poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Rozdział 57



"Jesteś tu, drżąc ze strachu
Chociaż zawróciłaś, pozostałaś zaginioną
Co stoi na twojej drodze? Miałaś szansę, by nigdy nie być sama
Ale odrzuciłaś to wszystko, kiedy potrzebowałem, byś została..."





Przez całą drogę do domu milczałam, tępo wpatrując się w swoje pokryte krwią dłonie. Obie moje kończyny nieznacznie drżały, jednak już nie z powodu niedoboru krwi i wynikającego z tego szaleństwa, lecz zwykłego strachu. Wiedziałam, że to, co się ze mną działo, nie było normalne, ale halucynacje o brutalnie zamordowanym chłopaku… Tego było za wiele nawet jak dla mnie. Wiedziałam, że Katerina potrafi być bezduszna i bezwzględna, szczególnie jeśli za wszelką cenę pragnęła coś osiągnąć, ale czegoś takiego nie spodziewałabym się nawet po niej.
Obróciłam głowę, by spojrzeć na prowadzącego w skupieniu Williama. Chociaż widziałam tylko jego prawy profil, wiedziałam, że jest przerażony równie mocno co ja. Nie potrzebowałam do tego żadnej specjalnej więzi. Znałam Nocnego wystarczająco długo, by nauczyć się rozpoznawać jego poszczególne stany. W tej kwestii niewiele różnił się od Daniela – oboje byli nieprzyzwoicie gwałtowni i lekkomyślni, dlatego też emocje, a już tym bardziej te silne czy sprzeczne, tak łatwo można było z nich wyczytać.
Daniel. Nie myślałam o nim aż do dziś, kiedy to Cole zmusił mnie do wrócenia pamięcią do dnia jego śmierci. Co prawda zdarzało mi się o nim śnić, ale od kiedy przestałam regularnie przyjmować krew, a co za tym idzie – wariować i niewiele sypiać, jego postać przestała mnie prześladować. Odkąd zaczęłam współdziałać z Nocnymi jako ich Królowa, wspomnienia o życiu i osobach, które porzuciłam, wydawały mi się zbędną stratą czasu. Było, minęło. Jakby tak na to spojrzeć, nigdy nie zapłakałam za moją brutalnie zamordowaną miłością. Poza epizodem na polanie, kiedy to wywołany takim obrotem sytuacji ból pozbawił mnie resztek człowieczeństwa, ani na moment nie przysiadłam, by zastanowić się, co się stało z Shanem. Porzucenie jego ciała w lesie może i nie było najlepszym pomysłem, ale w tamtym momencie wydawało mi się to godnym pochówkiem – Daniel w końcu był dość staromodny, śmierć na polu bitwy może i nie była ziszczeniem jego najskrytszych marzeń, jednak gdyby miał możliwość zadecydowania, właśnie w ten sposób chciałby umrzeć.
Uniosłam drżącą, pokrytą zakrzepłą krwią dłoń do szyi, instynktownie szukając znajomego łańcuszka. Odsunęłam od siebie zawieszkę w kształcie krzyża – rodzinnej spuściźnie przekazywanej z pokolenia na pokolenie – muskając opuszkami palców chłodny metal drugiego medalionu. Zerwałam go z szyi jednym szarpnięciem, chcąc mu się lepiej przyjrzeć. Srebrna poświata naszyjnika błysnęła dyskretnie w świetle ulicznych latarni, przykuwając uwagę Williama.
– Co to?
Nie odpowiedziałam od razu, zbyt skupiona na tym, by otworzyć medalion, jednocześnie nie wypuszczając go spomiędzy drżących palców. Na widok znajomego zdjęcia i pięciorga roześmianych twarzy, coś mnie tknęło. Musnęłam fotografię, chcąc chociaż na moment poczuć się tak samo, jak wtedy, w dzień moich urodzin – bezpiecznie. Od tamtego dnia nic nie było już takie samo, a problemów zamiast ubywać, zaczęło przybywać. I pomyśleć, że wtedy jeszcze miałam czelność narzekać na rzeczywistość…

Dom jest tam, gdzie są ludzie, z którymi chcesz przebywać

Spojrzałam na wygrawerowany na drugiej połówce medalionu napis, zagryzając wargę. Jak przez mgłę pamiętałam wieczór, podczas którego Daniel podarował mi ten łańcuszek. Czułam jednak, że był on dla nas wyjątkowy. Choć wówczas nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy, diametralnie wpłynął na naszą relację. Świadczył o tym już sam fakt, co sobie wtedy obiecaliśmy – przysięgłam zabić go, gdyby jakimś niefortunnym zbiegiem okoliczności został przemieniony. Wtedy nie myślałam o tym poważnie, liczyłam na to, że to prędzej ja stanę na celowniku Shane’a.
Jakże się przeliczyłam…
– Dostałam to od Daniela na siedemnaste urodziny – wyjaśniłam, gładząc opuszkiem palca fotografię. – Teraz ten dzień jest tak odległy i nieistotny…
– To normalne, że za nim tęsknisz, Catherine. W końcu był twoją wielką, jedyną miłością.
Pokręciłam głową, zatrzaskując medalion. Wrzuciłam go do umiejscowionej w kokpicie auta skrytki, dochodząc do wniosku, że nie powinnam mieć go przy sobie. Tylko mnie osłabiał.
– Czy gdybym go kochała, potrafiłabym tak po prostu dać mu odejść? Nie porzuciłabym jego ciała, płakała za nim po nocach, rozpaczała… Nie robię jednak żadnej z tych rzeczy.
– Każdy przechodzi żałobę na swój sposób, najdroższa – odparł Will, jak zwykle mając w zanadrzu jakąś pokrzepiającą mówkę. – A ty byłaś zbyt przytłoczona innymi kwestiami, by tak po prostu oddać się rozpaczy.
– Ty coś wiesz, prawda? – zapytałam, spoglądając na niego załzawionymi oczami. – Czuję to, Will. Nic przede mną nie ukryjesz.
Nocny zacisnął usta, wykonując niebezpieczny manewr wyprzedzania. Obejrzałam się przez ramię na samochód z tyłu, którego kierowca, zaskoczony zachowaniem Williama, ostro przyhamował. W ostatniej chwili udało mu się zapanować nad pojazdem i nie wypaść z toru, dlatego też postanowiłam nie strofować Willa za jego nieodpowiedzialną jazdę.
– O co chodzi? – drążyłam. – To coś związanego ze mną i klątwą, tak? Czy Katerina też miewała tego typu halucynacje? Traciła nad sobą kontrolę, odmawiała picia krwi?
– Cóż, był okres, kiedy musiała się przestawić na posokę stojącą nieco niżej w hierarchii.
Spojrzałam na niego, mrużąc oczy w oczekiwaniu.
– Jak nisko?
– Najniżej.
Poczułam, jak coś ciężkiego gniecie moje żebra i pozbawia przywileju wzięcia swobodnego wdechu. Docisnęłam dłoń do czoła, które w porównaniu ze skórą mojej dłoni wydawało się dziwnie rozpalone.
– Dlaczego… dlaczego musiała się przestawić z powrotem na zwierzęcą krew?
Will zaparkował na tyłach jakiegoś sklepu i zgasił auto. Kiedy wraz z zasilaniem wygasły światła, wokół zrobiło się przeraźliwie ciemno. Nocnemu jednak taki obrót sprawy nie przeszkadzał. Wysiadł z auta i bez słowa ruszył w stronę zaplecza. Patrzyłam w ślad za nim, zbyt sparaliżowana by wstać, pobiec i wymusić na nim odpowiedź.
Bo przecież sama doskonale ją znałam.
Przytrzymałam się tapicerki po obu stronach mojego fotela, czując narastające mdłości. Odpowiedź, choć z pozoru niebywale oczywista, nie potrafiła do mnie dotrzeć. Na samą myśl, że to miałoby okazać się prawdą, robiło mi się słabo.
Will wrócił po chwili, dzierżąc w dłoniach karton wypełniony po brzegi plastikowymi butelkami. Chlupocząca, nieestetycznie rozwarstwiająca się w nich ciecz przywodziła mi na myśl najgorsze wspomnienia.
– Nie – wykrztusiłam, kiedy Nocny podebrał z pokaźnego zapasu jedną butelkę i wręczył mi ją. – Nie ma nawet takiej opcji.
William z ciężkim westchnieniem zajął swoje miejsce i odpalił samochód. Postawiona na kokpicie butelka zadrżała pod wpływem pochodzących od silnika wibracji. Patrzyłam na nią, a w szczególności na jej zawartość, jak na najgorszą z możliwych kar.
– Okay, napiję się – spasowałam po chwili, sięgając po naczynie. – Ale przecież i tak wszystko zwymiotuję. Twoja teoria jest błędna, Will. Przecież wiedziałabym, gdyby było inaczej i…
– Cokolwiek się za chwilę nie stanie, pamiętaj, że jestem po twojej stronie, Catherine. Zawsze i wszędzie, bez względu na okoliczności.
Pokiwałam głową, czując wzbierające pod moimi powiekami łzy. Aby uniknąć ich niechybnego wypłynięcia, potrząsnęłam butelką, mieszając jej zawartość. Drżącymi dłońmi odkręciłam korek i zacisnęłam wokół niego skostniałe z zimna palce. Po zdecydowanie zbyt długiej chwili wewnętrznych rozterek w końcu wzięłam łyk. I potem kolejny. I jeszcze jeden. Nim się spostrzegłam, opróżniłam całą butelkę. W nerwowym odruchu odrzuciłam naczynie na tylne siedzenie i docisnęłam dłonie do brzucha, oczekując nawrotu. Mijały jednak kolejne minuty, a nic złego się nie działo. Najgorszym objawem okazało się być rozbudzone na nowo łaknienie.
Wraz z wysunięciem kłów przyszła w końcu pora na zaakceptowanie nowej sytuacji. Nie płakałam, nie wykłócałam się z bogu ducha winnym Wiliamem. Po prostu się z tym pogodziłam. Teraz i tak było już za późno na żal.
– Powiedz to głośno, Will – poprosiłam, zaciskając powieki w oczekiwaniu na cios. Nie tyle fizyczny, co raczej mentalny. – Ja chyba nie jestem w stanie.
– To nie koniec świata, najdroższa – wyszeptał Nocny, ponad dźwignią skrzyni biegów łapiąc mnie za dłoń. – Poradziliśmy sobie z tym wtedy, teraz również damy radę.
– Z czym, Williamie? Z czym damy sobie radę? Chcę to usłyszeć.
Nocny pogładził kciukiem wierzch mojej dłoni. Jego dotyk nie miał w sobie jednak nic kojącego. Nawet słowa, które w końcu padły z jego ust, nie były w stanie przyćmić mojego zawodu.
Przecież to miało zmienić wszystko.
Wszystko zniszczyć.
– Mason wiedział od dawna – wyszeptałam, splatając dłonie na kolanach. – Ty też, prawda?
– Domyślałem się – przyznał Will, kiwając głową. – Dzisiejsze wydarzenia dokonały przełomu. Twoja impulsywność dała mi do zrozumienia, że coś jest na rzeczy. Poza tym, kilka razy słyszałem, jak wylewasz krew do zlewu – dodał, wzdychając. – Powinienem był zareagować wcześniej. Nie stracilibyśmy wtedy prawie dwóch tygodni…
– Ile… – urwałam, czując narastającą w gardle suchość.
Will wychylił się, by z tylnego siedzenia sięgnąć dla mnie kolejną butelkę ze zwierzęcą krwią.
– Ile zostało ci czasu? Nikt tak naprawdę tego nie policzył. Obawiam się jednak, że nie masz co liczyć na miesiące. To raczej tygodnie, Catherine.
W zamyśleniu pokiwałam głową, z miejsca czując, jak opuszcza mnie cała energia. Nagle poczułam na sobie ciężar sytuacji, w której się znalazłam. I nawet jeśli wciąż nie do końca to do mnie docierało, a skutki podjętych pod wpływem impulsu decyzji nadal były mi obce, wiedziałam, że niczego nie można zmienić. Tak po prostu miało być. To było mi przepowiedziane – tak jak rola Królowej czy jej fiołkowe oczy.
Parsknęłam gorzko, uświadamiając sobie okrutną prawdę. Śmierć Daniela, choć nie wpłynęła na mnie tak, jak powinna, wpędziła mnie w bagno, z którego nikt poza samym Shane’m nie mógł mnie wyciągnąć.
I dopiero teraz miałam za nim naprawdę zatęsknić.


Zeszłam do piwnicy, jednocześnie związując włosy na czubku głowy. Wciąż miałam na sobie sukienkę, na dobrą sprawę nie zmyłam nawet krwi z dłoni. Czułam jednak, że zejście tutaj było istotniejsze niż toaleta. Potrzebowałam czegoś, co chociaż na moment pozwoliłoby mi skupić się na czymś innym poza mną samą i rosnącym we mnie problemem.
Podeszłam do znajdującego się pod ścianą regału i przebiegłam wzrokiem po jego zawartości. Do końca nie wiedziałam nawet, czego tak naprawdę szukałam. Potrzebowałam czegoś głośnego, ale jednocześnie zapewniającego mi wyzwanie i dającego możliwość ciągłego, mechanicznego wręcz przeładowywania. Jednak z racji, iż większość naszego arsenału była samopowtarzalna, sięgnęłam po jeden z rewolwerów. Obracałam go na palcu, szukając odpowiedniej amunicji.
Ściągnęłam z półki całe opakowanie nabojów o odpowiednim kalibrze i ustawiłam się przy stanowisku naszej prowizorycznej strzelnicy. Wysypałam zawartość kartoniku na blat i ustawiłam sześć pocisków w równym rządku. Załadowałam bęben rewolweru, metodycznie układając kolejne naboje w poszczególnych komorach. Pamiętając o prawidłowym ułożeniu dłoni, a w tym odchyleniu kciuka przy tej lewej, wycelowałam w znajdującą się naprzeciwko mnie tarczę. Ktoś niedawno musiał ją zmienić, bo miałam przed sobą czystą, niepokrytą śladami oddanych strzałów kartę. Szybko jednak pokryłam ją swoimi – sześcioma przechodzącymi idealnie przez środek tarczy.
Odbezpieczyłam bęben i załadowałam go ponownie. Po oddaniu strzałów powtórzyłam czynność. Nim się spostrzegłam, wystrzelałam całe opakowanie, a z zawieszonej na tarczy kartki niewiele pozostało.
Odłożyłam rewolwer na blat i westchnęłam ciężko. Jeśli miałam być szczera, wcale nie poczułam się lepiej. Co prawda strzelanie na moment pozwoliło mi oczyścić umysł z nieprzyjemnych myśli i skupić się na celu, jednak po wszystkim prawda ponownie mnie przytłoczyła. Aby zapobiec roztrząsaniu ostatnich nieprzyjemnych wydarzeń, które doprowadziły mnie do tego punktu, podeszłam do regału po kolejny zestaw amunicji.
Przesunęłam palcem po kartonikach oznaczonych różnymi liczbami i nazwami, uśmiechając się pod nosem. Pamiętałam, jak wiele czasu zmarnowałam, wkuwając poszczególne oznaczenia. Sama wiedza nie wystarczyła, musiałam jeszcze umieć wykorzystać ją w praktyce. Daniel wiele razy przerywał nasz trening siłowy, by z zaskoczenia zapytać mnie o jakiś rodzaj broni. Moim zadaniem było jak najszybciej podać satysfakcjonującą odpowiedź. Z początku szło nam to opornie, z czasem jednak udało mi się to wszystko ogarnąć do tego stopnia, że pytania z jego ust zamiast w przerwach od walki, padały podczas niej. Byłam zmuszona równocześnie parować ciosy i głowić się nad odpowiedzią. Wtedy przeklinałam Shane’a i jego niekonwencjonalne podejście do nauczania. Teraz musiałam przyznać, że byłam mu wdzięczna za te wszystkie treningi. Wszystko, co wiedziałam na temat walki i broni, zawdzięczałam właśnie jemu.
Przytłoczona wspomnieniami usiadłam na podłodze obok regału. Przeczesałam dłonią pojedyncze kosmyki, które wydostały się z mojego kucyka, zakładając je za uszy, żeby mi nie przeszkadzały. Spróbowałam zetrzeć kciukiem plamy krwi z moich dłoni, ale bezskutecznie. Westchnęłam ciężko, w głębi odnotowując swoją kolejną porażkę. Mogłam udawać przed Williamem, a nawet wmawiać samej sobie, że pogodziłam się ze swoim losem, ale w rzeczywistości było zupełnie inaczej. Winiłam siebie, swoją głupotę. A w ostateczności nawet Daniela, który… Który miał czelność mnie z tym wszystkim zostawić.
Zdawałam sobie sprawę ze wsparcia, które byli w stanie zaoferować mi Nocni, jednak podświadomie pragnęłam jedynie wstawiennictwa Shane’a. Nawet jeśli do tej pory niewiele o nim myślałam, teraz chciałam, aby był tutaj ze mną. Nie ucieszyłby się z wiadomości, którą miałam mu do przekazania, prawdopodobnie podobnie jak ja strasznie by się zezłościł, wyszedł pobiegać czy wypalił całą paczkę papierosów… Ale przynajmniej miałabym pewność, że w końcu wróci, a ja nie zostanę z tym wszystkim sama.
– Nie poradzę sobie bez ciebie – wyszeptałam, próbując przełknąć rosnącą w moim gardle gulę. – Nic nie przerosło mnie tak bardzo jak świadomość, że… Jestem złą Królową i Matką dla Nocnych, Danielu, jak więc mam się odnaleźć w tej roli przy dziecku?
Otworzyłam oczy, z rezygnacją rozglądając się po pustej piwnicy. Bycie samotnym w tłumie było chyba jedną z najgorszych odmian samotności.
Wieść o ciąży, nawet jeśli przepowiedzianej lata temu, zatrząsnęła moim względnie uporządkowanym chaosem, sprowadzając mnie z powrotem do punktu wyjścia. Dziecko w przypadku Kateriny okazało się być synonimem klęski, jej całkowitego upadku. Do tej pory myślałam, że skoro mój Jonathan nie żyje, przynajmniej ten aspekt klątwy mnie pominie. Moje marzenia o potędze i wygraniu tej wieloletniej wojny szybko jednak zostały stłamszone przez tę jedną, poczętą wskutek przypadku istotkę, którą w odróżnieniu do moich przyszywanych dzieci szczerze gardziłam.
Wstałam z zimnej, betonowej podłogi i wyciągnęłam spomiędzy zapasów ten kartonik, który mnie interesował. Tak jak za pierwszym razem podeszłam do stanowiska i wysypałam zawartość paczki na blat. Przez chwilę zaciskałam dłoń na zimnym naboju, potem jednak umieściłam go w bębnie rewolweru. Wystrzeliłam połowę magazynku praktycznie za jednym zamachem. Dopiero przy czwartym strzale wzięłam głęboki oddech, żeby się zrelaksować i prawidłowo wymierzyłam do tarczy. Właśnie miałam oddać strzał, kiedy za plecami wyczułam czyjąś obecność. Odwróciłam się na pięcie, nie opuszczając dłoni z rewolwerem wzdłuż tułowia. Nieco poluzowałam palec na spuście, dostrzegając stojącego w drzwiach Davida – jednego z zaufanych Nocnych, który trzymał pieczę przed prowizorycznym więzieniem mojego brata.
– Wybacz najście, Królowo – wykrztusił, składając nieporadny ukłon. Opuściłam rewolwer, żeby niepotrzebnie go nie stresować. – Wrócił Cole Turner.
Parsknęłam pod nosem i odbezpieczyłam broń. Rzuciłam ją na stolik, strącając przy tym rządek uszykowanych na następną serię wystrzałów naboi.
– I to powód, żeby mi przerywać?
– Jest ranny – wyjaśnił szybko David, przestępując z nogi na nogę. – I chce rozmawiać tylko z tobą, Wasza Królewska Mość.
Prawie upuściłam nabój, który przerzucałam z ręki do ręki. Odłożyłam go na blat łuską do dołu i posłałam w kierunku strażnika zaskoczone spojrzenie.
– Ranny? To niemożliwe, poczułabym coś.
– Turner jest kompletnie pijany, kto wie czy nie zamroczony dodatkowymi wspomagaczami. To mogło osłabić więź.
Pokręciłam głową, jednocześnie kierując się do wyjścia. Jeszcze po popołudniu napoiłam Cole’a swoją krwią, co znacząco wzmocniło naszą więź. Poza jego emocjami, byłam w stanie odbierać też przebłyski jego myśli czy wspomnień. Nawet zaślepiona własnymi demonami nie przegapiłabym momentu, w którym jeden z moich poddanych zostaje zaatakowany.
Ruszyłam w stronę salonu, wyczuwając, że to właśnie tam znajdował się Turner. Zastałam go na kanapie, zroszonego potem i majaczącego w gorączce. Odepchnęłam Willa, który próbował przyłożyć mu do czoła mokrą ścierkę, postanawiając zająć się nim na własną rękę. Nocny próbował mnie od niego odciągnąć, tłumacząc, że to niebezpieczne, ale nie zamierzałam go słuchać. A już na pewno nie wtedy, kiedy jeden z moich poddanych umierał.
– Cole? Cole, kochanie, to ja – wyszeptałam, gładząc go po rozpalonym policzku. Już samo to, że temperatura jego ciała tak znacząco wzrosła, było niepokojące. Wampiry słynęły w końcu z lodowatej skóry i stałej ciepłoty. – Słyszysz mnie?
Turner otworzył nagle swoje czarne, ale w nietypowy sposób przekrwione oczy i w desperackim odruchu złapał mnie za przegub.
– Catherine? – wychrypiał. Chociaż patrzył wprost na mnie, zdawał się mnie nie widzieć.
– W co ty się znowu wpakowałeś? – westchnęłam, przejmując od Williama zwilżoną szmatkę i ocierając nią pot z czoła Cole’a.
– To tak bardzo boli, Cat…
– Co cię boli, najdroższy? Jesteś ranny? Nie pomogę ci, jeśli nie będę znała szczegółów.
Cole jęknął głucho, zaciskając przy tym powieki. Chociaż nasza więź zdawała się być uszkodzona, a ja nie byłam w stanie podzielić jego bólu, moje serce kurczyło się, dostrzegając jego cierpienie.
Spojrzałam przez ramię na Williama, który wraz z garstką zaciekawionych nagłym zwrotem akcji Nocnych stał nieopodal i wszystkiemu uważnie się przyglądał.
– W jego żyłach wciąż płynie moja krew – wyznałam, ograniczając tłumaczenie do absolutnego minimum. Czas w tym momencie nie był naszym sprzymierzeńcem. – Dlaczego się nie leczy?
– Nie ma żadnych ran cielesnych, to musi być kwestia czegoś, co niechybnie przyswoił wraz z alkoholem – myślał na głos Nocny, spoglądając to na mnie, to na pogrążonego w agonii Turnera. – Jest coś, z czym twoja krew sobie nie radzi? Do czego wyleczenia potrzebujesz znacznie więcej czasu?
– Serum czosnkowe – odparłam bez zastanowienia, a blizna między moimi łopatkami zapiekła ostrzegawczo. Choć minęło już tyle czasu od dnia, w którym Daniel mnie postrzelił, rana czasami wciąż dawała o sobie znać. – Na was działa paraliżująco, mnie zaś zadaje niewyobrażalny ból. Serwowano mi je, ilekroć traciłam kontrolę, a mój organizm był odwodniony, stąd też ten niepożądany efekt. Turner powinien był już się wyleczyć. A przynajmniej wykazywać ku temu jakiekolwiek chęci.
Will zacisnął usta, intensywnie nad czymś myśląc. Dzięki łączącej nas więzi wyczuwałam jego zmęczenie. Przez całą noc ganiał za mną po mieście, próbując powstrzymać przed zrobieniem czegoś, czego będę żałowała. Teraz musiał pomóc mi zająć się poszkodowanym. Czułam się źle ze świadomością, że go wykorzystuję, wiedziałam jednak, że tylko jemu tak naprawdę mogę ufać.
– Jego, a właściwie to wasza krew musi sobie najpierw poradzić z usunięciem z organizmu alkoholu – zauważył.
– Serum musiało zaatakować jego układ nerwowy. – Zmarszczyłam brwi, próbując przypomnieć sobie którykolwiek z wykładów Xaviera. – Krew, w dodatku zakażona, niewiele zdziała.
– Wiesz, jak zneutralizować działanie serum?
Pokręciłam głową, lekko krzywiąc się, kiedy palce Cole’a zbyt mocno wbiły się w moją skórę.
– Daniel nigdy o tym ze mną nie rozmawiał.
Will nie wyglądał na zachwyconego.
– Czyli tylko Dzienni wiedzą, jak to powstrzymać? Wspaniale.
Spojrzałam na Cole’a, który z minuty na minutę wyglądał coraz gorzej. Mimo moich usilnych prób zbicia jego gorączki, ta nie spadała. Czułam się kompletnie bezradna.
Co ze mnie za Królowa, skoro nie potrafię uratować poddanego?
Poderwałam się z miejsca, wpadając na pewien pomysł. Może był on idiotyczny i z całą pewnością pozbawiony norm bezpieczeństwa, ale dla Turnera byłam skłonna zaryzykować.
– Właściwie to jest jeszcze jedna osoba, która mogłaby nam pomóc.
Will, który zawczasu wyczuł, do czego zmierzam, posłał mi ostrzegawcze spojrzenie.
– Nie ma mowy, Catherine.
– Zostań z Cole’m – poleciłam tonem niewnoszącym sprzeciwów. – Mnie zaś czeka rozmowa ze starszym bratem.



†††††††



Dzień dobry! Jak Wam mijają wakacje? Czyżby równie szybko jak mnie?
Nie wiem sama, co mogłabym powiedzieć o tym rozdziale. Nazwałabym go raczej taką ,,zapchajdziurą", bo w sumie niewiele nowego wnosi do fabuły. No, może poza jednym dość istotnym na chwilę obecną wątkiem. Nie mogę się jednak doczekać sześćdziesiątki. Postaram się wtedy odstawić coś ekstra 😎 Mam pewien plan, ale ciągle się waham, jak powinnam go rozegrać. Mam jednak nadzieję, że wraz z nadejściem tego długo oczekiwanego rozdziału, uda mi się wpleść mój dość szalony pomysł do fabuły.
Na razie to tyle. Serdecznie dziękuję za rosnące wyświetlenia i komentarze. Cieszę się, kiedy Was przybywa. A już tym bardziej cieszy mnie, że tak wielu z Was postanowiło wrócić do mnie i do AC👼 Jak widać nie tak łatwo porzucić historię Cat, co niebywale mnie cieszy!

Pozdrawiam i do napisania!

niedziela, 16 lipca 2017

Rozdział 56




"Trzęsące się dłonie, nie mogę złapać tchu.
Jest trzecia nad ranem, a ja jestem śmiertelnie przerażony.
Mój mrok powraca, paraliżuje mnie...Nikt nie wie, co znajduje się wewnątrz mnie.
Za późno, żeby się dopasować, więc nawet nie śmiem udawać.
Wiesz, jak to jest, oglądać świat, będąc pogrzebanym żywcem?"







Zignorowałam pukającą do drzwi Larissę, zapewne zaalarmowaną hałasem powstałym przy rozbijaniu przeze mnie lustra, i zanurzyłam się po samą szyję w wannie pełnej gorącej wody. Przymknęłam powieki, rozkoszując się przyjemnym ciepłem, które momentalnie ogarnęło całe moje ciało. Miałam nadzieję, że długa, relaksująca kąpiel pozwoli mi wyrzucić z głowy Cole’a i nasza okropną kłótnię. Mogłam wmawiać nam obojgu, że kompletnie mu nie ufałam, ale prawda prezentowała się zupełnie inaczej. I chyba właśnie to bolało mnie najbardziej.
Cole nie był ideałem. Ten zadufany w sobie dupek wielokrotnie wystawiał moje zaufanie na próbę, sprawdzając, jak wiele potrzeba, by nasza łatana na siłę więź ostatecznie pękła. Nic więc dziwnego, że teraz, w sytuacji kryzysowej i tak odmiennej od tych wszystkich, w których zwykliśmy siedzieć razem, nie potrafiłam się przed nim całkowicie otworzyć. Widziałam w nim kandydata na sprzymierzeńca, wiedziałam, że w ramach zemsty zrobiłby dla mnie wszystko. Ja jednak potrzebowałam czegoś więcej, jeśli miałam go ponownie na stałe wprowadzić do mojego życia. Jeśli chciał stać się dla mnie kimś wyjątkowym, musiał zasłużyć się czymś innym, lepszym – na tę chwilę spełniał te same warunki, co reszta moich poddanych.
Nie chciałam go zranić. Możliwe że zbyt pochopnie pozwoliłam sobie wypowiedzieć tych kilka słów, które nas poróżniły, lecz dopiero teraz zaczynało to do mnie docierać. Nie wiedziałam, gdzie jest, wyszedł bez słowa, bez jakiegokolwiek pożegnania. Nie zniosłabym, gdyby już więcej nie wrócił. Z jakiegoś powodu nie mogłam tak po prostu puścić go wolno. Był świadectwem tego wszystkiego, co utraciłam, tej lepszej części mojej mrocznej przeszłości. Nie potrafiłam tak łatwo z niego zrezygnować.
Ale po co miał wracać, skoro osoba, w której pokładał wszelkie nadzieje, nie obdarowała go nawet zaufaniem?
Wyciągnęłam z wody lewą rękę i dokładnie przyjrzałam się przegubowi. Na nadgarstku wciąż był widoczne dwie maleńkie blizny – ślady po kłach Cole’a. Przetarłam po nich kciukiem, tym samym ścierając resztę wody z alabastrowej skóry. Na samo wspomnienie bólu wywołanego ukłuciem zrobiło mi się słabo. Nie żałowałam jednak tego, że między mną a Turnerem doszło do wymiany krwi. Moja posoka dała mu szansę na nowe, lepsze życie. A, chcąc nie chcąc, to przeze mnie utracił to stare.
– Catherine? Mogę wejść? Co się tam dzieje?
Wzięłam głęboki wdech, po czym zatrzymałam powietrze w płucach i zanurzyłam się całkowicie w wodzie. Miałam nadzieję, że dzięki temu chociaż na moment odetnę się od zatroskanych głosów moich poddanych. Niestety nawoływania nie zniknęły – choć przytłumione i zniekształcone, wciąż do mnie docierały.
Wynurzyłam się z wody w tym samym momencie, w którym Larissa rzuciła się w kierunku wanny, by mnie z niej wyciągnąć. Wampirzyca spojrzała na mnie wstrząśnięta i wyrzuciła ramiona w górę, dając upust swojej irytacji.
– Czyś ty zwariowała? Próbowałaś się utopić?!
– Namaczałam włosy – wyjaśniłam zdawkowo, sięgając po szampon. – Nie wszczynaj alarmu, nic się nie dzieje.
– Nie odpowiadałaś, zaczęłam się niepokoić – zarzuciła sfrustrowana, spoglądając w bok na podłogę usianą lustrzanymi odłamkami. – A to co?
Wzruszyłam ramionami, wylewając nieco słodko pachnącego płynu na dłoń. Spieniłam go lekko, po czym od razu nałożyłam na głowę i zaczęłam delikatnie ją masować. Od tak dawna nie myłam włosów, że właściwie zapomniałam, jak przyjemne było to uczucie.
Larissa może i nie należała do najcierpliwszych, ale była przy tym wyjątkowo niezłomna, co w tamtym momencie nieszczególnie mi się podobało. Posyłała w moim kierunku naglące spojrzenia, które drażniły mnie bardziej niż zazwyczaj. Obiecałam sobie jednak, że nie pęknę pierwsza. Miałam nadzieję, że moje milczenie zniechęci Larissę.
– Cole wyglądał na zdenerwowanego – rzuciła po chwili, od niechcenia zmiatając lustrzane odłamki.
Odkręciłam kran i podstawiłam pod niego głowę, by spłukać z włosów szampon.
– Nie obchodzi mnie to.
– O co wam poszło?
– Iss, naprawdę nie chcę o tym gadać – oznajmiłam dobitnie, wykręcając z kosmyków nadmiar wody.
– Nie no, przecież i tak wiem, o co chodzi – mruknęła, wyrzucając fragmenty lustra do worka na śmieci. – Ciężko zachować nieco prywatności w domu pełnym wampirów, chyba nie muszę ci tego tłumaczyć. Chciałam to jednak usłyszeć od ciebie. Wiesz, może coś na temat twoich emocji… – Odwróciła się, kiedy wychodziłam z wanny, zapewne bym nie posądziła jej o naruszanie mojej sfery osobistej. Jakby nie patrzeć i tak to robiła, grzebiąc w mojej relacji z Cole’m. – Ostatnio dzieje się z tobą coś dziwnego. Myślałaś, że to przed nami zataisz?
Owinęłam się ciemnym, froterowym ręcznikiem, po czym wypuściłam wodę z wanny. Opuściłam łazienkę, bez słowa kierując się w stronę garderoby. Przeglądając jej zawartość w poszukiwaniu czegoś wygodnego, po raz kolejny przeklęłam w myślach Willa. Cholernie tęskniłam za dżinsami i flanelowymi koszulami. Nie dość jednak, że w tym klimacie noszenie ich byłoby głupotą, to teraz, w zastępstwie za moje ulubione części garderoby, zmuszona byłam nosić sukienki. I to nie byle jakie, żadna letnia spódnica z sieciówki nie sprostałaby wymaganiom mojego najwspanialszego doradcy. W czterdziestostopniowym upale musiałam nosić te wszystkie niewygodne, drapiące, wykonane z nieprzepuszczalnego powietrza materiału sukienki koktajlowe. Wyglądało to trochę tak, jakby w ogóle nie radziła sobie na stanowisku Królowej, ale przynajmniej próbowała nadrabiać braki wyglądem.
Wyciągnęłam bandażową sukienkę w czerwonym kolorze, łudząc się, że dzięki nietypowemu krojowi łatwo przylegnie do ciała i da mi jako takie wytchnienie od upału.
Podczas gdy ja się ubierałam, Larissa kończyła sprzątać łazienkę. Nie kazałam jej tego robić, lecz najwidoczniej sama doszła do wniosku, że moja niezdarność w połączeniu z ostrymi krawędziami odłamków nie doprowadziłaby do niczego dobrego.
– Więc jak, Królowo, powiesz mi, co cię gryzie?
Westchnęłam ciężko, zasiadając przed toaletką. Wampirzyca podeszła do mnie i zajęła się moimi włosami – najpierw wtarła w nie nieco olejku jojoba, po czym zabrała się za ich suszenie. Przez te dziesięć minut, w trakcie których suszarka zagłuszałaby nasze rozmowy, zastanawiałam się, jak najlepiej byłoby spławić Larissę. W pewnych sprawach potrafiła być nieugięta, dlatego przeczuwałam, że czekało mnie niemałe wyzwanie.
– Jak przygotowania do otwarcia hotelu? – zapytałam, kiedy wampirzyca zastąpiła hałaśliwe urządzenie szczotką do włosów. – Może w czymś ci pomóc?
– Nie próbuj usypiać mojej czujności, Cat – mruknęła, zawczasu przewidując moją niecną zagrywkę. – Mów, co ci leży na wątrobie.
Westchnęłam ciężko, sięgając po eyeliner. Szybko jednak zrezygnowałam z robienia sobie kresek, gdyż moja ręka nieznacznie zadrżała, zwiastując nadejście większych kłopotów. W zamian za to sięgnęłam po pomadkę, którą szybko i w miarę sprawnie wypełniłam kontur moich ust.
– Powiedzmy, że… mam pewne problemy z krwią.
– Nie możesz ugasić łaknienia? Może należy zwiększyć codzienną dawkę?
Powstrzymałam się przed odruchem zagryzienia dolnej wargi, w ostatnim momencie przypominając sobie, że znajdowała się na nich szminka w nudowym kolorze.
– Mój problem dotyczy raczej, hm, jej przyswajania – odparłam, posyłając wampirzycy niemrawy uśmiech.
– Czekaj, co? Nie piłaś krwi od… dziewięciu dni? – dodała, szybko podliczając, jak wiele czasu minęło od opuszczenia przez nas Montany.
– Siedmiu – sprecyzowałam. – Po przyjeździe Will ofiarował mi trochę swojej krwi. Jednak potem… Próbowałam – wyjaśniłam szybko, widząc przerażoną minę Larissy. – Po prostu mi nie podchodzi. Myślę że to kwestia zmiany klimatu, trybu życia i w ogóle…
Wampirzyca spojrzała na mnie, krzywiąc się wymownie.
– Wiesz, że te wymówki brzmią cholernie kiepsko, prawda?
Wzruszyłam ramionami, odwracając się do niej przodem. Larissa cofnęła się, by lepiej mnie widzieć i skrzyżowała ramiona na piersi.
– Nie wyszukuję wymówek. Po prostu próbuję to sobie jakoś tłumaczyć.
– Wiesz, co się dzieje, kiedy wampir za długo nie przyjmuje krwi? – zapytała, wzdrygając się na samą myśl. – Wysusza się. Zobrazuj to sobie, jeśli masz chęć nie sypiać po nocach. Skóra zaczyna się łuszczyć, odpadać całymi płatami… To trochę tak, jakby wystawić się dobrowolnie na słońce, jednak wszystkie te zmiany zachodzą stopniowo.
Odwróciłam się, odnajdując wśród rozmaitych tubek i słoiczków paletę cieni do powiek. Podałam ją Larissie wraz z pędzlem do blendowania, tym samym sugerując, by zamiast gadać, zaczęła mnie malować.
– U mnie objawia się to nieco inaczej – sprostowałam, przymykając powieki, które Larissa z niebywałą precyzją zaczęła pokrywać kolejnymi warstwami cieni. – Można powiedzieć, że tracę zmysły. W sensie… no, po prostu wariuję – rzuciłam, siląc się na lekki ton. – Zaczynam tracić kontrolę nad własnym ciałem, ale również umysłem i popędami. To trochę tak, jakby… Jakby ona mnie zastępowała.
Nie czułam pędzla na skórze, więc odważyłam się otworzyć oczy. Larissa odłożyła paletkę na toaletkę i wróciła do mnie z eyelinerem, jednak nie zabrała się od razu za tworzenie kreski. Przyglądała mi się w milczeniu, lecz nie sądziłam, by robiła to po to, by ocenić postęp swojej pracy.
– Jak o jest mieć ją…w sobie? – zapytała nagle, gestem nakazując, bym na powrót zamknęła oczy.
– Dziwnie to zabrzmiało – parsknęłam, starając się nieco rozluźnić atmosferę. – I żeby nie było, ona nie „siedzi” we mnie – wyjaśniłam, tworząc przy słowach kluczowych cudzysłów w powietrzu. – To coś raczej na kształt wspomnień, jej… Sama nie wiem, myśli? – Pozwoliłam, by Larissa uniosła nieco moją głowę i zamilkłam, kiedy dorabiała klasycznym kreskom namalowanym wzdłuż linii rzęs jaskółki, by nie popsuć jej dzieła. – Ciężko mi to wyjaśnić. My po prostu… Łączy nas więź – dodałam, licząc, że to pomoże Larissie zrozumieć moje położenie.
Wampirzyca nic nie powiedziała, co było do niej raczej niepodobne. Nie nakłaniałam jej jednak do gadania, czując, że w tamtym momencie milczenie było jedyną rozsądną reakcją. W końcu otworzyłam przed nią swoje serce, ot tak jej zaufałam, wyznając swoje największe sekrety, chociaż niespełna godzinę temu o to samo pokłóciłam się z Cole’m. Larissa musiała czuć się dziwnie ze świadomością, że to właśnie ją obarczyłam taką wiedzą, ja sama nie byłam do końca pewna, czy dobrze postąpiłam. Ale po tygodniu tłamszenia tego w sobie poczułam, że muszę się komuś zwierzyć. A Larissa od początku sprawiała wrażenie godnej zaufania. Nawet jeśli nie byłaby w stanie mi pomóc, bo nie sądziłam, by ktokolwiek potrafił to uczynić, po prostu mnie wysłuchała, a ja wtedy chyba właśnie tego najbardziej potrzebowałam.
Zrozumienie. Chociaż to nad zaufaniem trzeba długo pracować, o nie jest równie ciężko. Możemy komuś ufać, ale możemy go nie rozumieć, dlatego modliłam się, by tak nie było w przypadku mnie i Larissy. Pragnęłam jej akceptacji. Gdyby z jakiejś przyczyny postanowiła mnie odtrącić, wróciłabym do punktu wyjścia.
A tego akurat chciałam uniknąć.
– Powinnaś poinformować o tym Willa – oznajmiła po chwili głuchego milczenia. – On był blisko z Kateriną, znał ją lepiej i…
– A ty? – zapytałam, uświadamiając sobie, że tak naprawdę nie wiedziałam o wampirzycy niczego konkretnego. – Znałaś ją?
– Skądże! Sama jestem świeża w tych sprawach. No, wiesz, w byciu Nocnym i w ogóle.
Spojrzałam na nią, nawet nie próbując ukryć swojego zdumienia. Larissa słynęła z gwałtowności, ale, kiedy zachodziła taka potrzeba, potrafiła się zachować. Emanowała chłodem i powagą, z której słynęli ci wiekowi Nocni. Z tego też względu podejrzewałam, iż chodziła po ziemi przynajmniej kilka długich wieków. Nigdy nie podejrzewałabym jej o bycie żółtodziobem.
– Kto cię przemienił? – zapytałam słabo, z jakiegoś powodu czując, że odpowiedź mi się nie spodoba.
Wampirzyca pokręciła głową.
– Przykro mi, ale nie mogę o tym rozmawiać.
– Nie możesz? – powtórzyłam zmieszana. Już miałam użyć nieśmiertelnego argumentu odnoszącego się do mojego stanowiska, ale ugryzłam się w język, coś rozumiejąc. – To był Mason, prawda?
Larissa nie odpowiedziała słownie. Zwiesiła ramiona z przepraszającą miną, sugerującą, że chociaż pragnie być godna mojego zaufania i wszystko wyśpiewać, coś ją powstrzymuje.
– Skoro to nie mój brat jest za to odpowiedzialny, to kto?
– Catherine, naprawdę mi przykro – szepnęła płaczliwie wampirzyca, wlepiając wzrok w podłogę. – Ale nie mogę ci nic więcej powiedzieć. I tak wiesz za dużo.
Przyjrzałam się uważnie swojej podwładnej, jej zwieszonym bezwładnie ramionom i wyrażającemu skruchę spojrzeniu czarnych oczu. Stosunkowo błaha sprawa nagle nabrała znaczenia priorytetowej.
– Czemu nie możesz nic więcej powiedzieć? Co cię powstrzymuje? – Wstrzymałam oddech, nagle coś rozumiejąc. – Iss, kto cię powstrzymuje przed powiedzeniem mi czegokolwiek?
Wampirzyca jęknęła cicho, zagryzając wargi niemalże do krwi. Jej reakcja sugerowała, że obrałam prawidłowy trop.
Moja prawa dłoń zaczęła drżeć, utraciłam nad nią jakąkolwiek kontrolę. Próbowałam zacisnąć ją w pięść, by ukryć drgawki, jednak bezskutecznie. Larissa przypatrywała mi się szeroko otwartymi oczami, przesuwając spojrzeniem z twarzy bezpośrednio na rękę. Kiedy otworzyła usta, by kogoś zaalarmować, nie wytrzymałam. Poderwałam się z taboretu jednym, zwinnym ruchem i owinęłam palce zdrowej ręki wokół jej gardła. Zaatakowana wampirzyca spróbowała mnie odepchnąć, wyrwać się, jednak mój wpływ na nią był zbyt silny. Szybko zaprzestała prób wyzwolenia się, oddając mi kontrolę.
– Nadal się z nią kontaktujesz? – wysyczałam, tracąc panowanie już nie tylko nad prawą kończyną, ale również będącymi do tej pory na uwięzi pierwotnymi instynktami Kateriny. – Jaką ona ma nad tobą kontrolę, co? Jakim pieprzonym prawem sprzeciwiasz się moim rozkazom?!
– Catherine, na Boga, wypuść ją! – wrzasnął William, materializując się obok nas. Mimo że używał pod moim adresem ostrego tonu, jego twarz, a przede wszystkim oczy, pozostawały spokojne. – Krzywdzisz ją!
Dopiero widok posoki spływającej gęstym strumieniem po dekolcie wampirzycy otworzył mi oczy. Przerażona swoją siłą i zniszczeniami, których dokonałam w tak krótkim czasie, odepchnęłam ją od siebie. Larissa, odsunąwszy się na klęczkach pod przeciwległą ścianę, uniosła dłonie do szyi, badając jej stan. Wzdrygnęła się, kiedy pod palcami wyczuła lepkość krwi. W ciszy czekaliśmy, aż jej rozorana skóra się zregeneruje. Ja przez cały ten czas desperacko starałam się podłapać jej spojrzenie i chociaż mentalnie przekazać, jak bardzo mi przykro, lecz wampirzyca celowo nie patrzyła w moim kierunku.
– Catherine?
Zawstydzona zakryłam lewą dłonią tę prawą, feralną pięść. Wiedziałam jednak, że Will swoje zdążył zobaczyć i moje próby zamaskowania problemu były zbędne.
– Ja… Przepraszam, poniosło mnie – wyszeptałam, zdając sobie sprawę z tego, jak słabo to brzmiało.
William ostrożnie wyciągnął ku mnie dłoń, sprawdzając, jak zareaguję na jego dotyk i czy nie będę miała nic przeciwko naruszeniu mojej prywatności. Dzięki łączącej nas więzi doskonale zdawałam sobie sprawę ze wszystkich jego obaw.
– Już dobrze, najdroższa – oznajmił łagodnym tonem, nieznacznie zmniejszając dystans między nami. – Musisz mi tylko powiedzieć, co się tu stało, okay? Na spokojnie, bez nerwów i rozlewu krwi… – Kiedy zrobił ku mnie kolejny krok, drgnęłam. Szybko się wycofał, nie chcąc mnie rozdrażnić. – Jak będzie, kochanie? Zejdziemy na dół i porozmawiamy?
Poczułam się jak małe, bezbronne dziecko. Zapragnęłam najzwyczajniej w świecie się rozpłakać i, wtulona w tors Nocnego, opowiedzieć mu o wszystkich moich problemach – poczynając na Danielu i Cole’u, na zalążkach wariactwa kończąc. Z jakiegoś jednak powodu nie czułam się na to gotowa. Will był jednym z tych, którzy potrafili znaleźć wyjście z każdej sytuacji. Nie chciałam być jednak gorsza od niego; tym bardziej, że byłam Królową. Może i z tego względu przysługiwały mi całe zastępy doradców, ale to nie oni powinni byli być za wszystko odpowiedzialni. Ja powinnam decydować za siebie. To było moje życie, moje problemy…
Zresztą, skoro Larissa, niemalże moja prawa ręka, tak srogo mnie zawiodła, czy miałam prawo ufać Williamowi? Co czyniło go lepszym od innych?
Rozmasowałam skronie, czując narastający ból w czaszce. Byłam rozdarta między swoją wiedzą, a przeczuciami podsuwanymi mi przez Katerinę.
On tylko udaje zatroskanego. W rzeczywistości naśmiewa się z mojej słabości…
– Catherine, proszę… – zaczął kojącym głosem Will, wyczuwając zmianę w mojej aurze.
– Wszyscy coś przede mną ukrywacie! – wykrzyknęłam, mając nadzieję, że swoim wrzaskiem jakoś zagłuszę uciążliwe szepty w mojej głowie. – Macie pretensje o moje metody, nie wierzycie, kiedy mówię, że wszystko jest w porządku… Podważacie mój autorytet! Kpicie z mego majestatu! Uważacie mnie za zbyt młodą i szaloną… W ogóle mnie nie szanujecie! Naruszacie moją prywatność. – Wbiłam w Williama rozżalone spojrzenie. – Miałam pełne prawo ją zabić. Zataiła przede mną istnienie jedynej osoby zdolnej zagrozić mojej pozycji, nie mówi mi wszystkiego… Kontaktuje się z nią! Musze ją zabić!
– Catherine, nie zmuszaj mnie do użycia siły – wtrącił ostro William, na moment wypadając z roli i tracąc swoją uspokajającą otoczkę. – W tym momencie nie myślisz racjonalnie. Jesteś odwodniona i...
Gwałtownie odwróciłam się w stronę Larissy, decydując się dokończyć to, co zaczęłam. Wampirzyca jednak zniknęła; jedynym dowodem tego, co zaszło, była plama krwi na jasnym dywanie.
– Gdzie ona jest? – wysyczałam, doskakując do Willa. – Jak mogłeś pozwolić jej uciec?!
– Catherine, uspokój się, musisz…
Ale ja już go nie słuchałam. Wybiegłam z pokoju, zanim ktokolwiek zdążył zorientować się w moich działaniach i zawczasu mnie powstrzymać.


Długo błąkałam się po mieście, próbując wyłapać pośród setek przeróżnych zapachów ten konkretny, należący do Larissy. Choć obcowałam z jej krwią zaledwie przez kilka minut, ten wonny aromat zapisał się na stałe w mojej pamięci. Jednak odnalezienie jednej, zbłąkanej duszy w Mieście Grzechu nawet dla wampira o ponadprzeciętnie wyostrzonych zmysłach zdawało się być zadaniem niemożliwym do wykonania.
Po kolejnej bezowocnej godzinie poszukiwań poddałam się i weszłam do napotkanego po drodze pubu, mając nadzieję, że alkohol chociaż na chwilę przyćmi mój ból.
Rozejrzałam się po świecącym pustkami wnętrzu baru, podejrzewając, iż to bezguście dekoratora skłaniało klientów do omijania tego miejsca szerokim łukiem. Zaniedbane, pełne wszystkich możliwych dekoracji i motywów pomieszczenie prezentowało się wręcz kiczowato. Tego było za wiele nawet jak na Las Vegas – miasta słynącego z wiązania w jedność różności.
Zdusiłam odruch wymiotny na widok okropnego połączenia kolorów na ścianach i podeszłam w stronę baru – jedynego miejsca, które w całym tym platiskowo-pluszowym królestwie tandety wyglądało normalnie.
Smętny barman wyglądał tak, jakby sam był już po kilku głębszych.
– Zgubiłaś się? – burknął, skanując mnie wzrokiem.
Usiadłam na barowym stołku, próbując nie zwracać uwagi na to, że siedzenie jest podejrzanie lepkie. Uniosłam brew, nie rozumiejąc pesymistycznego nastawiania barmana. Z tego co już zdążyłam zauważyć, nie miał zbyt wielu klientów; poza mną był tu tylko jeden, brodaty mężczyzna, który musiał sączyć swoje piwo już od bardzo dawna, bo przysnął nad kuflem. Zamiast więc wyczuć zbliżający się zysk – w końcu miałam pieniądze i była bardzo zdeterminowana, by z pomocą czystej wyciszyć uciążliwe szepty w mojej głowie – on zachowywał się gburowato.
– Poproszę drinka – rzuciłam rzeczowym tonem, przyglądając się skąpym zapasom alkoholu na półkach za jego plecami. – Coś mocnego, ale znośnego. Whiskey zdecydowanie odpada.
– Luxor jest po drugiej stronie miasta, złotko – warknął, wyraźnie zirytowany.
– Co jest z tobą nie tak, do cholery? Chciałam się tylko napić!
– Znam takie, jak ty – mruknął, patrząc na mnie z pogardą. – Ładne i seksowne, pieprzone sukuby. Nie mam pieniędzy, nic ode mnie nie wyciągniesz!
Oparłam obie dłonie na blacie i pochyliłam się ku niemu. Spróbowałam wysunąć kły, by jeszcze mocniej go przestraszyć, jednak bezskutecznie; mrowienie w dziąsłach skutecznie mi to uniemożliwiało. Wzrok barmana przebiegł po moich nieszczególnie zadbanych dłoniach, teraz dodatkowo pokrytych zakrzepłą krwią. Zamarł, przestając nerwowo szorować kufel, i popatrzył na mnie, nawet nie kryjąc strachu.
– Mam w nosie twoje złamane serduszko. Jeśli laska zostawiła cię, uprzednio oskubawszy z jakichkolwiek oszczędności… – Wzruszyłam ramionami, dając mu do zrozumienia, że to również mnie nie obchodziło. – Chcę się tylko napić. A jeśli nie podasz mi drinka, będę musiała zadowolić się twoją krwią.
Barman upuścił kufel; naczynie roztrzaskało się w drobny mak. Kiedy jednak nie ruszył się, by nalać mi któregoś z alkoholi, a jedynie zaczął mruczeć coś o demonie, westchnęłam przeciągle i wstałam, by obsłużyć się na własną rękę. Zdjęłam z najwyższej półki nieco zakurzoną butelkę ginu. Szukałam czegoś, z czym mogłabym go pomieszać, gdyż z doświadczenia wiedziałam, że pity samodzielnie jest zbyt cierpki, ale nie znalazłam toniku, który by mnie zadowolił.
Z racji, iż moja prawa dłoń znów zaczęła drżeć, postawiłam flaszkę na ladzie obok szklanki i wiaderka z lodem. Po raz ostatni rozejrzałam się po skromnym zaopatrzeniu baru. Kiedy już zaczynałam godzić się z myślą o piciu czystego ginu, wpadłam na pewien pomysł. Z udawanym, uspokajającym uśmieszkiem podeszłam do barmana, który przez cały ten czas nie drgnął choćby o milimetr, i przy pomocy dość tępego noża do cytrusów nacięłam jego nadgarstek. Mężczyzna krzyknął, kiedy brudne, nasączone cytrynowym kwaskiem ostrzem przecięło nie tylko skórę, ale również znajdujące się pod nią tkanki. Udając, że nie słyszę jego zawodzenia, podstawiłam szklankę pod jego ranę, wypełniając ją w trzech czwartych gęstą posoką.
Poklepałam bladego jak ściana barmana po ramieniu i obeszłam barową ladę, by usiąść na stołku znajdującym się po jej przeciwnej stronie. Dopiero po zajęciu miejsca doprawiłam drinka, uzupełniając wolne miejsce kostkami lodu i ginem. Napój brzydko się rozwarstwił, więc sięgnęłam po nóż, którego używałam wcześniej, i wymieszałam go, dzwoniąc metalem o brzegi szklanki.
– Masz na stanie słomki? – zapytałam słodko, spoglądając z góry na barmana, który z powodu strachu i wycieńczenia w skutek powolnego wykrwawiania się, osunął się na podłogę. Drgnął, słysząc mój głos, i nieco mocniej zacisnął palce na zranionym nadgarstku. – Okay, musisz odpocząć, rozumiem. Spokojnie, sama znajdę.
Barman jęknął boleśnie, dociskając zranioną rękę do piersi. Wzięłam pierwszy łyk swojego improwizowanego drinka, nie spuszczając z niego rozbawionego spojrzenia. Rzuciłam w niego znalezioną pod ladą ścierką.
– Masz, zatamuj krwawienie – poleciłam. – Może dzięki temu pocierpisz jakiś kwadrans dłużej.
Za moimi plecami ktoś się poruszył. Wzięłam kolejny łyk posoki zmieszanej z ginem, czerpiąc z tymczasowego przywileju braku odruchu wymiotnego, z rozbawieniem nasłuchując, jak dotychczas drzemiący w kącie klient, próbuje się wymknąć niepostrzeżenie.
– Ani mi się waż nawiać – rzuciłam cicho, wiedząc jednak, że mężczyzna mnie posłucha. – Chodź, napij się ze mną. Na koszt firmy. Barman jest dziś wyjątkowo uprzejmy.
Przez chwilę nic się nie działo, czułam jednak, że brodaty mężczyzna wciąż tu jest. Jego serce, w porównaniu ze słabnącym tętnem barmana, biło szybko i donośnie.
– Kim ty jesteś? – wyszeptał, zbyt przerażony, by podejść bliżej.
Z westchnieniem odwróciłam się w jego stronę, porzucając drinka. Ludzka krew sprawiała, że gin był jeszcze gorszy w smaku. Kiedy próbowałam tej mieszanki z wampirzą – jeszcze na długo przed tym, jak mój organizm zaczął się buntować przeciwko jej przyjmowaniu – smakowała o wiele bardziej znośnie.
– Nie chcesz testować mojej cierpliwości, wierz mi.
Mężczyzna po chwili wahania podszedł bliżej. Zajął sąsiadujący z moim stołek i skrzyżował ramiona na piersi, zgrywając twardziela. Doceniałam ten gest, choć doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że tylko udaje.
– Napijesz się czegoś? – zapytałam uprzejmie, spoglądając na niego kątem oka.
Zacisnął usta w wąską linię i gorączkowo pokręcił głową. Wbrew jego żądaniom podsunęłam mu pod nos mojego niedopitego drinka. Na widok posoki, która osiadła na dnie szklanki, pozostawiając wyraźne odcięcie między każdym składnikiem napoju, wstrzymał oddech i nieznacznie się odsunął.
– Tak, masz rację, smakuje okropnie. – Pokiwałam głową, sięgając po butelkę ginu. – Podobnie jak to – dodałam, bez ostrzeżenia rozbijając flaszkę o bok kontuaru.
Alkohol spłynął po oklejonej plakatami rockowych zespołów imitacji dębu. Przerażenie siedzącego obok mnie mężczyzny przybrało na sile. Spojrzałam na niego ciepło, ujmując lewą, sprawniejszą w tamtym momencie dłonią szyjkę stworzonego naprędce szklanego tulipana.
– Wiesz, że widziałeś za wiele, prawda? – wyszeptałam, zsuwając się z barowego stołka. – Co powinnam z tobą zrobić? Jakieś pomysły, sugestie? Prośby? Jedno słowo, a zrobię to bezboleśnie…
Mężczyzna jęknął cicho, kuląc się na swoim krześle, jakby to miało go ochronić.
– Mogłabym użyć na tobie perswazji – myślałam na głos, okrążając go. – Ale to nie daje mi gwarancji. Wiesz, jak to mówią, tylko trupy potrafią zachować milczenie.
– Nic nie powiem! – pisnął mężczyzna, unikając mojego spojrzenia. – Nic, absolutnie nic!
Westchnęłam cicho, zażenowana faktem, że tak szybko się poddał i, niby od niechcenia, ostrą krawędzią rozbitej butelki przecięłam jego tętnicę szyjną. Odskoczyłam na bok w momencie, gdy krwistoczerwona ciecz pod dużym ciśnieniem wytrysnęła z jego rany, dzięki czemu uniknęłam poplamienia. W końcu miałam jeszcze misję do wypełnienia, nie mogłam paradować po mieście w zakrwawionych ciuchach…
Zlizałam z palca pojedynczą kropelkę krwi i wychyliłam się za kontuar, by sprawdzić, w jakim stanie znajdował się barman. Jego tętno słabło z minuty na minutę, co oznaczało, że nie pozostało mu zbyt wiele życia. Wyciągnęłam z torebki stu dolarowy banknot i położyłam na blacie, dochodząc do wniosku, że i tak za bardzo się zasiedziałam.
– Nie musisz dziękować za solidny napiwek – rzuciłam lekko, z uśmiechem spoglądając na obu mężczyzn leżących w kałużach swojej krwi. – Potraktuj to jako rekompensatę za… hm, straty.
Przeszłam ponad ciałem brodatego mężczyzny, który już dawno przestał szamotać się w konwulsjach i na dobre zszedł z tego świata. Szklane odłamki zachrzęściły pod moimi butami, dlatego następne kroki stawiałam ostrożniej, postanawiając nie roznosić brudu po podłodze.
Od razu po wyjściu z baru spróbowałam uspokoić swoje myśli – w tym te triumfalne, podsyłane mi przez Katerinę – i odnaleźć nić świadczącą o moim przywiązaniu do Larissy. Dotychczas skupiałam się na jej zapachu, zapomniałam jednak, że wiązało mnie z nią coś o wiele silniejszego. Powiedzenie po nitce do kłębka z miejsca nabrało dla mnie zupełnie innego znaczenia.
Ruszyłam w dół ulicy, stukając obcasami. Dzielnica, w której się znalazłam, nie należało do najprzyjemniejszych, jednak z oczywistych względów nie bałam się poruszać nią samotnie w środku nocy. Otoczenie zamiast przerażenia wywoływało u mnie jedynie obrzydzenie. A kiedy w jednej z bocznych uliczek usłyszałam żerujące szczury, nieznacznie przyśpieszyłam, chcąc jak najszybciej przedostać się do nieco bardziej cywilizowanej części miasta.
Obejrzałam się przez ramię, nie mogąc wyzbyć się wrażenia, że ktoś mnie śledzi. Początkowo zganiałam to uczucie na stres i odwodnienie, kiedy jednak zaczęło przybierać na sile, spanikowałam. Zazwyczaj potrafiłam wyczuć i namierzyć ofiarę bez żadnego problemu; nawet jeśli ktoś mnie śledził, nie miałam trudności z tym, by go wykryć. Jednak tym razem było inaczej. Trochę tak, jakby napastnik zbliżał się… zewsząd.
Stłumiłam chęć wykrzyknięcia w nicość infantylnego pytania kto tam? i uważniej rozejrzałam wokół. Otoczenie wciąż pozostawało obskurne i zaniedbane, jednak jego aura uległa zmianie. Jak zwykle wyczułam ją z opóźnieniem.
Kątem oka wyłapałam jakiś ruch po prawej stronie. Zawahałam się przed ruszeniem w tamtym kierunku. Ostatnim razem, kiedy zaufałam instynktom, dałam się bratu podejść i wrobić w morderstwo.
Pozwolisz, żeby jakiś dureń bawił się z tobą w kotka i myszkę? Z Królową?
Wtłoczona do mojej głowy przez Katerinę myśl podziała niczym kubeł zimnej wody. Zerwałam się do biegu, nie myśląc o konsekwencjach tak impulsywnych działań. Przedarłam się przez mur stworzony z nadpleśniałych kartonów do bocznej uliczki, w której jeszcze minutę temu ktoś się poruszył. Wyczuwałam energię, którą po sobie zostawił, nikły zapach… coś jakby trawa cytrynowa? Cytrusowy zapach przełamywał ostrzejszy, ziołowy… nie potrafiłabym pomylić go z żadnym innym. Zbyt dobrze go znałam, by nie wiedzieć, do kogo należał.
– Nie – wyszeptałam w pustkę, bezradnie zwieszając ramiona. Powaga tej sytuacji osiadła na moich barkach, praktycznie wbijając mnie w ziemię. – To się nie dzieje naprawdę. Nie ma takiej opcji.
Nawet jeśli cała ta sytuacja, a właściwie ta osoba miała być jedynie wymysłem mojego chorego umysłu, coś ciepłego trąciło moje pokryte lodem serce.
Oparłam się ręką o wilgotny mur, czując, że zawroty głowy przybierają na sile. Musiałam ostro się skupić, żeby dopatrzeć schyloną za kontenerem postać. Cień poruszył się, ale nie wyszedł do światła, a kiedy na nogach jak z waty zaczęłam się ku niemu zbliżać, zerwał się do biegu.
– Zaczekaj! – wykrzyknęłam spanikowana, próbując go dogonić. Nie mogłam jednak nie myśleć o tym jak o pogoni za nieistniejącym, nierealnym… za duchem.
– Catherine! – Znajomy, kojący głos dotarł do mnie z przeciwnej strony, przedarł się przez kurtynę i ściągnął mnie z powrotem na ziemię.
Zatrzymałam się i obejrzałam przez ramię, zdeterminowana, by odnaleźć w całym tym szaleństwie kogoś żywego, namacalnego. Kogoś, kto uratowałby mnie przede mną samą.
– Will! – wysapałam, z ulgą wpadając w jego objęcia. – Pogarsza mi się, Williamie. Nie kontroluję tego. To jest silniejsze ode mnie. Ja… I te halucynacje!
Nocny objął mnie i uspakajająco pogładził po plecach. Chociaż byłam zbyt roztrzęsiona, by odczytać jego intencje, by w ogóle go wyczuć w sposób inny niż ten fizyczny, ufałam, że dobrze wybrałam. Will nie mógłby mnie zdradzić czy porzucić. Był tym najwierniejszym, najwytrwalszym…
Czy aby na pewno? Ile razy będę musiała się zawieść, by ostatecznie zrozumieć, że w tych okrutnych czasach mogę ufać tylko sobie?
– Och, przestań mi mieszać w głowie! – wrzasnęłam, dociskając pięści do skroni. – Will, zabierz to, zabierz ją ode mnie!
– Cicho, najdroższa, już jesteś bezpieczna. Nie pozwolę, by cokolwiek ci się stało… – wyszeptał kojąco, gładząc mnie po głowie. – Zabiorę cię do domu, dobrze?
Otarłam niewiadomego pochodzenia łzy i pokiwałam głową. Siła i potęga, którą czułam zaledwie kwadrans temu w barze, przeminęła. Nie byłam już nieustraszoną Królową, a zwykłą wariatką, która widziała…
– Widziałam go – wyszeptałam, odważając się spojrzeć przez ramię na pełen śmieci kontener – miejsce, z którego jeszcze nie tak dawno, spoglądał na mnie cień. – Czułam, Will. Czułam go i widziałam.
Zaniepokojony Nocny dotknął mojego czoła, jakby sprawdzając, czy przypadkiem nie majaczę w gorączce. Oparł dłonie na moich policzkach, zmuszając tym samym, bym przestała wodzić rozbieganym wzrokiem po otoczeniu i spojrzała prosto na niego.
– Oddychaj, najdroższa – polecił, gładząc kciukiem linię mojej żuchwy. – Uspokój się i powiedz mi, co widziałaś, żebym chociaż wiedział, z czym walczymy, dobrze?
Zacisnęłam usta, walcząc ze łzami.
– Z moją największą słabością, Williamie. Z jedynym, który byłby w stanie mnie z tego bagna wyciągnąć… ale też jedynym, który mógł mnie w nie wepchnąć.
Modliłam się, żeby Will zrozumiał i nie zmuszał mnie do wypowiedzenia na głos jego imienia, jednak tak się nie stało. Nocny ponowił pytanie, praktycznie wymuszając na mnie odpowiedź.
– Daniela – wypaliłam łamiącym się od łez głosem. – To niedorzeczne, chore i z całą pewnością niemożliwe, ale… Ale widziałam Daniela.




†††††


Tam tam taaaam!

Dobry wieczór! 
Rozdział ze sporym opóźnieniem, zważywszy na fakt, że przecież w wakacje miałam pisać więcej, jednak okazało się, że kiedy już mam czas, to nie mam absolutnie żadnych chęci i weny do tworzenia. Nie chciałam jednak przyjść do Was z czymś, co nie satysfakcjonowałoby mnie w takim stopniu, jak właśnie ten rozdział, stąd ten drobny poślizg. Ostatnio sporo improwizuję, jeśli chodzi o AC, dlatego też każdą akcję muszę dokładnie przemyśleć, aby przypadkową sceną nie spieprzyć sobie pierwotnego zamysłu.
Jak to jest z tym szaleństwem Catherine? Skąd to, po co, na co... Co też ta Klaudia odwala, huh?
Spontany, wszędzie spontany! Spontany są dobre, nie...?

Do napisania! xo