem, co chcesz powiedzieć i nie zgadzam się – sprostował, niezrażony moją miną. – Nie będę wychowywał tego bękarta.
– Jakby nie patrzeć to bękart twojego najlepszego przyjaciela – zauważyłam, sprowokowana zapominając o moim postanowieniu, by trzymać język za zębami. – Zresztą, kiedy twoja Królowa przychodzi do ciebie z propozycją, powinieneś przynajmniej wysłuchać jej do końca.
– Ale tu się rozchodzi o moją przyszłość! – oburzył się. – Chyba mam w tej kwestii coś do powiedzenia?
Westchnęłam, nie wiem który to już raz podczas tej rozmowy. Will mylił się, mówiąc, że Cole nie będzie miał nic przeciwko jego małej szopce. A ja, zaufawszy mu, wpakowałam się w chyba jedną z najgorszych możliwych rozmów.
– Nikt nas nie będzie wiązał na wieki wieków – burknęłam zdegustowana. – A tego czegoś ja sama nie zamierzam odchowywać, także spokojnie, ja też nie jestem chętna do zabawy w dom. Chodzi tylko o stworzenie pozorów.
Cole wywrócił oczami, dając upór swojej irytacji. Stopniowo jednak zaczęła docierać do niego powaga sytuacji, w której się znaleźliśmy, bo przestał udawać obrażonego, w pełni skupiając się na rozmowie.
– Mam więc zostać twoim Jonathanem? Zabiłaś tego właściwego, więc potrzebujesz zastępstwa, tak?
– Przestaniesz mi to wypominać?! – wykrzyknęłam, tracąc nad sobą panowanie. – Stało się. Koniec, kropka. Mamy tylko to, co tu i teraz. A tu i teraz jest naprawdę nieciekawie. Proszę cię więc, i to nie jako poddanego a mojego przyjaciela, o przysługę. Czy to aż tak wiele?
– Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, o co mnie prosisz? – mruknął. – To nie jest prośba o pomoc w przeprowadzce czy odbiór z pijackiej libacji, Cat. Tu się rozchodzi o dziecko! I małżeństwo!
– I władzę – szepnęłam, desperacko chwytając się jedynego argumentu, jaki przyszedł mi do głowy. – Raczej oczywistym jest, że jeśli poślubisz Królową…
– Sam stanę się Królem – wyszeptał, wyraźnie podekscytowany taką perspektywą. Jego początkowe obiekcje z miejsca ustąpiły miejsca euforii. – Tylko dlaczego ja, Catherine? Tak bardzo mi ufasz? Przecież mówiłaś, że…
W zasadzie to wcale, ale nie bardzo mam wybór…
Przybrałam jeden z najpiękniejszych uśmiechów, na jaki było mnie stać i wychyliłam się, by z nie taką znowu udawaną czułością dotknąć jego policzka. Nawet jeśli odmieniony i niestabilny emocjonalnie, to wciąż był mój Cole Turner.
– Komu jak nie tobie, mogłabym ufać, najdroższy?




†††††††



Dobry wieczór! Rozdział w środku tygodnia, ale to dlatego, że dziś dzień szczególny - zarówno dla mnie, jak i dla tego opowiadania. Równo dwa lata temu, w pewien jesienny, niedzielny wieczór założyłam tego bloga i opublikowałam jego prolog. Od tamtego czasu lepiej i gorzej staram się spełniać w pełnieniu podjętej pod wpływem impulsu i chwili roli. Mieszam, łamię serca, przekombinowuję... Ale nie żałuję żadnej podjętej pod adresem tego bloga decyzji. I śmiało mogę stwierdzić, że gdybym jakimś magicznym sposobem przeniosła się w czasie o te dwa lata, z równie wielką chęcią opublikowałabym prolog mojego pierworodnego dzieciątka. Chociaż momentami jest to aż nazbyt wielka i przytłaczająca odpowiedzialność, nie sposób zapomnieć o wszystkich tych pozytywnych aspektach. Jak właśnie Wy - moi cudowni, niezastąpieni Czytelnicy. Nie sposób wyrazić słowami moją wdzięczność za każde mile słowo, które piszecie pod adresem mojego bloga.
Dwa lata. Trzy części. Aktualnie znajdujemy się już na półmetku tej historii. Wciąż nie jestem z niej wystarczająco zadowolona... Ale mimo wszystko rozpiera mnie duma. No bo hej, nadal tu jestem i piszę i, co lepsze - ktoś nadal chce to czytać! A jeśli to nie jest sukces, to ja już nie wiem, co nim jest.
Raz jeszcze za wszystko dziękuję, przepraszam i obiecuję poprawę. Mam jednak nadzieję, że skoro przemęczyliście się ze mną tak długo, dacie radę wytrzymać do końca ;)


Ściskam,
Klaudia

wtorek, 29 sierpnia 2017

Rozdział 58



"Chcę być bohaterem, którego potrzebujesz
Chcę być odważna, chcę uwierzyć
Ale całe zebrane przeze mnie światło znów obraca się w mrok
Jak ktokolwiek mógłby pokochać takiego potwora jak ja?"







Otarłam mokre od potu dłonie o przód sukienki, starając się wyglądać przy tym na jak najmniej zdenerwowaną. Spotkanie z bratem, choć w założeniu proste i przyjemne, niezmiennie napawało mnie niepokojem. Niewola pozbawiła Masona resztek człowieczeństwa, zamknięty w czterech ścianach kompletnie stracił rozum. Rozmowy z nim nigdy nie były łatwe. Często zmieniał temat, przekręcał wątki. Mówił o tym, o czym miał ochotę, nie zaś o tym, czego ja pragnęłam słuchać. Wyciągnięcie z niego jakichkolwiek przydatnych informacji graniczyło z cudem. Skrycie liczyłam jednak na to, że uda mi się trafić na jeden z jego lepszych dni.
A co za tym idzie, że Mas nie rzuci mi się do gardła, ledwo przekroczę próg.
Trzymający pod drzwiami straż Nocny z uniżeniem skinął głową na mój widok. Kiedy jednak poprosiłam go o klucz do celi Masona, spełnił moją prośbę z opóźnieniem. Miałam jednak nadzieję, że nie jest to spowodowane brakiem uległości, a zwyczajnym niepokojem. W końcu nie od dziś było wiadome, że nieszczególnie dogadywałam się z bratem.
– To wyjątkowa sytuacja – wyjaśniłam, wymijając go i wsuwając klucz do zamka. Zanim go przekręciłam, odmówiłam w myślach szybką modlitwę o pomyślność mojej samobójczej misji. – Mimo to chciałabym, abyś wszedł tam ze mną.
Nocny skinął głową i wszedł do pomieszczenia jako pierwszy, gotowy w razie czego osłonić mnie własnym ciałem. Z wyczekiwaniem wpatrywałam się w jego plecy, kiedy sprawdzał teren. Gdy w końcu odwrócił się do mnie, mówiąc, że jest bezpiecznie, ostrożnie przekroczyłam próg izolatki Masona.
Na pierwszy rzut oka pomieszczenie zdawało się być puste. Przerażona spojrzałam na strażnika, ale on sprawiał wrażenie niewzruszonego. Rozejrzałam się wokół raz jeszcze, tym razem jednak skupiając uwagę na szczegółach. Mimo to dostrzegłam brata dopiero wtedy, gdy Nocny zapalił znajdującą się na suficie lampę jarzeniową. Nigdy nie pomyślałabym, by szukać go właśnie tam.
– Mas? – szepnęłam, ostrożnie klękając na lodowatej podłodze obok jego posłania. Schyliłam się, by zajrzeć pod łóżko. Odwrócony do mnie plecami Mason drgnął na dźwięk mojego głosu. – Wybacz najście, ale musimy porozmawiać.
– Jest noc – wyburczał, mimo ciasnej przestrzeni między materacem a podłogą, kuląc się jeszcze bardziej. – Chcę spać. Powiedz więc swojemu kochasiowi, żeby zdychał ciszej.
– Noc to dla nas środek dnia – zauważyłam, jednak szybko pokręciłam głową, porzucając temat. – Potrzebuję twojej pomocy, Mas.
– Och, no jasne. Powinienem był domyśleć się, że nie przybyłaś tu kierowana siostrzaną miłością.
Poczułam się dotknięta jego słowami, ale spróbowałam zamaskować urazę, nie chcąc dawać mu tej satysfakcji. Może i nie byłam najlepszą siostrą i nie zaglądałam tu od czasu naszej poprzedniej rozmowy, kiedy to Mason przewidział mój upadek i prawie mnie zabił, zwracając się do mnie imieniem Kateriny, jednak naprawdę zależało mi na odzyskaniu naszej więzi. Zważywszy jednak na słaby stan psychiczny mojego brata, nie miałam się nawet co łudzić, że pewnego dnia tak po prostu padniemy sobie w ramiona.
– W zamian dostaniesz, co tylko zechcesz – wyszeptałam, mając nadzieję, że z pomocą szantażu uda mi się go przekonać do współpracy.
– Pozwolisz mi stąd wyjść?
Kiedy nie odpowiedziałam, Mason parsknął cicho. Bez trudu obrócił się twarzą do mnie, choć przestrzeń, jaką oferowała mu odległość od podłogi do materaca, była stosunkowo niewielka. Posłał mi jedno z tych przenikliwych spojrzeń, które niezmiennie mnie przerażało, po czym jak gdyby nigdy nic się uśmiechnął. Jego wzrok zatrzymał się na moim brzuchu, a ja domyśliłam się, że wyczuł we mnie obecność kogoś jeszcze.
– A gdzie różowe baloniki, tort, fajerwerki? Nikt nie świętuje narodzin księżniczki?
Zacisnęłam usta, powstrzymując się przed wypuszczeniem nie wnoszącej niczego konkretnego do rozmowy wiązanki przekleństw. Podczas gdy ja starałam się ochłonąć, Mason wyturlał się spod łóżka. Usiadł na podłodze naprzeciwko mnie, opierając plecy o bok łóżka.
– O tym porozmawiamy innym razem – zadecydowałam, prostując się. – Nie mam pojęcia skąd o tym wiedziałeś, ani jakim cudem tak szybko przewidziałeś, ale na pewno wyciągnę z ciebie odpowiedzi. Teraz jednak przede wszystkim potrzebuję twojej pomocy.
– Nie wiem, co się dzieje z twoim kochasiem – odparł krótko, posyłając spojrzenie w kierunku stojącego w kącie izolatki strażnika. – A nawet gdybym jednak coś wiedział, nie rozmawiałbym z tobą przy świadkach.
– Mas, to ważne…
– Wiem, że jest ważne – żachnął się. – W innym przypadku byś tu nie przychodziła. To i tak cud, że pamiętasz, że wciąż tu siedzę!
Westchnęłam, starając się za wszelką cenę nie wypaść z roli. Nie było to jednak łatwe, gdyż samo podejście Masona do problemów pozostawało niebywale irytujące. Utrzymanie emocji na wodzy kosztowało mnie sporo wysiłku.
– Może i nie byłam najlepszą siostrą – przyznałam. W odpowiedzi Mas tylko głośno parsknął. – Ale jeśli mi pomożesz, będę częściej cię odwiedzać. Kto wie, może nawet dostaniesz normalny pokój – dodałam, wierząc, że skuszę go perspektywą nieco bardziej cywilizowanych warunków. – Pamiętasz nasze wielogodzinne rozmowy przy kominku? Możemy do tego wrócić...
Mason podciągnął kolana pod brodę. Objął nogi ramionami i pochylił się lekko ku mnie, posyłając mi coś na kształt krzywego uśmiechu.
– Tęsknię za tym – wyznał smutno.
– Ja też – skłamałam gładko, próbując ukryć radość z faktu, że udało mi się go wciągnąć w normalną pogawędkę. – I z chęcią pogawędziłabym z tobą już teraz, ale na dole Cole strasznie cierpi. Nie chcę mieć go na sumieniu, Mas. Za bardzo mi na nim zależy, żeby go stracić.
– Jesteś pewna, że możesz mu ufać? – zapytał nagle Mason, wbijając wzrok w podłogę. – No wiesz, teraz, kiedy jesteś brzemienna z Jonathanem…
Zmarszczyłam brwi, kompletnie nie rozumiejąc do czego zmierza.
Pomijając fakt, że chwilę mi zajęło, by przypomnieć sobie, co znaczyło być brzemienną…
– A co to ma do rzeczy? Daniel, to znaczy mój Jonathan, nie żyje. Ciąża, cudowna czy nie, jest częścią klątwy. Chociaż próbowałam, nie udało mi się tego obejść. Czemu jednak wplątujesz w to wszystko Cole’a? Jakby nie patrzeć, on nie ma tu nic do gadania.
– Nie wszystko jest takim, jakim się wydaje, Kitty – odparł filozoficznym tonem, opierając brodę na kolanie. – Zobaczysz, jeszcze wspomnisz moje słowa.
Spojrzałam na niego, czekając na jakieś wyjaśnienia. Cokolwiek, co pomogłoby mi zrozumieć jego wcześniejszą mówkę. On jednak uparcie milczał, tępo wpatrując się w znajdującego się za moimi plecami strażnika. Wyczułam w jego czynach niezbyt dyskretną aluzję do zmiany tematu.
– Okay – westchnęłam, spoglądając przez ramię na Nocnego. – Zostaw nas samych.
Strażnik spiął się, słysząc moje słowa.
– Wasza Królewska Mość, ale przecież…
– To nie była prośba – mruknęłam, przeganiając go gestem dłoni. – Czekaj za drzwiami. – Kiedy Mason trącił mnie łokciem w udo, tylko wywróciłam oczami. – Nie, nie za drzwiami. Na końcu korytarza.
Strażnik jeszcze przez chwilę stawiał opór, prowadząc ze mną zaciętą walkę na spojrzenia. Pękł jednak, kiedy zaczęłam się podnosić. Wciąż nieprzekonany skinął mi głową i opuścił izolatkę, nie domykając za sobą drzwi. Mason nie skomentował jego działań, a ja czułam się pewniej, mając otwartą drogę ucieczki.
– Jesteśmy sami – zauważyłam, zwracając się do brata. – Czy teraz nareszcie ze mną porozmawiasz?
Mason pokiwał głową i wyciągnął przed siebie swoje długie nogi.
– Co chciałabyś wiedzieć, Kitty?
– Ukończyłeś Akademię. Masz większe pojęcie o broni i… serum czosnkowym. – Na samo brzmienie ostatniego zwrotu oboje się wzdrygnęliśmy. – Podejrzewam, że to właśnie tym został otruty Cole. Potrzebuję czegoś, co zneutralizuje działanie serum.
– Przecież on nie jest otruty serum – prychnął Mason. – Aż tutaj słyszę, jak wrzeszczy z bólu. Serum tak na nas nie działa, Kitty. Zadaje nam ból, to prawda, ale nie jesteśmy w stanie w żaden sposób tego okazać. Czosnek pali nam wnętrzności, to fakt, ale jednocześnie paraliżuje, przez co nie jesteśmy w stanie w żaden sposób tego okazać.
– Serum w połączeniu z moją krwią działa nieco inaczej.
– Z twoją krwią? – Mason zamilkł na moment, wyraźnie zaskoczony. Jak widać nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. – To nie zmienia faktu, że serum atakuje bezpośrednio układ nerwowy. A twoja krew powinna przecież przyśpieszyć proces regeneracji, nie go opóźniać.
Potarłam dłońmi skronie, czując narastający ból. Podejrzewałam, że odpowiedź znajduje się na wyciągnięcie ręki i jest o wiele bardziej oczywista, niż moglibyśmy przypuszczać. Z jakiegoś jednak powodu żaden z nas nie potrafił jej znaleźć.
– A co jeśli nie mamy do czynienia tylko i wyłącznie z serum? – Otworzyłam szeroko oczy, dziwiąc się, że wcześniej żaden z nas nie brał tego pod uwagę. – Czosnek zaatakował układ nerwowy, ale to coś, jakaś inna, nieznana trucizna niszczy jego układ krwionośny i odpornościowy.
Mason przyglądał mi się w milczeniu, rozpatrując moją teorię z różnych perspektyw. Ostatecznie jednak skinął głową, godząc się z moim stwierdzeniem. To było przecież oczywiste – w końcu widziałam, jak działa serum, doświadczyłam tego na własnej skórze. Przez wzgląd na pewne niezgodności, musieliśmy brać pod uwagę dodatkowy środek, truciznę, z którą dotychczas się nie spotkaliśmy. W połączeniu z serum wyniszczała Nocnego o wiele szybciej i boleśniej, niż byśmy tego chcieli.
– Tylko co to może być? – myślałam na głos, w nerwowym odruchu pocierając dłonią kark. – Co jeszcze wyniszcza organizm wampirów? Przecież to nie może być jad…
Mój brat posłał mi zdumione spojrzenie. Zmarszczyłam brwi, kiedy gwałtownie poderwał się do pionu i zaczął spacerować po pomieszczeniu. Nie sądziłam, że tak bardzo przejmie się losem Turnera.
– Muszę go zobaczyć – wykrztusił, spoglądając na mnie błagalnie. – Chyba wiem, co to jest, Kitty.
Wstałam, podtrzymując się ramy starego łóżka.
– Co, Mas? Co to jest?
– Nie chcę siać paniki. – Uniósł dłoń w ostrzegawczym geście, kiedy otworzyłam usta, by zacząć się z nim wykłócać. – Dlatego najpierw chciałbym go zobaczyć i na własne oczy przekonać się, że mam rację.
Perspektywa wypuszczenia Masona na wolność, nawet jeśli tylko na chwilę, nieszczególnie przypadła mi do gustu. Podobnie myślał pełniący pieczę Nocny, bo pojawił się w progu izolatki i spojrzał na mnie wymownie.
– Koniec odwiedzin, Królowo.
Przeniosłam wzrok na Masona, który zaprzestał swojego gorączkowego wydeptywania ścieżki od parapetu do łóżka i czekał na moją decyzję. Postawiona pod ścianą naprawdę nie wiedziałam, którego wampira powinnam posłuchać. Strażnik miał rację i ceniłam to, że próbował odwieść mnie od podjęcia decyzji, której najprawdopodobniej mogłabym później żałować, jednak z drugiej strony nie umiałabym sobie wybaczyć, gdyby okazało się, że miałam szansę ocalić Cole’a, ale spanikowana postanowiłam z niej zrezygnować.
– Jeden fałszywy ruch, a przysięgam, że nie będę miała żadnych skrupułów, by złamać ci kark.
Mason sztywno skinął głową. Podszedł do mnie i, ku mojemu szczeremu zaskoczeniu, złapał mnie za rękę.
– Będę grzeczny – obiecał żarliwie, prowadząc mnie do wyjścia.
Stojący w progu strażnik nie zamierzał jednak tak łatwo nas przepuścić. Bałam się, że nie obejdzie się bez rękoczynów lub perswazji. Ostatecznie jednak zmiękł i zszedł nam z drogi. Słyszałam jego kroki tuż za plecami, co świadczyło o tym, że mimo całej listy przeciwskazań, której dzięki Bogu nie zamierzał mi prezentować, nie planował mnie tak po prostu porzucić.
– Ale pustki – szepnął do siebie Mason, rozglądając się po korytarzu. – Gdzie twoi poddani, Królowo?
Spojrzałam na nasze złączone dłonie, upewniając się, czy uścisk nie był zbyt słaby. Mason tak dawno nie obcował z ludźmi, że na widok publiczności w salonie mógł zacząć wariować. A tego wolałam uniknąć.
– Pewnie polują – odparłam ogólnikowo, nie chcąc się rozpraszać. – Jest w końcu noc.
Mason tylko skinął głową, usatysfakcjonowany taką odpowiedzią. Szedł posłusznie tuż obok mnie, przemierzając u mego boku kolejne korytarze. Im bliżej znajdowaliśmy się salonu, tym głośniejsze stawały się krzyki Cole’a. Pomiędzy jego agonalnymi okrzykami dawało się wyłapać chłodne polecenia Williama, w którego ręce złożyłam los Turnera.
Kilkoro zgromadzonych w pomieszczeniu Nocnych zaprzestało wykonywanych czynności, kiedy wraz z Masonem przekroczyliśmy próg. Will posłał mi spojrzenie mówiące wszystko – wampir nie był zadowolony z takiego obrotu sprawy. Od samego początku był za tym, żeby skrócić Masona o głowę, a tym samym pozbyć się zbędnego balastu. Broniłam jednak brata jak mogłam, wmawiając innym, że jeśli trochę się nad nim popracuje, stanie się użyteczny. Mijały jednak tygodnie, a Mas zamiast wracać do zdrowia, całkowicie podupadał. Z jego psychiką działo się coś, czego nikt tak naprawdę nie potrafił wytłumaczyć.
– Rozejść się – rzuciłam chłodno, przepychając się w kierunku kanapy i ułożonego na niej Cole’a.
Nocni posłusznie wycofali się pod ścianę, aby przyglądać się zaistniałej sytuacji z bezpiecznej odległości. Choć w tamtym momencie skupiałam się przede wszystkim na Turnerze, byłam wdzięczna za ich obecność.
Cole nie wyglądał najlepiej. Mimo że od momentu, w którym zostawiłam go pod opieką Williama, nie mogło minąć więcej niż dwadzieścia minut, wyniszczające jego organizm trucizny zmieniły go nie do poznania. Przekrwione, pełne łez oczy stały się mdłe i dziwnie wyblakłe. Mgła, która je zasnuła, sprawiała, że jego twarz przybrała grobowy, pozbawiony życia wyraz. Gdyby nie to, że od czasu do czasu drżał w konwulsjach, wykrzykując kolejne niezrozumiałe słowa, mogłabym pomyśleć, że mam przed sobą lalkę, stworzony na potrzeby teatru rekwizyt.
Mason pochylił się nad Turnerem, obejmując uważnym, i o dziwno dość trzeźwym spojrzeniem całe jego ciało. W pewnym momencie złapał Nocnego za nadgarstek i jednym, pewnym ruchem podciągnął rękaw jego koszuli. Guzik z mankietu wystrzelił gdzieś w bok, roztrzaskując się na podłodze, ale to nie nim w tamtym momencie się zadręczałam. O wiele poważniejszy problem miałam przed sobą. Przedramię Cole’a pokryte było siateczką czarnych, nabrzmiałych żył, które wyglądały, jakby mogły w każdej chwili pęknąć. Szybko okazało się, że nie tylko naczynia krwionośne na jego ramionach wyglądają w ten sposób. Sieć czarnych żył pokrywała cały jego tors i szyję, zbiegając się na wysokości serca, gdzie przybierały najintensywniejszą barwę.
– Co to jest? – wyszeptałam wstrząśnięta, oglądając się na Williama.
Nocny w odpowiedzi jedynie pokręcił głową. Choć był ponadprzeciętnie inteligentny i przeżył więcej, niż wszyscy zebrani w tym pomieszczeniu, nie znał odpowiedzi na to konkretne pytanie.
– Mamy dwa wyjścia – odezwał się Mason, nie odrywając wzroku od pulsujących żył na ciele Cole’a. – Możemy go zabić, a tym samym ukrócić jego męki, albo…
– Albo? – warknęłam. Cała ta sytuacja zaczynała mi się coraz mnie podobać. – Nie zabiję Cole’a, zapomnij! Nie pozwolę, żeby kolejna bliska mi osoba zginęła, bo ty masz takie widzimisię!
– To nie jest moje widzimisię tylko Jej! – wrzasnął Mas, wyrzucając ramiona w geście irytacji. Coś w jego spojrzeniu podpowiadało mi, że popełniłam błąd, wypuszczając go na wolność. – Kiedy w końcu zrozumiesz, że ja nigdy nie byłem dla ciebie zagrożeniem? Robiłem te wszystkie złe rzeczy, bo mi kazano, Kitty.
Nie chciałam porzucać tego tematu, ale sytuacja tego ode mnie wymagała. Cole wyglądał z każdą chwilą coraz gorzej. Jego ból pomału zaczynał przechodzić również na mnie. Skuliłam się, podzielając najnowszą falę jego cierpienia. To doświadczenie jedynie utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie mamy do czynienia jedynie z serum czosnkowym. Ból, który odczułam, był niczym w porównaniu z tym wywoływanym przez specyfik Dziennych.
– Catherine! – Will rzucił się w moją stronę. Dotknął mojej twarz, sprawdzając poziom obrażeń. Nie był jednak w stanie niczego dostrzec, albowiem ta batalia rozgrywała się w moim wnętrzu.
Wzięłam głęboki oddech, próbując narzucić swoistą zasłonę na łączącą mnie z Turnerem więź. Wiedziałam, że dopóki nie przyćmię przepływających od niego uczuć, nie będę w stanie logicznie myśleć.
– Wspominałeś o alternatywie – rzuciłam, posyłając bratu zdesperowane spojrzenie. – Co nam pozostaje?
Mason przytrzymał głowę szamoczącego się Turnera i sprawdził stan jego oczu. Z przerażeniem dostrzegłam, że zaczęły one zachodzić krwią.
– Potrzebuję noża, Kitty. Natychmiast.
– Powiedziałeś, że jest inny sposób! – wrzasnęłam, wyrywając się z objęć Williama, aby dopaść brata. – Mówiłeś, że nie trzeba go zabijać!
– Nie chcę go zabić, idiotko! – Mason, podobnie jak ja, przez cały czas zwracał się podniesionym głosem. – Musimy spełnić ostatni warunek przemiany, zanim będzie za późno... A teraz niech ktoś mi da ten cholerny nóż!
Zamrugałam, aby upewnić się, że całe to wariactwo naprawdę miało miejsce.
– Przemiany? – powtórzyłam. – O czym ty mówisz? Mas!
Nim ktokolwiek z nas zdążył go powstrzymać, Nocny chwycił stojący na półce wazon i roztrzaskał go o kant mebla. Jednym z większych odłamków szkła przeciął sobie skórę na nadgarstku, a następnie przyłożył krwawiącą ranę do ust Turnera.
– Dalej, durny kochasiu, pij to – mruknął, nieco potrząsając dłonią.
Patrzyłam na rozgrywającą się przede mną scenę bez słowa, zbyt sparaliżowana ze strachu, by jakkolwiek zareagować; nie mogłam się ruszyć czy też w jakiś sposób powstrzymać brata. Chociaż nie powinnam zapominać o tym, że kiedy ostatnim razem pozwoliłam sobie zaufać Masonowi, mój ukochany skończył martwy, w głębi serca chyba naprawdę uwierzyłam, że to zadziała.
Jakie też było moje zdziwienie, kiedy Cole przestał się wyrywać, a z zapałem zaczął pić krew Masona. Im dłużej się pożywiał, tym mocniej zaczynał przypominać dawnego siebie. Jego żyły powoli blakły, wracając do pierwotnej postaci.
Mason, uznawszy że taka ilość wystarczy, odsunął się od niego. Zacisnął obie dłonie na swoim krwawiącym nadgarstku, czekając aż rana się zasklepi. Jednak z racji, iż Nocny już od jakiegoś czasu był wykończony i odwodniony, a teraz dodatkowo stracił sporo krwi, jego ciało nie rozpoczęło regeneracji. Wahałam się tylko przez moment. Widząc jednak, że Cole ma się dobrze, a jego oddech wraca do normy, wysłałam jednego z Nocnych do kuchni po torebkę z krwią dla brata. Sama w tym czasie podprowadziłam go do krzesła, aby nie musiał dłużej się męczyć.
– Dałeś mu za dużo – zganiłam go, nagle czując względem brata przypływ cieplejszych uczuć.
Mason zamrugał sennie i posłał w moim kierunku ciepły uśmiech.
– Dla ciebie wszystko, Kitty.
Podałam mu torebkę z krwią, jednocześnie delikatnie klepiąc po ramieniu. Słowa podziękowania nie chciały przejść mi przez gardło. Miałam jednak nadzieję, że ten gest jak na razie mu wystarczy.
Zleciłam stojącej nieopodal wampirzycy, aby miała oko na Masona, sama zaś wróciłam do Cole’a. Nocny, choć wyglądał już o wiele lepiej, wciąż się nie przebudził. Gdybym tylko nie słyszała jego miarowego oddechu, mogłabym zacząć wątpić w powodzenie planu brata.
Przyklęknęłam obok kanapy, aby znaleźć się na wysokości twarzy Turnera. Mimo zapewnień Masona, że już po wszystkim, ja nadal nie czułam się pewnie. Moja więź z Cole’m została naruszona, wiedziałam więc, że coś się nie zgadza. Nie potrafiłam jednak zorientować się, w czym tak naprawdę tkwił problem. Chociaż Turner nie umarł, jego emocje w mojej głowie przycichły.
– Dlaczego podałeś mu swoją krew? – zapytałam, nie patrząc na brata. – Moja powinna skutecznie wyleczyć go ze skutków działania serum. I każdej innej trucizny! – dodałam, na moment tracąc panowanie nad swoim głosem. – Nie bez powodu jest taka wyjątkowa!
Mason milczał, czym wyprowadził mnie z równowagi. Wdzięczność, jaką jeszcze niedawno odczuwałam względem niego, wyparowała.
Z reguły nie zachowywałam się aż tak impulsywnie… Co się ze mną działo?
– Odpowiadaj! – wykrzyknęłam, w dwóch susach dopadając do jego krzesła. Mason skulił się, ale nadal uparcie milczał. – Odpowiadaj, do jasnej cholery! – powtórzyłam, tym razem wspomagając się perswazją.
– Jestem pierworodnym z linii Iwanowów – oznajmił nieco mechanicznym głosem, co było wynikiem rzuconego na niego czaru wpływu. – A ty jesteś moją siostrą, Catherine. Moją rodziną. Moją krwią.
Cofnęłam się nagle, zaskoczona jego odpowiedzią. Chociaż wiedziałam, do czego zmierzał, prawda nie potrafiła do mnie tak po prostu dotrzeć.
– To niemożliwe. To ja jestem sobowtórem! Moja krew posiada magiczne zdolności.
– Ja też swoje potrafię – mruknął ogólnikowo. – I wierz mi, to naprawdę nic przyjemnego.
Spojrzałam na Williama, równie zszokowanego całą tą sytuacją, szukając u niego pomocy. Nocny pokonał dzielący nas dystans i objął mnie, ofiarując swoje wsparcie. Nie lubiłam okazywać słabości, szczególnie  w towarzystwie, ale ten dzień był wyjątkowo ciężki nawet jak dla mnie. Epizod w barze, wcześniejsza kłótnia z Larissą, halucynacje o zmarłym chłopaku, zwierzęca krew i wieść o ciąży… A na domiar wszystkiego zainfekowany krwią i jadem Masona Cole.
Koniec tego dobrego, abdykuję. To gówno po prostu mnie przerasta.
– A więc twoja krew… nasza…
– Nie jestem w stanie dorównać ci pod żadnym względem, Kitty. Ale, jak widać, ja również mogę tworzyć mieszańców.
Jedyną hybrydą, jaką znałam, była Dehlia, staruszka, którą poznałam w Montanie. Na samo wspomnienie jej szkarłatnych ślepi i dwóch rzędów kłów przeszedł mnie dreszcz.
– A więc Cole będzie…
Chciałam powiedzieć wyjątkowy, ale jak zwykle pesymistycznie nastawiony do życia Mason mnie uprzedził:
– Jeszcze gorszy? O tak, jestem tego więcej niż pewny.

I wtedy, jak na zawołanie, Turner otworzył oczy, ukazując wszystkim zebranym w salonie swoje zupełnie odmienione tęczówki.



†††††



Hej, cześć, dobry wieczór! Dziś krótko, bo jak zapewne widać już wyżej, kompletnie nie mam weny. Mam wrażenie, że spieprzyłam ten rozdział. A już tym bardziej postać Catherine. Jej charakter od zawsze dawał mi większe pole do popisu - wiadomo szaleństwo, zły sobowtór i takie tam - jednak mam wrażenie, że jej ciążowa wersja, to okropna wersja. Ale popracuję nad tym. Nie chcę zrobić z niej jakiejś płaczliwej idiotki, wystarczy że i tak o niczym na razie nie wie i krąży wokół kolejnych tajemnic, irytując wszystkich wokół - w tym mnie. 
No ale, mnie rzadko kiedy coś naprawdę się podoba, a już szczególnie moje rozdziały. Ostateczna ocena jak zwykle należy do Was :)
Jak wiadomo, zaraz zacznie się wrzesień. Maturalna klasa na pewno nie będzie miłym doświadczeniem. Ale postaram się znaleźć nieco czasu również dla Was. Matura z biologii może poczekać, cholera jasna. Mam AC do skończenia!

Dziękuję za wszystkie wyświetlenia i komentarze. Jesteście cudowni! Uszczęśliwiacie mnie niezmiennie od blisko dwóch lat i chyba nigdy mi się to nie znudzi ;p
Ściskam, K.