sobota, 11 listopada 2017

Rozdział 61



"Miałem całość, większość, nieco, a teraz zupełnie nic z ciebie
Nie wiem, co powinienem zrobić, nawiedzany przez twojego ducha
Och, po prostu zabierz mnie do nocy, podczas której się poznaliśmy..."






Z każdą kolejną minutą coraz bardziej docierały do mnie okrutne skutki mojej alkoholowej abstynencji. W nowoprzybyłych było coś, co sprawiało, że dłonie z nerwów same zaczynały mi się trząść. Will próbował ponownie wkupić się w moje łaski i wyciągnął mnie na kilka minut do kuchni, gdzie mogłam chociaż trochę odetchnąć. Uzupełniłam również płyny, wierząc, że to pomoże utrzymać moją mroczną naturę na wodzy. Podejrzewałam, że stanie się coś złego, jednak w żadnym wypadku to nie ja chciałam zapoczątkować ciąg tych wydarzeń.
– Nie dam rady, Williamie – westchnęłam, odkładając pustą szklankę do zlewu. – A przecież nie podejdę do nich i nie spytam, czego tu szukają!
– Kompletnie nie rozumiem twoich obaw – mruknął zrezygnowany Nocny, podążając za mną w stronę wyjścia. – Mają pełne prawo tu być. Są w końcu naszymi pobratymcami. To tak, jakbyś nie ufała nam, najdroższa – zauważył, spoglądając na mnie wymownie.
– Jak mam ufać grupie nieznajomych wampirów w maskach karnawałowych? Dziwne, że tobie nie zapala się żadna ostrzegawcza lampeczka!
– Mamy po prostu do czynienia z nieco bardziej ekstrawaganckim klanem, to wszystko – skwitował. – Spróbuj ich ciepło przyjąć, dobrze?
Zrezygnowana skinęłam głową, po czym razem z Willem opuściłam pomieszczenie kuchenne. Miałam podążyć za nim do salonu, jednak w ostatniej chwili zmieniłam plan – zamiast odbić w lewo, obrałam przeciwny kierunek. Oglądając się przez ramię, aby sprawdzić, czy nikt mnie nie śledzi, ruszyłam w kierunku skrzydła medycznego i znajdującej się w nim izolatki Masona. Podczas pokonywania schodów o mało nie potknęłam się o materiał spódnicy, co dało mi kolejny powód, by nienawidzić Willa za ubranie mnie w to coś.
Strażnik zdziwił się na mój widok. Nieuprzedzony o moim nadejściu przez moment nie wiedział, jak się zachować. Szybko jednak zerwał się z krzesła i złożył w moją stronę głęboki, pełen szacunku ukłon. Uśmiechnęłam się do niego w podzięce i pośpiesznie wyjaśniłam, po co przychodzę. Nie powiedziałam mu o wszystkim; w końcu byłam Królową i nie musiałam nikomu się tłumaczyć. Wiedziałam jednak, że bez wstępnego raportu nie pozwoli mi przejść dalej. Nawet mnie ograniczały pewne prawa. A już szczególnie wtedy, gdy w grę wchodziło spotkanie z moim niezbyt stabilnym psychicznie bratem.
– Zaczekaj za drzwiami – poleciłam, przechodząc obok niego.
W izolatce jak zwykle było przenikliwie ciemno i chłodno. Roznegliżowanemu Masonowi jednak w żadnym wypadku to nie przeszkadzało. Nagi od pasa w górę kulił się za łóżkiem, obejmując ramionami podsunięte aż pod brodę kolana. Od czasu do czasu kołysał się lekko to w przód, to w tył, co sprawiało, że wyglądał na jeszcze bardziej osamotnionego i pokrzywdzonego.
– Mas? – rzuciłam ostrożnie, nie chcąc go wystraszyć.
– Kitty, o mój Boże, nic ci nie jest! – wykrzyknął uradowany, wyrywając się z dziwnego letargu, w jakim zastałam go od razu po wejściu. Brat rzucił się w moją stronę, by mnie uściskać, a ja w ostatniej chwili powstrzymałam się przed tym, by się asekuracyjnie nie wycofać. Jeśli chciałam z nim poważnie porozmawiać, prowokowanie go nie wchodziło w grę. – Tak się cieszę, maleńka! Już myślałem, że… Że to wszystko była prawda.
– Co widziałeś, Mas? – zapytałam cicho, ostrożnie go obejmując. Przywykłam już do myśli, że mój brat widzi więcej, niż powinien... nawet jeśli to nie były do końca dobre wizje.
Mason żałośnie pociągnął nosem. Miałam tylko nadzieję, że nie upaćkał mi sukienki, gdyż jeszcze w nienaruszonym stanie musiałam powrócić do gości.
– Ona tu jest, prawda, Kitty? Widziałaś ją?
Pogładziłam przestrzeń między jego łopatkami, jednocześnie zastanawiając się, czy tak wysoka temperatura ciała była czymś normalnym u wampirów.
– Nie wiem, o kim mówisz, braciszku. Musisz opowiedzieć wszystko od początku. Ale najpierw… – Delikatnie go popchnęłam, sugerując, byśmy przenieśli się w głąb pokoju. – Połóż się, Mas. Jesteś rozpalony.
– Ale nie bredzę! – wykrzyknął, próbując zawczasu obronić swoje stanowisko. – Naprawdę ją widziałem. Rozmawiałyście. A potem…
– Potem co?
Mason ostrożnie przysiadł na materacu łóżka i ukrył twarz w drżących dłoniach. Widziałam go przechodzącego przez różne stany emocjonalne, jednak jeszcze nigdy nie zachowywał się aż tak… żałośnie. Jakby nie był w stanie samodzielnie się kontrolować. Wyglądał, jakby z czymś walczył, a w dodatku samemu sobie próbował wmówić, że wszystko z nim w porządku.
– Potem była już tylko ciemność, Kitty. I wtedy się obudziłem. Z wrzaskiem. Przyszłaś, bo usłyszałaś mój krzyk, prawda?
W odpowiedzi tylko skinęłam głową, mając nadzieję, że to go uspokoi. Mój brat był w fatalnym stanie. W życiu nie przyznałabym się do tego, że przypomniałam sobie o nim tylko dlatego, że miałam jakąś sprawę.
– Przybyło kilkoro nieznanych mi wampirów, które niekoniecznie wzbudzają moje zaufanie – wyznałam po chwili, dochodząc do wniosku, że mogę mu o tym powiedzieć. – Boję się, że nastawią moich poddanych przeciwko mnie. Uważasz, że moje obawy są bezpodstawne?
– A czy wśród nich jest Ona?
Zacisnęłam powieki, próbując zwalczyć narastającą irytację. Ten jego szyfr pomału zaczynał mnie męczyć.
– Mason, błagam, nie wiem, o kim mówisz…
– O Alison! – wykrzyknął, czym wprawił mnie w totalne osłupienie. Naprawdę zaczęłam wątpić w to, że kiedykolwiek z jego ust padnie jakaś sensowna odpowiedź. – Jest tutaj?
– Nie znam żadnej Alison, Masonie – westchnęłam. – A nawet jeśli, dlaczego miałaby mi zagrażać? 
Mas wsunął obie dłonie we włosy i mocno szarpnął, strosząc niesforne, proszące się o przycięcie kosmyki. Zapobiegawczo dotknęłam jego ramienia, nie chcąc dopuścić, by zrobił sobie jakąś poważniejszą krzywdę.
– Znasz ją, Kitty. A ona zna ciebie. I szczerze tobą gardzi.
Powoli skinęłam głową, przeczesując pamięć w poszukiwaniu podanego przez brata imienia. Próbowałam nawet przywołać wspomnienia Kateriny, aby upewnić się, czy niejaka Alison nie próbuje zemścić się za krzywdy wyrządzone jej przez tą pierwszą Iwanównę. Niestety w głowie miałam jedną, wielką pustkę. Tak jak mówiłam, nie znałam żadnej kobiety o tym imieniu. A już na pewno żadnej takiej, która życzyłaby mi śmierci. A, nie ukrywajmy, takich osób zebrało się pokaźne grono.
– Ona ma plan, Kitty. Skoro pojawiła się tu osobiście, z pewnością będzie chciała dziś wdrożyć go w życie. Uważaj na siebie. Błagam. Ta kobieta jest… nieobliczalna.
– Połóż się, Mas – szepnęłam, próbując zabrzmieć jak najłagodniej. – Pobędę przy tobie, dopóki nie zaśniesz, dobrze?
– Ale wierzysz mi, Kitty? Wierzysz?
Pokiwałam głową, mając nadzieję tym drobnym gestem uśpić jego czujność. Patrzyłam, jak układa się na łóżku, a kiedy już to zrobił, dokładnie okryłam jego ciało kocem. Starałam się nie patrzeć na ślady zadrapań pokrywające jego ramiona i tors, ale ilekroć wynajdywałam kolejne, w dodatku krwawiące, moje serce pękało.
Czy mnie też szaleństwo pewnego dnia miało doprowadzić do takiego stanu?
Przykucnęłam obok łóżka Masona, chcąc znaleźć się na poziomie jego rozmętnionego spojrzenia. Brat posłał mi senny, ale mimo wszystko zadowolony uśmiech i wyciągnął ku mnie dłoń. Z dozą rezerwy splotłam nasze palce, kciukiem kreśląc kółka na wierzchu jego poranionej, rozpalonej dłoni.
– Zaśpiewaj mi, Kitty – poprosił Mason.
Spojrzałam na brata zaskoczona. Zdecydowanie nie takiego rodzaju prośby się po nim spodziewałam.
– A niby co miałabym ci zaśpiewać, Mas?
Na szczęście nie musiałam prezentować swoich zdolności wokalnych, gdyż mój brat zapadł w sen. Co prawda niespokojny, ale miałam nadzieję, że dzięki temu mimo wszystko chociaż odrobinę odpocznie. Ostatnie dni były dla niego wyjątkowo ciężkie. Po tym, jak podzielił się swoją krwią z Colem, zaczął fiksować bardziej niż zwykle. Dużo spał, ale kiedy się budził, nie wyglądał na wypoczętego. Wciąż majaczył coś o wojnie, śmierci i zdrajcy, ale ilekroć próbowałam wyciągnąć z niego coś więcej, zwyczajnie mnie zbywał.
Odczekałam chwilę, aby upewnić się, że na pewno zasnął, po czym dyskretnie opuściłam pomieszczenie. Czatujący pod drzwiami strażnik zlustrował mnie uważnym spojrzeniem, szukając ran lub jakichś innych śladów świadczących o tym, że brat zastosował wobec mnie przemoc. Nie odnajdując jednak żadnego dowodu jego winy, puścił mnie wolno. Niezbyt chętnie wróciłam do salonu, aby sprawdzić, jak wielkich zniszczeń zdążyli dokonać nieznajomi.
– Ach, tu jesteś. – Cole złożył czuły pocałunek na moim policzku, po czym bezceremonialnie porwał od razu na parkiet. – Ci nowi są świetni, gadałaś z nimi?
Próbując utrzymać pijackie tempo Turnera, rozejrzałam się po sali. Nic nie zwiastowało zbliżającego się zagrożenia. Wampiry obecne na naszym balu od początku zdawały się nie traktować nowoprzybyłych inaczej, wszyscy ze sobą otwarcie dyskutowali, pili i tańczyli. Maski na twarzach niektórych Nocnych zdawały się nikogo tak bardzo nie szokować – oczywiście poza mną. Ja byłam tym faktem szczerze poruszona.
– Ej, Cat, mówię do ciebie – mruknął Cole, delikatnie potrząsając moją dłonią.
– Co? – rzuciłam niezbyt przytomnie, dwukrotnie mrugając, aby złapać ostrość na twarz mojego udawanego narzeczonego. – Ach, tak. Znaczy nie. No, wiesz.
Cole pokręcił głową, śmiejąc się cicho.
– Nie, kotku, nie wiem. Czyżbyś nie była do końca trzeźwa? Will cię zabije, jeśli się dowie, że piłaś coś w swoim stanie…
– Chociaż ty mi tego nie wypominaj – mruknęłam, wywracając oczami. – Z Panem Przemądrzałym zdążyłam już się pokłócić.
– Jeśli chcesz znać moje zdanie, royal baby nie powinno zagrozić coś tak przyziemnego jak alkohol.
Skinęłam głową, przyznając mu rację.
– Tylko weź to wyperswaduj temu idiocie.
– Cóż, w razie gdybyś zapomniała, to twoje oczy potrafią czarować – prychnął Cole, lekko odchylając mnie w tył, kiedy utwór dobiegł końca.
Odmówiłam, kiedy Cole zasugerował, byśmy usiedli. W zamian odtańczyliśmy razem kolejny kawałek. Chociaż nie miałam ochoty tańczyć, chciałam jak najdłużej pozostać na parkiecie, gdyż stąd idealny punkt obserwacyjny.
Wyjątkowo nietypowe było to, że jeden z mężczyzn w masce przez cały czas wodził za mną i Turnerem spojrzeniem. I to nie byle jakim. Nie skłamałabym, gdybym powiedziała, że ten Nocny sprawiał wrażenie nie tyle rozzłoszczonego, co zazdrosnego. Drugim niepokojącym faktem było to, że nie mogłam odczytać jego uczuć, dlatego też musiałam bazować na zwykłej obserwacji. Jakkolwiek bym się nie skupiła, nie odbierałam z jego strony żadnego sygnału. Nic. Zupełnie tak, jakby ten facet w ogóle nie istniał.
Cole obrócił mnie, wcześniej oczywiście przestrzegając przed nadejściem nowej figury. Kiedy ponownie znalazłam się w pionie, tajemniczy mężczyzna gdzieś się przemieścił. Bezskutecznie spróbowałam odnaleźć go w tłumie. Koniec końców uznałam więc, że naprawdę go sobie tylko wymyśliłam. To nie byłby pierwszy raz, kiedy moje szaleństwo przybrało namacalną formę...
Po dwóch kolejnych, smętnych kawałkach Cole porzucił mnie, dochodząc do wniosku, że potrzebuję przerwy, bo zaczynam deptać mu palce. Przeprosiłam za moje dwie lewe nogi, ale w rzeczywistości wcale nie czułam się winna. Miałam tak wiele na głowie, że to i tak wyczyn, że nie zrobiłam czegoś poważniejszego niż tylko podeptanie swojego partnera na parkiecie.
Założyłam nogę na nogę, w myślach amputując sobie stopy. Szpilki uciskały mnie niemiłosiernie, jednak jak to uznała Larissa, nie miałam prawa ich zmienić. Według niej noszenie płaskich butów do takiej sukienki było czymś wręcz niestosownym. Nie chciałam się z nią kłócić; tym bardziej, że moja znajomość w tej dziedzinie nie była szczególnie obszerna. 
Czując, że ktoś mi się uporczywie przygląda, odwróciłam lekko głowę. Spodziewałam się znów zobaczyć tego tajemniczego, zamaskowanego mężczyznę. Z maską co prawda trafiłam, ale moją stalkerką okazała się być ubrana w krwistoczerwoną suknię kobieta. Skinęłam jej głową, nie chcąc wyjść na nieuprzejmą, ale kolejny krok pozostawiłam w jej gestii. Jeśli chciała ze mną porozmawiać, musiała podejść sama. Ja nie zamierzałam wpraszać się do nikogo na audiencje.
Dziewczyna, jakby czytając mi w myślach, wystąpiła krok do przodu. A potem kolejny, jeszcze jeden. Poruszała się z gracją i taktem, zupełnie jakby celowo chciała zacząć zwracać na siebie uwagę. Z miejsca odczułam, że się nie dogadamy. Podczas gdy ja wolałam unikać publicznych wystąpień, ona pragnęła przykuwać spojrzenia.
Odwróciłam twarz w stronę parkietu, nie chcąc dawać jej żadnej satysfakcji. Przyglądając się tańczącym, czekałam na mojego gościa. Nagle jakby spod ziemi przede mną wyłonił się mężczyzna w masce, którego jeszcze przed chwilą uznawałam za wytwór mojej wyobraźni. Dopóki nie złapał mnie za przegub i nie pociągnął w stronę parkietu, wyznawałam podobne stanowisko. Nie mogłam jednak dłużej zaprzeczać jego autentyczności, skoro czułam jego skórę tuż przy swojej. A także dlatego, że jego dotyk z każdym kolejnym krokiem zaczął zapewniać mi tym większy dyskomfort.
– Hej, może trochę spokojniej, masz Królową na ogonie! – warknęłam zirytowana, próbując wyszarpnąć ramię z jego uścisku.
Nocny dostosował się do mojej prośby i nieznacznie poluzował swój chwyt. Ponownie jednak zamknął mnie w mocnym uścisku, kiedy znaleźliśmy się w najdalej położonym krańcu parkietu. Kiedy dodatkowo nałożył o wiele za szybkie tempo do melodii, która rozgrywała się w tle, nie wytrzymałam.
– Co jest z tobą nie tak? Do ciebie chyba nadal nie dociera, z kim masz do czynienie!
Zlustrowałam go uważnym spojrzeniem od góry do dołu, próbując wyobrazić sobie, jak wyglądałby bez zasłaniającej połowę jego twarzy maski. W zasadzie nie wyróżniał się niczym od mężczyzn z tłumu; miał na sobie dobrze skrojony smoking i uzupełniająca całość muchę. Jednak coś w jego oczach… Wydawały się dziwnie płaskie i bez wyrazy, nie mogłam z nich wyczytać żadnych, nawet najbardziej podstawowych emocji. Zazwyczaj nie miałam z tym problemu. Te czarne, pozbawione tęczówek oczy, które dla innych były jedynie synonimem strachu i terroru, dla mnie stanowiły okno umożliwiające wejrzenie w głąb moich poddanych. Bez trudu potrafiłam odnaleźć ich prawdziwe ja uwięzione pośród mroku. Jednak w przypadku nieznajomego nie widziałam nic poza bezbrzeżną ciemnością.
– Kim jesteś? I dlaczego patrzysz na mnie tak, jakbym coś ci odebrała? – zapytałam, z żalem opuszczając ramiona. – Wiedziałam, że nie wszystkich od razu ku sobie zjednam, ale żeby od razu mnie nienawidzić?
Nieznajomy podniósł rękę ku twarzy i musnął palcami krawędź maski, jakby zastanawiając się, czy ją zdjąć. Ostatecznie jednak tylko pokręcił głową i wyciągnął ku mnie dłoń, oferując kolejne podejście do tańca.
Z westchnieniem przyjęłam jego propozycję. Jego milczenie, choć niewątpliwie mnie niepokoiło, niosło ze sobą również coś kojącego.
Wtuliłam się w Nocnego, pozwalając sobie odprężyć się jego silnych objęciach. Miał w sobie coś, co gwarantowało mi namiastkę… Sama nie wiem, domu? Czułam się przy nim dziwnie spokojnie i po prostu dobrze. Dawno już nie doznałam czegoś takiego. Prawdę powiedziawszy tęskniłam za stanem całkowitego wyłączenia. Odkąd stałam się pełnoprawną Królową, a na mojej głowie spoczęła cała masa obowiązków, moim jedynym marzeniem było móc choć na moment odciąć się od tego wszystkiego.
I było to możliwe właśnie przy tym wampirze.
Odnalazłam się w narzuconym przez niego rytmie. Mimo iż nasz taniec w żaden sposób nie przypominał znanych klasyków, bez trudu odnajdywałam kroki. Możliwe że to dlatego, iż figury nie były zbytnio skomplikowane, podobnie jak melodia, która raz po raz wznosiła się i opadała niczym nadmorskie fale muskające mokry piasek na brzegu. Nieco tajemnicza, ale jednocześnie łagodna i niosąca nadzieję, zupełnie jak ramiona obejmującego mnie mężczyzny.
Nieznajomy zsunął dłoń na moją talię i ostrożnie przesunął kciukiem wzdłuż jej wgłębienia. Zaskoczona tym poufałym gestem na moment wybiłam się z rytmu.
– Ja… Dlaczego mam wrażenie, że skądś cię znam? – zapytałam cicho, w poufałym geście opierając czoło na jego ramieniu.
Nieznajomy, tak jak się tego spodziewałam, nie odpowiedział. Zamiast tego obrócił mnie dwukrotnie, przy drugim razie niechybnie puszczając moją dłoń. Trzeci obrót wykonałam już samodzielnie, na koniec ponownie wpadając w jego ramiona.
I wtedy już wiedziałam.
Przestaliśmy tańczyć. Staliśmy przytuleni w kącie pomieszczenia, walcząc z własnymi myślami. Nie potrafiłam odczytać emocji, które nim targały, jednak domyślałam się, że były równie sprzeczne i gwałtowne co moje. Przytłoczona nadmiarem wspomnień potrafiłam jedynie trwać w bezruchu i zaciągać się jego znajomym, choć jednocześnie tak bardzo obcym zapachem.
– Pamiętam – wyszeptałam, przesuwając dłonie w górę jego ramion. – Wszystko pamiętam. Więc jak… Jak ty… To niemożliwe.
Podniosłam wzrok, czekając na jakąś reakcje z jego strony. Zamiast odpowiedzi została jedynie odepchnięta na bok, porzucona niczym niechciana i uciążliwa stara rzecz. Wampir odszedł, lawirując między tańczącymi na parkiecie w kierunku wyjścia. Niewiele myśląc ruszyłam za nim. Nie odważyłam się jednak zawołać go po imieniu. To wszystko wciąż zdawało mi się być jedynie pięknym, choć zupełnie odrzeczywistnionym snem, w który nieprędko – o ile w ogóle – miałam uwierzyć.
Przez zamieszanie, które nagle zapanowało w salonie, zupełnie straciłam go z oczu. Spanikowana rozglądałam się wokół, bezskutecznie szukając znajomej, wymagającej wizyty u fryzjera czupryny.
Do rzeczywistości przywróciło mnie mocne szarpnięcie w tył.
– Królowo, musimy uciekać! – wykrzyknęła Larissa, próbując przekrzyczeć zgiełk. – Był atak… nie zdążyliśmy… schować!
Wyłapywałam tylko pojedyncze słowa z jej wypowiedzi. Postanowiłam jednak przestać jej się opierać i pozwolić, by bezpiecznie mnie stąd wyprowadziła. Doskonale wiedziałam, ile strat jest w stanie spowodować wściekły, spanikowany, nierozumiejący rozwoju wydarzeń tłum.
A jednak, pomyślałam gorzko, wpatrując się w uciekającą kobietę w masce. Może Will w końcu zrozumie, czym grozi lekceważenie mojej intuicji…



†††††


Dobry wieczór! Rozdział pisany pod wpływem impulsu i Piccolo, lojalnie ostrzegam. Bardzo długo zastanawiałam się, czy wplatać do trzeciej części ten dość kontrowersyjny wątek. Ostatecznie zrobiłam to, ale wciąż nie czuję się przekonana. Zaszłam już tak daleko, nie chcę niczego spieprzyć... A to jest niewątpliwie spore utrudnienie. Ale, kto wie, może nie będzie tak źle?
Długo przygotowywałam się do tej sceny. Przede wszystkim fizycznie, bo w głowie już od dawna widziałam ich, razem, tańczących... Tak jak to zwykło być. Z reguły jednak coś, na co długo czekamy, w konsekwencji średnio nas zadowala. I właśnie tak jest z tym rozdziałem. Wiem, że mogłam zrobić to lepiej, w końcu inaczej to sobie wyobrażałam...
Jednak teraz, kiedy słucham przytoczonego w tekście utworu Abla tak się zastanawiam... Czy coś, co jest oprawione muzyką od niego, siłą rzeczy nie jest chociaż bliższe ideałowi?

Miłego dnia/wieczoru. 
Pozdrawiam, K.

sobota, 21 października 2017

Rozdział 60




"To tylko kolejny cierń w moim boku
 Próbuję znów i nie wychodzi
 Przypieczętowuję swój los, już prawie za późno
 Próbuję się trzymać, ale wyślizguje mi się, wyślizguje
 I buduję to wszystko, by zaraz patrzeć, jak upada
 Trzymaj mnie, nie pozwól mi spaść
 Bo nie mogę pozwolić, by to wszystko poszło na nic
Tracę kontrolę..."








– Larissa! – wykrzyknęłam uradowana, wyczuwając brunetkę za drzwiami. Zaprzestałam nieudolnych prób wykonania samodzielnie makijażu w stylu glamour i wybiegłam z pokoju, by uściskać wampirzycę. – Boże, tak bardzo cię przepraszam! Nie chciałam… Ja… O Boże.
Wampirzyca roześmiała się, czule mnie obejmując. Odetchnęłam z ulgą, wiedząc, że już mi wybaczyła akcję sprzed kilku dni, kiedy to straciłam nad sobą panowanie i zaatakowałam ją. Wtedy jednak nie byłam sobą; niedobór krwi w moim organizmie zepchnął mnie ponownie na skraj szaleństwa. Dzięki Williamowi – i oczywiście zwierzęcej krwi – wracałam do zdrowia.
– Wszystkiemu winne royal baby, łapię – zażartowała, ukazując koniuszki kłów w uśmiechu. – Swoją drogą, jak się czujesz? Miałam przyjść rano, ale Will twierdził, że to nie była najlepsza pora…
Machnęłam dłonią, próbując zlekceważyć sprawę mojego drobnego załamania nerwowego. W końcu każdemu zdarza się czasem trochę popłakać nad rozlanym lakierem do paznokci, nie?
Cóż, nikt nie mówił, że połączenie wampiryzmu z ciążowymi humorkami przyniesie coś dobrego.
– To świeża sprawa, próbuję się z nią oswajać. A nie jest to łatwe – dodałam wymownie.
Larissa wesoło pokiwała głową. Szybko jednak spoważniała, rozumiejąc, że moja wypowiedź nie była zabarwiona sarkazmem. Zlustrowała mnie uważnym spojrzeniem, zatrzymując je przede wszystkim na płaskim, ukrytym pod materiałem koszulki brzuchu. Upewniwszy się, że przez te kilka dni, kiedy jej nie było, nie spuchłam jak balon, znów skupiła się na mojej twarzy.
– Te plamy na oczach to jakaś ciążowa zachcianka? Bal za kilka godzin, chcesz się tak pokazać gościom?
Uśmiechnęłam się krzywo, zażenowana faktem, że zostałam przyłapana na makijażowej wpadce. Nie musiała jednak nic mówić. Larissa ujęła mnie pod ramię i podprowadziła do stojącej w kącie pokoju toaletki. Szybko pozbyła się paskudnej imitacji makijażu i zabrała za nakładanie nowego.
– Gdzie byłaś przez te kilka dni? – zapytałam, posłusznie przymykając powieki, na których wampirzyca blendowała dwa podobne kolorystycznie cienie tak, by gładko w siebie przechodziły.
– Musiałam przemyśleć kilka spraw – rzuciła ogólnie Larissa. – Poza tym chciałam trochę odczekać. No, wiesz, żeby cię specjalnie nie drażnić.
Mimo jej sprzeciwów otworzyłam oczy i posłałam jej oburzone spojrzenie.
– Przecież ci mówiłam, że to nie była twoja wina. Oczywiście boli mnie, że masz przede mną jakieś sekrety… – Westchnęłam, chwytając ją za dłoń, w której dzierżyła pędzel. – Rozumiem jednak, że z jakiegoś powodu nie możesz mi ich wyjawić.
– Boję się, że przez to, że ci nie powiedziałam, stanie ci się krzywda – jęknęła, zaciskając powieki. – Ale słowa wyjaśnienia dosłownie nie mogą przejść mi przez gardło. Widziałam wampiry, który próbowały przeciwstawić się jej rozkazom – dodała ciszej, wyraźnie speszona. – Wierz mi, Cat, nie jest to nic przyjemnego.
– Co ta tajemnicza Ona ma w sobie, czego nie mam ja? – zapytałam, zanim przypomniałam sobie, żeby przecież miałam przestać drążyć.
– Problem polega na tym, że tak naprawdę niewiele was różni. Nawet kochacie tych samych mężczyzn – rzuciła tajemniczo, tym stwierdzeniem kończąc temat.
– Mój ukochany nie żyje – przypomniałam cierpko, podając jej eyeliner.
Larissa nie odpowiedziała na moje pytanie, co oznaczało, że i tak powiedziała mi o wiele więcej niż powinna. Z trudem zrezygnowałam z dalszych dociekań i pozwoliłam, by w milczeniu dokończyła mój makijaż. Efekt końcowy jak zwykle mnie olśnił. Odrobina tuszu do rzęs czy cienia zmieniła mnie z niepozornej szarej myszki w prawdziwą Królową. Teraz przynajmniej mogłam wyglądać królewsko, bo z samopoczuciem różnie to bywało.
Podczas gdy ja rozczesywałam włosy i przygotowywałam je do kręcenia, Larissa wyciągnęła z szafy moją specjalnie przygotowaną na bal kreację. Na dobrą sprawę sama jej jeszcze nie widziałam. Jako że zakupy nigdy nie były moją mocną stroną, wybór odpowiedniej sukni pozostawiłam Willowi. Wierzyłam, że mnie nie zawiedzie; w końcu nigdy wcześniej tego nie zrobił.
Jakie też było moje zdumienie, kiedy po otwarciu pokrowca moim oczom ukazała się…
Dobry Boże.
– Czy to suknia ślubna? – zdziwiła się Larissa. – Jest piękna, bez dwóch zdań, ale jednak…
– To nie tak miało być – wymamrotałam pod nosem, ze zdumieniem wpatrując się w śnieżnobiały, koronkowy materiał wdzięcznie rozpostarty na moim łóżku. – To miał być tylko ustawiony bal z okazji naszych równie ustawionych zaręczyn. A tak… Co pomyślą inni? Jezu, a co jeśli on zorganizował bez mojej wiedzy całe wesele?
– Wierz mi, wiedziałabyś, gdyby tak było – uspokoiła mnie przyjaciółka, gładząc dłonią materiał spódnicy. – Przymierz ją – zasugerowała łagodnie, z szacunkiem podnosząc suknię z posłania. – Jeśli ci się nie spodoba, przebierzemy cię w coś mniej ślubnego.
Wciąż sceptycznie nastawiona pozwoliłam, by Larissa pomogła mi założyć to koronkowe, ale bądź co bądź ślubne cudo. Wszystkie obawy jednak wyparowały, kiedy zobaczyłam swoje odbicie w lustrze. Suknia zdawała się być wręcz stworzona dla mnie. Subtelna koronka w połączeniu z prostym krojem odzwierciedlała moje łagodne usposobienie, ale to wycięcie na plecach mówiło o mnie najwięcej. Grzeczna, ale jednocześnie z pazurem. Gdyby tylko była czarna, byłabym nawet skłonna zaryzykować stwierdzeniem, że jest to suknia idealna.
Larissa bez słowa skanowała mnie wzrokiem, obmyślając, jakie dodatki powinna dobrać, by całość dobrze współgrała. Ku mojemu zadowoleniu postawiła na czarne szpilki i kolczyki, dzięki czemu w tej ślubnej kreacji mogłam się czuć nieco mniej onieśmielająco. Całość dopełniła ciemna, właściwie wpadająca w czerń szminka, która z miejsca skradła moje serce.
Wampirzyca kończyła układać moje włosy, kiedy ktoś zapukał do drzwi. Wyczuwając, że to Cole, chciałam odmówić, ale ten jak zwykle nie zaczekał na moje pozwolenie, lecz bezkarnie władował się do środka. Wyglądał jednak tak dobrze w smokingu, że byłam skłonna wybaczyć mu ten brak poszanowania mojej prywatności.
– O cholera – syknął zdumiony, skanując mnie wzrokiem. – Chyba pomyliłem imprezy.
– Wierz mi, ja chyba też – parsknęłam gorzko, wygładzając materiał spódnicy. – Ale czego się nie robi dla dobra królestwa, nie?
Larissa wywróciła oczami i zabrała się za sprzątanie toaletki. Szybko jednak zrozumiała, że powinna się ulotnić, gdyż Cole chce ze mną porozmawiać na osobności. Bez słowa skinęła nam obojgu i praktycznie bezszelestnie opuściła sypialnię.
– Ostatnie dni były trudne – zaczął pojednawczym tonem Cole, pokonując dzielący nas dystans. – Przepraszam za bycie takim dupkiem. Po prostu… Cóż, zaskoczyłaś mnie.
– Mimo wszystko dziękuję, że się zgodziłeś. To dla mnie wiele znaczy.
Cole uśmiechnął się ciepło, po czym sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki. Wyciągnął małe, czerwone pudełeczko, na widok którego kolejny raz tego dnia zrobiło mi się słabo.
– Sporo nad tym myślałem, kotku i… – Westchnął ciężko, wolną dłonią drapiąc się po karku. – Jeśli chcemy wypaść wiarygodnie, powinniśmy to rozegrać jak należy, nie sądzisz?
– Cole, nie musisz…
Nie pozwolił mi jednak dokończyć. Upadł przede mną na jedno kolano, jednocześnie otwierając pudełeczko. Umiejscowiony pomiędzy fałdami czarnego, satynowego materiału pierścionek błysnął w ostatnich promieniach zachodzącego słońca.
– Catherine Victorio Evans, czy uczynisz mi ten zaszczyt i zostaniesz moją udawaną narzeczoną?
Zaskoczona byłam w stanie jedynie sztywno skinąć głową. Turner nie potrzebował jednak niczego więcej. W milczeniu wyciągnął pierścionek z pudełeczka i wsunął go na serdeczny palec mojej lewej dłoni. Dokładnie obejrzałam błyskotkę, nie potrafiąc zapanować nad wzruszeniem.
Pieprzone hormony!
Kiedy Cole wstał, rzuciłam się, by go objąć. Odwzajemnił mój gest bez cienie rezerwy, dzięki czemu o wiele łatwiej było mi uwierzyć w szczerość jego intencji.
– Kto by pomyślał, że pewnego dnia zdobędę cię naprawdę?
Uśmiechnęłam się lekko do swoich wspomnień, mile zaskoczona, że wciąż o tym pamiętał. Tego dnia, kiedy po raz pierwszy wyznał mi miłość – zaraz po tym jak zarzucił mnie całą masą cytatów z ,,Małego Księcia” – oznajmił również, że chciałby mieć mnie naprawdę. Wtedy mu uwierzyłam. Teraz, mimo że nauczona doświadczeniem nie powinnam była tak naiwnie mu ulegać, postanowiłam ponownie zaryzykować.
– Masz mnie, Cole’u Turnerze. I chyba nigdy tak naprawdę nie przestałeś.



Kiedy w końcu uznałam, że nic więcej nie zrobię, by poprawić swój wygląd, z Colem u boku opuściłam sypialnię. Wsparta na jego ramieniu pokonałam odcinek dzielący nas od schodów. Nie stresowałam się; w końcu byłam Królową, a wystawne bale były poniekąd częścią mojej egzystencji. Poza tym obecność Nocnych, nawet jeśli w dużej mierze kompletnie mi obcych, nie czyniła już ze mnie nerwowej, nieśmiałej blondyneczki. Bałam się jednak, że coś pójdzie nie tak, że coś przegapiliśmy, jakiś istotny znak nadchodzącej katastrofy i będziemy zmuszeni zmienić charakter tak hucznie obchodzonej uroczystości.
Nawet jeśli sam Will obiecywał, że ma wszystko pod kontrolą, nie potrafiłam całkowicie mu uwierzyć. Nie w tej konkretnej kwestii. Chociaż często zwodniczy, szósty zmysł Kateriny zaprzeczał pomyślnym teoriom Nocnego, co napawało mnie niepokojem.
– Trzymasz się jakoś? – zapytał Cole, spoglądając na mnie z troską. Chociaż minęło już trochę czasu, nadal nie przywykła do tego, że jego oczy na powrót przybrały tę piękną, szmaragdowozieloną barwę. – Strasznie zbladłaś.
– To wina pudru – zełgałam. Wzięłam głęboki wdech, mając nadzieję, że w ten sposób chociaż na chwilę uda mi się uciszyć ten podstępny głosik zwiastujący moją dzisiejsza klęskę. – I całej masy innych kosmetyków. Po prostu, no wiesz…
– Niecodziennie wychodzi się za mąż – parsknął Cole, z udawanym zrozumieniem kiwając głową. – Jakby nie patrzeć siedzimy w tym razem.
– Nieszczególnie pocieszająca wizja.
Cole wyszczerzył się, nakłaniając mnie jednocześnie do wznowienia spaceru w dół schodów.
– Ja ciebie też, pani Turner. Ja ciebie też…
Brzmiało to tak niedorzecznie, że aż wstrzymałam się przed komentarzem. Po prostu mocniej zacisnęłam dłoń na jego przedramieniu, zganiając wszystko na wysokie obcasy, długą suknię i ciążę. Bo przecież wcale się nie stresowałam. Wcale.
Jako że cały dzisiejszy dzień spędziłam na górze, walcząc z ciążowymi humorkami, nie miałam jeszcze okazji przyjrzeć się metamorfozom, które przeszedł parter hotelu na rzecz dzisiejszej uroczystości. Na widok kwiatowych kompozycji w lobby i czerwonego dywanu prowadzącego wprost do lustrzanej sali restauracyjnej doznałam nieprzyjemnego uczucia déjà vu. Podobnie sprawa przedstawiała się w salonie. Gra błysków i kolorów przywodziła na myśl wspomnienia, o których wolałam nie pamiętać.
Dekorator praktycznie całkowicie zrezygnował ze sztucznego oświetlenia, stawiając na staromodne świece, które nadawały pomieszczeniu gromadzącemu wampiry z Las Vegas i okolic jeszcze mroczniejszego uroku. W ich poświacie nawet rozmieszczone po całym pokoju bukiety wyglądały groźniej i mniej eterycznie. Minimalizm w warstwie dekoracyjnej dopełniały wampiry. Pełne wdzięku i gracji rozmawiały, raz po raz błyskając w drapieżnym uśmiechu bielą wysuniętych kłów, korzystały z oferowanych przez zauroczonych przeze mnie kelnerów drinków, lub też pożywiały się na przyprowadzonych ze sobą karmicielach. Na widok panującej tu harmonii, mimo kilku dość dysfunkcyjnych elementów, wszelkie moje wcześniejsze obawy wyparowały.
Nasze nadejście spowodowało drobne rozproszenie. Zamilkły rozmowy, nawet muzycy na moment odłożyli swoje instrumenty, stawiając mnie i Cole’a w centrum uwagi. Turner, wyczuwając moje napięcie, uspokajająco pogładził mnie po dłoni, którą wciąż zaciskałam na jego przedramieniu. Ten gest nie ubiegł uwadze publiczności, która z nieskrywaną ekscytacją przyglądała się mojemu pierścionkowi zaręczynowemu. Nawet Will, który przecież musiał wiedzieć o tym drobnym spisku, wyglądał na żywo zainteresowanego.
W myślach modląc się o to, bym nie potknęła się na ostatnich metrach i nie zrobiła z siebie jeszcze większego pośmiewiska, podążyłam wraz z Cole’m na przygotowany dla muzyków podest. Przy pomocy mojego narzeczonego wspięłam się na podwyższenie. Z tej perspektywy miałam o wiele lepszy wgląd na zgromadzonych.
I, niech mnie cholera, nawet w najśmielszych snach nie przypuszczałam, że moja osobista tragedia zbierze tu aż tak wielu Nocnych.
– Na początek pragnęłabym, zarówno w imieniu swoim jak i mojego narzeczonego, podziękować wam za przybycie – zaczęłam, z trudem przypominając sobie poszczególne partie ćwiczonej od rana przemowy. – Wasza obecność w tym jakże szczególnym  dniu jest dla nas niebywale ważna. Cieszę się, że to właśnie z wami, moją ukochaną rodziną, mogę podzielić się tą cudowną nowiną. Mam nadzieję, że będę mogła korzystać z waszego nieocenionego wsparcia również potem, w chwilach na pewno nie tak radosnych. Spróbujmy jednak na ten jeden wieczór porzucić spowijający nas mrok ciążącej nad nami przyszłości i skupić tylko na tym co tu i teraz. Bawmy się i integrujmy, a tym samym należycie powitajmy najmłodszą dziedziczkę Iwanow, która już za kilka tygodni pojawi się na tym świecie, na dobre jednocząc naszą rodzinę.
Moje ostatnie słowa nie zabrzmiały tak dumnie, jakbym sobie tego życzyła. Nie spotkałam się też z upragnionym aplauzem. Wpatrywałam się w zdumione twarze moich poddanych, oczekując najgorszej reakcji.
Wiedziałam, że wyjawienie im prawdy o ciąży nie przyniesie niczego dobrego!
Wtedy jednak z tłumu zaczęły się przedzierać pojedyncze oklaski, które z czasem przybierały na sile. Widząc, że większość dołączyła do aplauzu, pozwoliłam się sobie odprężyć. Uśmiechnęłam się do zebranych, jednocześnie sprawdzając, czy napływające od nich przez naszą więź emocje są prawdziwe.
– Niech żyje królowa!
Dumnie skinęłam głową, wychodząc naprzeciw kolejnej dawce ciepłych słów pod adresem mnie i dziecka. Początkowo odczuwany niepokój ulotnił się, a nowa fala pochlebnych okrzyków tylko zmotywowała mnie do działania.
– A nie mówiłem? – wyszeptał Cole wprost do mojego ucha, drażniąc ciepłem swojego oddechu wrażliwą skórę karku.
Z pomocą Cole’a udało mi się zejść ze sceny nie tracąc przy tym resztek godności. Pomiędzy gośćmi zaczęli lawirować kelnerzy z tacami pełnymi drinków i szampana. Machinalnie sięgnęłam po kieliszek z tym drugim, jednak ktoś w ostatniej chwili wyrwał mi go z ręki. Zdumiona spojrzałam na Willa, który podmienił mój alkohol na coś, co zdecydowanie nie miało w sobie nic z procentami.
– Czyś ty zwariowała? – zbeształ mnie, z niedowierzaniem kręcąc głową. – Sięgasz po alkohol? Przecież jesteś w ciąży!
– Mam przetrwać wieczór na trzeźwo? – jęknęłam niezadowolona, przyglądając się zawartości mojej szklanki. Wampirzątko raczej na pewno nie miało ochoty na sok pomarańczowy. – Nie dam rady!
– Trzeba było o tym pomyśleć, zanim..
– Zanim co? – prychnęłam. – Wcisnęłam się dobrowolnie w suknie ślubną i zaręczyłam z Turnerem?
Will wywrócił oczami, duszkiem dopijając podebranego mi szampana. Mogłam się założyć, że zrobił to z premedytacją na wprost mnie, aby mnie zdenerwować.
– Ja ci pierścionka na palec nie władowałem. Powinnaś więc się cieszyć, najdroższa, że Cole nareszcie się ogarnął i wziął sprawę na poważnie.
– To tylko do czasu porodu – mruknęłam, odwracając się. Próbowałam w tłumie nieznajomych odnaleźć Turnera, ale marnie mi to szło. – Potem…
– Potem co, Catherine? Nie od dziś wiadomo, że dziecko zbliża ludzi i…
– Tyle że żadne z nas nie chce tego dzieciaka – syknęłam cicho, chcąc jak najszybciej zakończyć niewygodny temat. Will i jego mądrości zaczynały pomału wyprowadzać mnie z równowagi. Odkąd tylko dowiedziałam się o ciąży, zaczął się zachowywać jakby był nie wiadomo jakim znawcą i ekspertem w wychowywaniu dzieci. Jego porady z reguły jednak nijak miały się do tego, czego chciałam ja. Mówił o dobru dziecka, ale nigdy moim. – A już na pewno nie Cole.
– Przestań wypowiadać się o własnej córce takim tonem, jakby coś zawiniła. Dziecko nie odpowiada za głupotę jego rodziców, nie sądzisz?
Na moment straciłam nad sobą panowanie. Zamiast jednak wyżyć się na Williamie, po prostu zacisnęłam dłonie w pięści. Zapomniałam jednak o jednym drobnym, choć dość istotnym szczególe. Szklanka, którą dzierżyłam w prawej dłoni pękła pod wpływem nacisku. Przez palce pociekł mi sok pomieszany z moją krwią. Szybko odrzuciłam od siebie szklane odłamki, nie chcąc dopuścić do powiększenia się rany. Mimo to kilkoro najbliżej stojących Nocnych obróciło się, szukając źródła słodkiego zapachu.
– I widzisz, co narobiłeś? – warknęłam, odwracając się na pięcie. Nie odpowiadając na żadne zaczepki pognałam prosto do kuchni, gdzie w spokoju mogłam przeczekać proces gojenia.
Dokładnie umyłam dłonie, zmywając z nich resztki zakrzepniętej krwi. Rozcięcia na mojej skórze były już praktycznie niewidoczne. Od całkowitego zagojenia dzieliły mnie tylko minuty.
Kiedy wróciłam do salonu, ludzie zdawali się nie pamiętać o scenie, którą odstawiłam przy udziale Willa. Zmotywowana tą myślą postanowiłam zacząć proces poznawania nowych sprzymierzeńców.
– Królowo. – Czując czyjś dotyk na ramieniu odwróciłam się w kierunku swojego nowego rozmówcy. – To zaszczyt w końcu poznać cię osobiście. Derek Smith, przywódca waszyngtońskiego klanu.
– Och, tak, słyszałam o was – przyznałam, uśmiechając się. – William dużo o tobie mówił. Ponoć znałeś Katerinę.
– Ach, cóż to była za kobieta – westchnął Derek, wsuwając dłonie do kieszeni spodni. – Tym bardziej cieszę się, że mogę współpracować również z tobą, Królowo.
– W takim razie pozostaje mi mieć nadzieję, że pozostaniecie na dłużej w Vegas.
Derek uśmiechnął się tajemniczo, łapiąc z tacy przechodzącego kelnera szklankę whiskey.
– Kiedy już raz zasmakuje się Miasta Grzechu, nie sposób tak łatwo odpuścić, nieprawdaż?
Tylko skinęłam głową, po czym odeszłam, wymigując się innymi gośćmi. W ciągu kilu godzin poznałam kilkoro innych przywódców większych bądź mniejszych grup z całych Stanów, co było dla mnie nie lada zaskoczeniem. Nigdy nie przypuszczałabym, że aż tak wielu Nocnych postanowi połączyć się w klany i zwyczajnie współpracować. Z doświadczenia wiedziałam, że nie były to stworzenia szczególnie stadne.
Z moich wstępnych obliczeń wynikało, że nasza skromna dotychczas armia wzbogaciła się o wielu dodatkowych, wartościowych żołnierzy. Chociaż bardzo się starałam, nie potrafiłam powstrzymać dumnego uśmieszku cisnącego mi się na usta. Nawet jeśli z początku byłam sceptycznie nastawiona do tej uroczystości, musiałam w końcu przyznać, że Will odwalił kawał dobrej roboty.
– Ach, tu jesteś, kotku. – Ktoś objął mnie od tyłu i złożył soczysty pocałunek na mojej skroni. Wstrzymałam oddech, czując bijący od Cole’a odór alkoholu. – Wszędzie cię szukałem.
– Mało ci po ostatniej akcji? – westchnęłam, kręcąc z politowaniem głową. – Nie pij tyle, najdroższy. Nie każ mi się o siebie martwić mocniej niż zwykle.
Nie wiedzieć czemu moje słowa sprawiły, że Turner się rozpromienił.
– Zależy ci na mnie?
– Cole… Po prostu nie pij już więcej, dobrze? – zapytałam, wierząc, że do końca balu uda mi się utrzymać go w ryzach. – Chodź, zatańczymy – zasugerowałam szybko, słysząc, że muzycy rozpoczęli grać kolejny, o wiele żwawszy od poprzedniego utwór.
Turner niechętnie podreptał za mną w stronę prowizorycznego parkietu. Przyciągnęłam go do siebie jak najbliżej, mając nadzieję, że jest wystarczająco trzeźwy, by nie pomylić podstawowych kroków. Na szczęście szybko udało nam się złapać wspólny rytm i z gracją odtańczyć cały kawałek. A potem kolejny. I jeszcze jeden. Dopóki melodie znów nie stały się melancholijne i smutne, nie rozumiałam, że ten dziwny, zamglony obraz spowodowany jest tym, że moje oczy przepełniły się łzami.
– Cat? Co się dzieje, kotku?
– Pomyśleć, że od naszego ostatniego a zarazem pierwszego wspólnego balu minęło zaledwie osiem miesięcy – wyszeptałam, przyglądając się jego przystojnej, skupionej twarzy. Wszystko, poczynając od wyraźnie zarysowanych kości policzkowych na szmaragdowych oczach kończąc, choć wyglądało tak samo, wcale już takie nie było. Wystarczyło tylko kilka miesięcy, by oczy w których się zakochałam, zmieniły barwę na czerń typową dla Nocnych. I chociaż nasz wygląd nie uległ zbyt drastycznej zmianie, wewnątrz byliśmy zupełnie innymi ludźmi. – Tak wiele straciliśmy przez ten czas, najdroższy. Ale co zyskaliśmy, poza pięknymi, choć krótkotrwałymi wspomnieniami?
– Cat, jeśli chcesz stąd na chwilę wyjść i odpocząć… – zasugerował łagodnie Turner, przesuwając dłonią po wgłębieniu mojej talii. – To zrozumiałe, że tęsknisz. A uroczystości jak ta…
– To nie tęsknota, kochany – westchnęłam, gubiąc kroki. Zatrzymaliśmy się więc na środku parkietu i po prostu na siebie patrzyliśmy. – To po prostu…
Cole musnął dłonią mój policzek, zapewne ścierając z niego kilka zdradliwych łez. Uśmiechnęłam się smutno, na moment pozwalając sobie stać się tą pyskatą, choć naiwną Catherine w sukni z gorsetem, która wraz ze swoją najlepszą przyjaciółką obżerała się babeczkami w szkolnej toalecie i zastanawiała się, czemu tak naprawdę zadurzyła się w Cole’u Turnerze.
– Żal? – zasugerował miękko, dostrzegając moje rozmyte spojrzenie.
Nie musiałam odpowiadać. Cole doskonale zdawał sobie sprawę z mojej odpowiedzi. A to wszystko dzięki łączącej nas więzi. Więzi, o której jeszcze osiem miesięcy temu żadne z nas by nawet nie pomyślało…
Cole pochylił się i złożył delikatny, całkowicie niezobowiązujący pocałunek na moich ustach. Uśmiechnęłam się lekko, obejmując go za szyję, dzięki czemu mogła chociaż na chwilę zatrzymać go tak blisko siebie. Nie mogłam zaprzeczyć myśli, że między nami jeszcze nigdy nie było tak dobrze.
Relacja moja i Cole’a była wielokrotnie wystawiana na próbę. Raz po raz raniliśmy siebie nawzajem, do końca nie rozumiejąc nawet dlaczego. Tym razem było jednak inaczej. Czułam, że tylko Cole jest w stanie zrozumieć mnie i moje prawdziwe potrzeby. Było tak, jak z Colinem – uzupełnialiśmy się. Tak zwyczajnie, bez zbędnych deklaracji czy nic niewartych słów. Lydia nazwałaby to pokrewieństwem dusz czy innym romantycznym banałem. Ja obstawałam przy tym, by to po prostu czuć, a nie nazywać.
A może Will miał rację również w tej kwestii…?
– Widzisz, już prawie koniec balu – zauważył Cole cicho, uśmiechając się wesoło. – A ty tak panikowałaś… Nie chciałaś wierzyć, kiedy mówiłem, że nic złego się nie stanie.
Otworzyłam usta, chcąc mu odpowiedzieć, ale rozproszona przez nagły zamęt na korytarzu zupełnie zapomniałam, co chciałam powiedzieć. Oboje odwróciliśmy się w tamtym kierunku, chcąc sprawdzić, co lub kto wywołał zamieszanie. Na widok grupy nowoprzybyłych wampirów serce dosłownie podeszło mi do gardła.
– Co oni tu robią? – zapytał ktoś z tłumu, wyraźnie niezadowolony z takiego obrotu sprawy. – I po co im te maski? To nie karnawał!
Nocni, którzy dopiero postanowili się pojawić na naszym zaręczynowym przyjęciu, rozpierzchli się na różne strony, próbując dogadać się z innymi gośćmi. I chociaż przyjęto ich dość ciepło jak na dziwnych, ubranych w karnawałowe maski spóźnialskich, ja nie mogłam się co do niech przekonać. Już nie chodziło nawet o to, że ich nie znałam, gdyż podobne uczucie towarzyszyło mi od początku balu. Bardziej martwiło mnie to mrowienie w brzuchu, ilekroć któryś z nich spojrzał w moją stronę. Coś w ich oczach i sposobie bycia zwyczajnie mnie niepokoiło.

Jak się z czasem okazało – niebezpodstawnie. Albowiem najlepsza zabawa miała się dopiero rozpocząć.



††††††



Witam ponownie po dłuższej przerwie! Przyznaję, troszkę tęskniłam za pisaniem. A nawet troszkę bardzo. I choć skubałam ten rozdział od tygodni, czego tak nawiasem szczerze nie znoszę, pisało mi się go nawet przyjemnie. Z reguły opisywanie jakichś większych, ważnych wydarzeń mi nie wychodzi, ale tym razem jestem nawet zadowolona. A już tym bardziej z kolejnego rozdziału, który jakiś czas temu zaczęłam. Jak myślicie, co się stanie? Znamy się nie od dziś, na pewno macie jakieś swoje teorie ;p
Kolejna okrągła liczba do odhaczenia. Ciekawe czy uda mi się kiedyś dobić do setki :') Tak w ogóle to dziwnym trafem w każdej z części jest jakiś bal. To chyba moje małe uzależnienie. Chyba tego typu wydarzenia zwyczajnie kojarzą mi się z wampirami. Nie tylko krew czy kły, ale również bale. I walc. Och, tak, walce od Petera Gundry i wampiry to najlepsze połączenie, jakie istnieje.
Na dziś to tyle. Z następnym postaram się wrócić wcześniej, choć nie ukrywam, że ciężko jest mi znaleźć czas na pisanie. Ponoć w czerwcu ma być łatwiej...

Do napisania!
Klaudia

wtorek, 19 września 2017

Rozdział 59



"Nie wiem, jak powiedzieć, że tracę zmysły
Próbując znaleźć perfekcyjną linijkę tekstu
Wydaje mi się, że kończy mi się czas
Chyba potrzebuję cudu
Bo tracę zmysły, odliczając kolejne sekundy
I nie wiem, kiedy mój stan się polepszy..."





Wyczerpana opadłam na łóżko, próbując zdusić cisnący mi się na usta okrzyk bezradności. Kiedy myślałam, że moje życie nie może stać się jeszcze bardziej zagmatwane, Cole się obudził. Był wykończony i głodny, ale żył. I chociaż powinno mnie to cieszyć, wcale tak tego nie odbierałam.
Jego szkarłatno-czarne oczy, kompletnie niepodobne do tych, które powinien mieć mieszaniec stworzony z mojej krwi, napawały mnie niepokojem. Podobnie jak jego niegasnący apetyt. Żeby było ciekawiej, Turner nie łaknął wcale ludzkiej krwi – z tego rodzaju problemem jeszcze dałabym sobie radę. Schody pojawiły się, kiedy okazało się, że jego niesłabnące pragnienie jest w stanie zaspokoić jedynie wampirza krew. Mniej więcej wtedy zaczęłam się zastanawiać, czy nie byłoby jednak lepiej, gdybyśmy nie ukrócili jego męki w inny sposób…
Przeświadczenie, że stworzyliśmy potwora, nie dawało mi spokoju.
Zaraz po tym jak Cole względnie ugasił łaknienie i udał się do swojego pokoju, żeby odpocząć i zregenerować siły, osobiście odprowadziłam Masona do izolatki. Dziwiło mnie, że nie wykorzystał zamieszania i nawiał, kiedy tylko zyskał ku temu sposobność. Nie miałam pojęcia, co kierowało moim bratem i na ile mogłam mu ufać, a ta sytuacja jeszcze mocniej namieszała mi w głowie. Kiedy mogłam go po prostu nienawidzić, było o wiele łatwiej.
Spokoju nie dawały mi również słowa Masona. Według niego to nie on przez cały czas mi zagrażał, a tajemnicza Ona, o którą to zdążyłam się już pokłócić również z Larissą. Serce podpowiadało mi, że brat ma rację, w końcu tak jak wcześniej powiedział, byliśmy rodziną, a płynąca w naszych żyłach krew była na tyle podobna, byśmy mogli dzielić jej wyjątkowe właściwości. Jednak rozum i o wiele efektywniej przemawiające do niego logiczne argumenty udowadniały, że odkąd Mas był uwięziony, nikt nie czyhał na moje życie, nie knuł przeciwko mnie…
Tak źle, tak niedobrze. Ale przecież nikt nie mówił, że rola Królowej jest łatwa i przyjemna.
Spojrzałam w dół, na swój brzuch, po którym jeszcze nie było widać mojego cudownego stanu. Na samą myśl, że zostało mi tylko kilka tygodni względnej wolności, robiło mi się słabo. Nie zamierzałam się nad sobą użalać, gdyż na to było już za późno, ale mimo to prawda wciąż do mnie nie docierała. Zwyczajnie nie potrafiłam się z nią pogodzić. Gdyby Daniel tu był, na pewno powiedziałby, żebym się nie martwiła, bo wszystko się jakoś ułoży. Ten jego udawany optymizm zawsze mnie bawił. Ja lubiłam stawiać sprawę jasno, kiedy coś się sypało, mówiłam głośno o swoich obawach, zamiast mydlić innym oczy zapewnieniami, że wszystko będzie dobrze. Bo nie mogło takie być. A udawanie, że mogłoby być inaczej, wydawało mi się bezcelowe.
Ale gdyby Daniel tu był… Nie byłoby mnie. Tej mnie, którą zdążyłam już polubić.
Rola Królowej wymagała wielu poświęceń. Bycie odpowiedzialnym za jedno istnienie to jeszcze nie wyzwanie. Schody zaczynały się pojawiać, kiedy tych istnień robiły się setki, w dodatku każde z nich posiadało po parze kłów (albo dwóch, żeby nie było zbyt nudno) i jeden, wiecznie niesłabnący apetyt na krew. Bywały momenty, w których mocniej odczuwałam ciężar umiejscowiony na moich barkach. Zarzucałam sobie wówczas, że jestem zbyt młoda, by rządzić, zbyt głupia, by poprowadzić ich wszystkich na rzeź o moje-nie-do-końca-moje niespełnione dziecięce marzenia. Ale potem spoglądałam na najbardziej mi oddanych Nocnych, podzielałam ich podziw i uznanie, i od razu robiło mi się cieplej na sercu. Dla nich byłam skłonna poddać się każdego poświęcenia.
Pomału zaczynałam przysypiać – blisko dwutygodniowe zmęczenie coraz dotkliwiej dawało mi się we znaki – kiedy ktoś niebyt dyskretnie zapukał do drzwi. Tylko westchnęłam w odpowiedzi, słysząc jak Will, nie czekając na moje potwierdzenie, sam się wprosił. W tym domu pukanie do drzwi było tylko zbędną formalnością.
– Królowo?
Machnęłam ręką, sugerując, by wszedł głębiej do pomieszczenia. Will w kilku krokach pokonał dzielący nas dystans i stanął obok posłania. Spojrzał na mnie z góry, uśmiechając się pogodnie.
– Mogłabyś się chociaż przebrać. Masz na sobie zakrwawioną, podartą sukienkę.
Od niechcenia spojrzałam na moje bandażowe, czerwone cudo. Po dzisiejszym wieczorze nie nadawało się już nawet do bycia zwykłą ścierką do podłogi.
– Ale to wciąż sukienka – mruknęłam, abstrahując do nieśmiertelnej gadki Willa na temat mojego ubioru. – Także nie narzekaj.
– Jak się czujesz? – zapytał, przysiadając na krawędzi materaca.
Przetarłam dłonią po twarzy, osłaniając tym samym oczy przed pierwszymi promieniami słońca, które przedarły się pomiędzy marszczeniami niezaciągniętych do końca zasłon. Will, jakby domyślając się co jest powodem mojego rozdrażnienia, wstał i szybko pozbył się problemu. Pokój znów pochłonął przyjemny półmrok.
– A jak myślisz? Jestem zmieszana, przerażona, trochę zdołowana…
– Katerina ucieszyła się na wieść o dziecku – zauważył Will, próbując nieco podnieść mnie na duchu.
– No i widzisz, do czego ta jej matczyna miłość doprowadziła – mruknęłam. – Bardziej kochała siebie i zemstę niż swoje dziecko, które ostatecznie przeklęła, nieświadomie zsyłając klątwę nie tylko na małą, ale również jej następczynie.
Will odchrząknął, nieco zaskoczony moimi słowami. Dotychczas nigdy tak otwarcie nie mówiłam o mojej niechęci do Kateriny.
Przy czym niechęć to za duże słowo. W końcu w głębi serca naprawdę ją podziwiałam i nie chciałam, żeby mnie opuszczała. Jej wspomnienia były wszystkim, co mi zostało. Bez niej dosłownie byłabym nikim.
– Brzmisz, jakbyś miała jej to za złe – zauważył, rozważnie dobierając słowa.
– Ja już nie wiem, co mam o tym wszystkim myśleć, Williamie – wyszeptałam, mimowolnie zsuwając dłoń na brzuch. – Katerina żyła jedynie zemstą. A ja… Mnie spotyka cała masa innych nieszczęść. A przecież miałam tylko odtwarzać jej wspomnienia…
– Każda klątwa ma jakiś haczyk, najdroższa. W twoim przypadku jest nim właśnie Mason. Wiesz, że w niepowołanych rękach, mógłby on stanowić świetną broń przeciwko tobie, prawda? – zapytał, a w jego tonie wyczuwałam wyraźny niepokój. On też nie był zachwycony z nowości, jakimi uraczył nas los.
Westchnęłam ciężko i obróciłam się na brzuch. Dotykanie go i wmawianie sobie, że rozwija się w nim nowe życie wcale nie pomagało – brzmiało to równie abstrakcyjnie i niedorzecznie co na początku.
– On sam w sobie jest niebezpieczny. Mimo wszystko lepiej jest mieć go po swojej stronie…
– Co z nim zrobisz? Nie sądzisz że teraz, kiedy odkrył swoje zdolności, nie postanowi się zbuntować i uciec?
– Już by to zrobił – stwierdziłam, przygryzając dolną wargę. – Zresztą, on od początku zdawał się wiedzieć, co się dzieje. Jak sądzisz, co jeszcze potrafi? – zapytałam, spoglądając na Nocnego kątem oka.
William zamyślił się na chwilę. Ostatecznie tylko pokręcił głową, po raz kolejny dzisiaj zdradzając przede mną swą niewiedzę.
– Nie znam go tak dobrze, jak ty.
Ale czy ja go tak naprawdę znałam?
Wychowywaliśmy się razem, to fakt, ale wtedy nie zdawałam sobie sprawy ze swoich zdolności, tym bardziej więc nie skupiałam się na wynajdywaniu ich u niego. Mason zapisał się w moich wspomnieniach jako ten kochający, nieco nadopiekuńczy starszy brat, który odbierał mnie z imprez i odganiał ode mnie zbyt nachalnych adoratorów. Nie pamiętałam, aby kiedykolwiek okazał się być w czymś ponadprzeciętnie dobry. Nigdy też na moich oczach nie stworzył mieszańca. Był zwyczajnym Dziennym, potem również Nocnym – chociaż w tym wydaniu nie znałam go zbyt długo.
– Wiedział o ciąży na długo przede mną – wyszeptałam, nagle coś sobie uświadamiając. – „Nie chcę twojej krwi. Gardzę nią. Zabija mnie od lat”… – mamrotałam pod nosem kolejne stwierdzenia, które padły z jego ust podczas naszej pierwszej rozmowy. – A co jeśli on nie jest szalony, a po prostu za dużo widzi? Za dużo wie?
Will patrzył na mnie przez chwilę, próbując zapewne doszukać się jakiejkolwiek logiki w mojej chaotycznej wypowiedzi. Z reguły kiedy się stresowałam, bądź tak jak teraz wpadałam na jakąś genialną myśl, mówiłam wszystko, co mi ślina na język przyniosła, żeby o niczym nie zapomnieć.
– Chcesz przez to powiedzieć, że widzi przyszłość? Przecież ty też to potrafisz.
– O wiele łatwiej idzie mi odczytywanie przeszłości. Z moich proroczych snów nie ma żadnego pożytku. Gdyby było inaczej, Daniel wciąż by żył.
– Przewidziałaś śmierć Daniela? – zdziwił się William. – I nic z tym nie zrobiłaś?
– Oczywiście, że zrobiłam – żachnęłam się urażona. – Uratowałam go jednak tylko z sytuacji, którą przewidziałam – wyjaśniłam, nawiązując do nocy, podczas której to wraz z Shane’m uciekliśmy z Akademii. – Nie przewidziałam jednak, że zaledwie kilka dni później Mason każe mi zabawić się w boga.
Will westchnął i oparł łokcie na kolanach, lekko pochylając się przy tym do przodu. Ze zdumieniem musiałam przyznać, że wyglądał na bezradnego. Porzucił w kąt maskę pewnego siebie, dumnego, wieloletniego wampira który wie wszystko o wszystkich, na chwilę pozwalając mi ujrzeć swoje prawdziwe oblicze.
– Katerina zabija swojego Jonathana – mruknął, kręcąc głową z niedowierzaniem. – Ileż bym oddał, żeby taki scenariusz rozegrał się przeszło sto pięćdziesiąt lat temu.
– Dlaczego?
Will chyba uświadomił sobie, jak wielką gafę popełnił, bo zamiast odpowiedzieć tylko pokręcił głową, porzucając niewygodny dla niego temat. Nienawidziłam tej jego skłonności do mówienia tylko o tym, na co miał ochotę. Z jakiegoś powodu mówienie o Katerinie i ich wspólnej przeszłości nie było jego ulubionym tematem i właśnie to najmocniej mnie drażniło. Miałam pod nosem genialne źródło informacji, ale nie mogłam z niego korzystać.
Pewnych ran lepiej nie rozdrapywać – powiedział mi kiedyś, kiedy za bardzo próbowałam drążyć i znowu zmienił temat.
– Zapisać cię na wizytę do lekarza, czy sama to zrobisz?
Nieco zbita z pantałyku tym pytaniem zamrugałam nieprzytomnie, próbując przyswoić fakty.
– Lekarza?
– No… Tego kobiecego, który zajmuje się prowadzeniem ciąży – wyjaśnił William, wyraźnie zażenowany poziomem mojej wiedzy na temat dzieci i tego cudownego okresu od poczęcia do ich przyjścia na świat.
– Jestem wampirem – rzuciłam tonem, który sugerował, że jest to wystarczająca odpowiedź.
– I to niby jest powodem, dla którego miałabyś zaniedbać podstawowe badania? Nie ma mowy. Jutro zabieram cię na twoje pierwsze USG.
USG, ciąża, dziecko. A na domiar wszystkiego trochę mieszańców, zbuntowanych braci którzy postradali rozumy i zwierzęca krew. Witajcie w moim świecie.
– A może ja wcale nie jestem w ciąży?
William tylko na mnie spojrzał. Reprymenda w jego oczach była aż nader widoczna. To znaczyło, że mam przestać bujać w obłokach i przyjąć na klatę skutki swoich nieświadomych wyborów.
Nieświadomych... Tamtej nocy przecież mogłam jakoś zareagować. Wiedziałam lepiej niż ktokolwiek inny, że w moim życiu nie ma tak naprawdę szczęśliwych momentów, gdyż  każdy z nich w ostateczności przyczynia się do powstawania tych o wiele bardziej problematycznych. Nie zrobiłam jednak nic, by zapobiec tragedii, z której zdawałam sobie sprawę, naiwnie myśląc, że chociaż raz należy mi się coś tylko mojego…
– Potrzebujemy jakiegoś planu – oznajmiłam, wzdychając ciężko. – Przez… to coś nie mamy zbyt wiele czasu.
Will nie skomentował pełnego pogardy zwrotu, który całkowicie świadomie padł z moich ust. Zamiast tego położył się na posłaniu obok mnie i skrzyżował ręce za głową. Nonszalancka poza, którą przybrał, kompletnie do niego nie pasowała. W takich chwilach zamiast po prostu wyglądać naturalnie, tylko dodatkowo zwracał na siebie uwagę.
– Chcesz zostać tu do czasu porodu czy…
– Nie mówmy konkretnie o tym, dobrze? – Zachowywałam się nieuprzejmie, przerywając mu, ale naprawdę pragnęłam zmiany tematu. – Tę kwestię przedyskutujemy innym razem. Miałam raczej na myśli całą resztę… a konkretnie sprawę krwi. Czy my, do jasnej cholery, nie możemy chociaż w tej kwestii pozostać schematyczni? – mruknęłam, wznosząc oczy do nieba w geście irytacji. – Dzienni piją zwierzęcą, Nocni tę pochodzącą od ludzi… I po sprawie. Ale nie, w naszym świecie muszą być jeszcze ciężarne sobowtóry, które w ciągu ostatnich kilku miesięcy eksperymentowały z każdym możliwym rodzajem, ostatecznie powracając do korzeni, albo dziwne hybrydy niewiadomego pochodzenia, które czyhają na krew istot swojego gatunku. Co jeszcze? A może ty możesz pić jedynie krew czarnowłosych dziewic, w dodatku tylko w czasie pełni? – dodałam, krzywiąc się ironicznie. W rzeczywistości taki scenariusz wcale by mnie nie zdziwił.
– Zostawmy moje preferencje żywieniowe, skupmy się na tym, co istotne – odparł William, a na jego ustach zamajaczył uśmiech. – Na przykład na twoich zaręczynach.
Przez chwilę myślałam, że się przesłyszałam. Kiedy jednak uświadomiłam sobie, że jestem cholernym wampirem, którego idealne zmysły nigdy nie zawodzą, wyprostowałam się jak struna.
– Czekaj, co? To XXI wiek, teraz życie na kocią łapę nikogo tak bardzo nie szokuje...
William również usiadł. Oparł się plecami o wezgłowie i posłał w moim kierunku obrażone spojrzenie. Nie lubił, kiedy wypominałam mu jego nienaganne maniery i swoistą wiekowość. Jak sam twierdził, nie chciał, żebym przez to czuła się przy nim gorzej – w końcu bez względu na wszystko, ja i tak stałam w hierarchii wyżej od niego.
– Zaręczyny będą jedynie pretekstem do urządzenia balu – sprecyzował, choć wiedział, że nie zareaguję zbyt radośnie na taki obrót sprawy.
Jęknęłam niezadowolona, ukrywając twarz w dłoniach. Chociaż dzięki łączącej mnie z Willem więzi domyślałam się, czemu miałyby służyć takie działania, kompletnie ich nie pochwalałam. Przez wzgląd na moje doświadczenie z tego typu uroczystościami wolałam stronić od miejsc, w których aż roiło się od obcych ludzi…
– Nie ma mowy! Byłam w życiu na dwóch balach. Każdy zwieńczony był stosem nieszczęść… i trupów.
– Dzienni mogą nazywać się Strażnikami, ale jeśli w grę wchodzi życie Królowej, są kiepskimi ochroniarzami – mruknął wyraźnie zdegustowany William. – Przy nas nic ci nie grozi.
– Może i wiem niewiele na temat sabotażystów i dezerterów, ale wierz mi, tego typu są dla nich idealną wylęgarnią – rzuciłam kąśliwie.
William westchnął, wyciągając ku mnie dłoń. Pozwoliłam, by splótł nasze palce, mając nadzieję, że ten gest w jakimś stopniu pozwoli mi ukoić skołatane nerwy. Może i na zewnątrz wyglądałam na opanowaną, ale moje wnętrze było całkowicie rozedrgane. I to już od kilku dobrych dni.
– Przy nas nic ci nie grozi, obiecuję. – William złożył delikatny pocałunek po wewnętrznej stronie mojego nadgarstka, przyczyniając się tym samym do polepszenia mojego samopoczucia. – Nam możesz ufać, Catherine.
W odpowiedzi tylko się uśmiechnęłam.
Przez chwilę siedzieliśmy w całkowitej ciszy, oddając się przemyśleniom odnośnie nie-idealnego planu Willa. Co prawda wciąż byłam sceptycznie nastawiona do tego pomysłu, ale nie mogłam pokazać Nocnemu, że mu nie ufam. Bo komu jak komu, ale jemu byłam skłonna wszystko zawierzyć. Po prostu swoje już widziałam; nie chciałam więc nastrajać się na coś, co mogło okazać się kompletnym niewypałem.
Kiedy Will wstał, ja również zsunęłam się z posłania, postanawiając wziąć przed snem szybki prysznic. Miałam tylko nadzieję, że nie zasnę w kabinie. Chęć pozbycia się tego kawałka szmatki, który jeszcze kilka godzin był czystą sukienką, była jednak silniejsza niż zmęczenie.
– Idziesz mu powiedzieć? – zapytał Mas, patrząc na mnie ze współczuciem.
Skonsternowana, nie pierwszy i na pewno nie ostatni tego dnia, zmarszczyłam brwi.
– Co powiedzieć? I komu?
– No… o waszych zaręczynach.
Zmrużyłam oczy, czekając na wyjaśnienia. Albo Will zwracał się do mnie jakimś nieznanym mi szyfrem, albo byłam zbyt zmęczona, by kontaktować.
– Czekaj, więc chcesz powiedzieć, że to nie ty będziesz moim udawanym narzeczonym?
– Ja? – parsknął rozbawiony Will. Podszedł do mnie i poklepał po policzku niczym rozkosznego dzieciaka. – Schlebiasz mi, najdroższa, ale myślę, że tego wieczoru ktoś wyprzedził mnie w hierarchii…
– Nie – wykrztusiłam, z opóźnieniem łącząc wątki. – Nie ma takiej opcji.
– Jest, najdroższa. I żeby było ciekawiej, to nasza jedyna opcja – szepnął Will, całując mnie na pożegnanie w czoło. – I lepiej się z nią pogódź. Bo nie sądzę, by nasz kandydat miał jakiekolwiek obiekcje przed pojęciem cię za żonę… i oczywiście objęciem panowania.



– Jak się czujesz? – zapytałam pogodnie kilka dobrych godzin później, wchodząc głębiej do sypialni Cole.
Miałam sporo czasu, żeby wszystko na spokojnie przemyśleć i rozważyć. Chociaż wciąż byłam przeciwna balom czy zaręczynom, musiałam przyznać, że plan Willa nie był pozbawiony logiki. I oferował nam przewagę w kwestii zdobywania sprzymierzeńców, których tak bardzo potrzebowaliśmy.
Wciąż nie wiedziałam, co nas czeka. Przyszłość była niepewna. Nie pomagał nawet fakt, że potrafiłam ją przewidywać – ostatnimi czasy akurat ta zdolność nie działała tak, jakbym sobie tego życzyła. Po raz kolejny więc postanowiłam żyć tym co tu i teraz. Utrzymywanie postanowień kiepsko mi wychodziło, ale musiałam w końcu wziąć się w garść. W końcu sytuacja, poważna jak chyba jeszcze nigdy, właśnie tego ode mnie wymagała.
Cole, nie przerywając zapinania kolejnych guzików białej koszuli, podniósł głowę, by na mnie spojrzeć. Na jego wargach zamajaczył cień uśmiechu drania, którym kradł serca nieświadomych jego toksycznego uroku nastolatek jeszcze w Akademii.
Jakby nie patrzeć, ja sama byłam kiedyś tą nastolatką…
Westchnęłam cicho, podobnie jak za pierwszym razem zdumiona intensywną, szmaragdową zielenią jego oczu. Po przemianie Cole’a właśnie tego aspektu jego wyglądu brakowało mi najbardziej. Teraz jednak, kiedy dziwnym zbiegiem okoliczności powróciły one do stanu pierwotnego, nie mogłam się przestawić.
– Niezłe wariactwo, nie? – parsknął, dostrzegając moją minę.
– Wiesz, że musisz mi wszystko powiedzieć, prawda? – zapytałam, ignorując jego wtrącenie. – Ktoś targnął się na twoje życie. Zaatakował cię i otruł. To poważna sprawa. Każdy szczegół ma więc ogromne znaczenie.
Cole podwinął mankiety koszuli niemalże do łokci. Kompletnie ubrany podszedł do mnie i zajął miejsce obok na łóżku. Euforia, którą odczuwał przed moim pojawieniem się ustąpiła miejsca zmieszaniu i obawie.
– Trochę popłynąłem w barze. Nie wiedziałem nawet, że wampir jest w stanie tak bardzo się upić – dodał, krzywiąc się z niesmakiem na samo wspomnienie. – Średnio kontaktowałem, moje zmysły zostały przytłumione przez alkohol… Naprawdę chciałbym ci wszystko powiedzieć, Cat. Ale nie wiem nic poza tym, czego sama już zdążyłaś się domyślić.
Zacisnęłam palce na nasadzie nosa i westchnęłam ciężko. Spodziewałam się właśnie takiej odpowiedzi. Samo to, że przez te kilka godzin, podczas których Cole był nieobecny, nie odbierałam jego emocji, świadczyło o tym, że zabalował bardziej, niż powinien.
– Komuś bardzo zależy na mojej porażce – zaczęłam spokojnie, starając się za nic go nie obwiniać. To mogłoby tylko wywołać niepotrzebną kłótnię. – Dlatego jeśli coś sobie przypomnisz, cokolwiek, od razu daj mi znać.
Turner uśmiechnął się lekko i potulnie skinął głową.
– Jak myślisz, co potrafię?
– Nie jesteś sobowtórem – przypomniałam. – Ani tym bardziej nie wiążą nas więzy krwi. Nie sądzę więc, byś poza oczami wyróżniał się czymś szczególnym.
– Co się dzieje? – zapytał Cole, świdrując mnie swoimi szmaragdowymi oczami. – Aż tak bardzo się martwisz? Nic mi nie jest, skarbie. Czuję się świetnie!
Przetarłam dłonią po twarzy, z której zmyłam już resztki makijażu, zastanawiając się, jak mu o wszystkim powiedzieć. Wbrew pozorom nie były to informacje, które można po prostu wyłożyć czarno na białym.
– Jesteś jednym z wielu moich zmartwień – westchnęłam cicho, w nerwowym odruchu wygładzając przód koszulki, która służyła mi za pidżamę. – Sporo się wydarzyło, pod twoją nieobecność… Sporo się dowiedziałam, na temat siebie i swojej przyszłości. W gwoli ścisłości, tej najbliższej przyszłości.
Cole zmarszczył brwi, wyraźnie zaskoczony takim obrotem sprawy. Egoistyczne przekonanie, że wszystko dotyczy tylko i wyłącznie jego, po raz kolejny do niczego dobrego go nie doprowadziło.
– Przerażasz mnie, Cat. Co się dzieje?
Przygryzłam dolną wargę, szukając jak najłagodniejszych słów na przekazanie nie takiej znowu łagodnej prawdy.
– Jestem w ciąży.
Nie ma to jak kreatywność, Catherine…
Początkowe zaskoczenie Cole’a szybko przerodziło się w zdumienie tak wielkie, że zaczęłam żałować, że nie rozegrałam tego inaczej. Nie chciałam jednak nikomu pobłażać; w końcu mnie samej w tej kwestii nie oszczędzano.
– Boże, jeśli mi powiesz, że to jego dziecko… – wykrztusił, urywając jednak w pół słowa. Najwidoczniej taki scenariusz szokował nie tylko mnie.
– W takim razie chyba będzie lepiej, jeśli przemilczymy tę sprawę – wymamrotałam pod nosem, spuszczając wzrok na swoje dłonie.
– Powiedz, że żartujesz, Catherine. To się nie dzieje. To wszystko popsuje i…
– Mnie to mówisz? – prychnęłam gorzko, z pogardą spoglądając na brzuch. – To ja będę musiała to urodzić.
Cole nie odpowiedział od razu. Milczał kilka dobrych minut, w skupieniu przetwarzając informacje. Kiedy w końcu się odezwał, brzmiał o wiele spokojniej.
– Wszyscy już wiedzą?
Spojrzałam na niego kątem oka, próbując wybadać, w jakim znajduje się stanie. Nie chciałam dodatkowo dobijać go informacją o zaręczynach. Wyglądał jednak w miarę znośnie, dlatego postanowiłam zaryzykować.
– Sęk w tym, że…
– Nie.
Podniosłam głowę, posyłając w jego kierunku zdumione spojrzenie. Przerywanie komuś to jedno, ale robienie tego tak nagle i perfidnie… Może i się przyjaźniliśmy, ale mimo to i tak powinien znać swoje granice. I oczywiście kurczowo się ich trzymać.
– Wiem, co chcesz powiedzieć i nie zgadzam się – sprostował, niezrażony moją miną. – Nie będę wychowywał tego bękarta.
– Jakby nie patrzeć to bękart twojego najlepszego przyjaciela – zauważyłam, sprowokowana zapominając o moim postanowieniu, by trzymać język za zębami. – Zresztą, kiedy twoja Królowa przychodzi do ciebie z propozycją, powinieneś przynajmniej wysłuchać jej do końca.
– Ale tu się rozchodzi o moją przyszłość! – oburzył się. – Chyba mam w tej kwestii coś do powiedzenia?
Westchnęłam, nie wiem który to już raz podczas tej rozmowy. Will mylił się, mówiąc, że Cole nie będzie miał nic przeciwko jego małej szopce. A ja, zaufawszy mu, wpakowałam się w chyba jedną z najgorszych możliwych rozmów.
– Nikt nas nie będzie wiązał na wieki wieków – burknęłam zdegustowana. – A tego czegoś ja sama nie zamierzam odchowywać, także spokojnie, ja też nie jestem chętna do zabawy w dom. Chodzi tylko o stworzenie pozorów.
Cole wywrócił oczami, dając upór swojej irytacji. Stopniowo jednak zaczęła docierać do niego powaga sytuacji, w której się znaleźliśmy, bo przestał udawać obrażonego, w pełni skupiając się na rozmowie.
– Mam więc zostać twoim Jonathanem? Zabiłaś tego właściwego, więc potrzebujesz zastępstwa, tak?
– Przestaniesz mi to wypominać?! – wykrzyknęłam, tracąc nad sobą panowanie. – Stało się. Koniec, kropka. Mamy tylko to, co tu i teraz. A tu i teraz jest naprawdę nieciekawie. Proszę cię więc, i to nie jako poddanego a mojego przyjaciela, o przysługę. Czy to aż tak wiele?
– Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, o co mnie prosisz? – mruknął. – To nie jest prośba o pomoc w przeprowadzce czy odbiór z pijackiej libacji, Cat. Tu się rozchodzi o dziecko! I małżeństwo!
– I władzę – szepnęłam, desperacko chwytając się jedynego argumentu, jaki przyszedł mi do głowy. – Raczej oczywistym jest, że jeśli poślubisz Królową…
– Sam stanę się Królem – wyszeptał, wyraźnie podekscytowany taką perspektywą. Jego początkowe obiekcje z miejsca ustąpiły miejsca euforii. – Tylko dlaczego ja, Catherine? Tak bardzo mi ufasz? Przecież mówiłaś, że…
W zasadzie to wcale, ale nie bardzo mam wybór…
Przybrałam jeden z najpiękniejszych uśmiechów, na jaki było mnie stać i wychyliłam się, by z nie taką znowu udawaną czułością dotknąć jego policzka. Nawet jeśli odmieniony i niestabilny emocjonalnie, to wciąż był mój Cole Turner.
– Komu jak nie tobie, mogłabym ufać, najdroższy?




†††††††



Dobry wieczór! Rozdział w środku tygodnia, ale to dlatego, że dziś dzień szczególny - zarówno dla mnie, jak i dla tego opowiadania. Równo dwa lata temu, w pewien jesienny, niedzielny wieczór założyłam tego bloga i opublikowałam jego prolog. Od tamtego czasu lepiej i gorzej staram się spełniać w pełnieniu podjętej pod wpływem impulsu i chwili roli. Mieszam, łamię serca, przekombinowuję... Ale nie żałuję żadnej podjętej pod adresem tego bloga decyzji. I śmiało mogę stwierdzić, że gdybym jakimś magicznym sposobem przeniosła się w czasie o te dwa lata, z równie wielką chęcią opublikowałabym prolog mojego pierworodnego dzieciątka. Chociaż momentami jest to aż nazbyt wielka i przytłaczająca odpowiedzialność, nie sposób zapomnieć o wszystkich tych pozytywnych aspektach. Jak właśnie Wy - moi cudowni, niezastąpieni Czytelnicy. Nie sposób wyrazić słowami moją wdzięczność za każde mile słowo, które piszecie pod adresem mojego bloga.
Dwa lata. Trzy części. Aktualnie znajdujemy się już na półmetku tej historii. Wciąż nie jestem z niej wystarczająco zadowolona... Ale mimo wszystko rozpiera mnie duma. No bo hej, nadal tu jestem i piszę i, co lepsze - ktoś nadal chce to czytać! A jeśli to nie jest sukces, to ja już nie wiem, co nim jest.
Raz jeszcze za wszystko dziękuję, przepraszam i obiecuję poprawę. Mam jednak nadzieję, że skoro przemęczyliście się ze mną tak długo, dacie radę wytrzymać do końca ;)


Ściskam,
Klaudia