niedziela, 24 grudnia 2017

Rozdział 63



"A może jest to jakiś nowy początek piękna i złości?
Kiedy ta pasja zniknęła? 
Kiedy tak zbladłem?
Bez ciebie mój świat jest ciemnością.
Tym razem już nie pozwolę ci odejść..."





Usiadłam za biurkiem, kompletnie ignorując zgromadzonych w gabinecie. W gniewnym, nie do końca zależnym ode mnie odruchu zaczęłam machać bosą stopą, od czasu do czasu uderzając piętą o podłogę. Jednocześnie skubałam zakrwawiony materiał spódnicy, próbując zebrać w logiczną całość wydarzenia, które miały miejsce zaledwie godzinę temu. Starałam się przeanalizować każdą minutę balu, chcąc dojrzeć, w którym momencie popełniliśmy błąd. Pomijając oczywiście to, że w ogóle nie spodziewaliśmy się ataku – bo, jakby nie patrzeć, przede wszystkim to nas zgubiło. Z tego też względu dostanie się do hotelu nie stanowiło dla naszych wrogów najmniejszego problemu. Wkradli się w nasze łaski, uśpili czujność… I zaatakowali, kiedy najmniej się tego spodziewaliśmy. Zabili kilkoro Nocnych, którzy stanęli na ich drodze, stając w mojej obronie, porwali bogu ducha winnego Masona. My w zamian dostaliśmy jedynie dwóch jeńców – z czego jeden z nich był martwy, a drugi… Cóż, drugi podszywał się pod mojego zmarłego kochanka.
Bo przecież i bez tego w moim życiu wręcz wieje nudą...
Spojrzałam na siedzącego naprzeciwko mnie nie-Daniela, zastanawiając się, jakim cudem mógł tak bardzo go przypominać. Głos, nawet przydomek, którego użył, zwracając się do mnie… Albo byłam tak odwodniona i zmęczona, że zaczynałam świrować, albo naprawdę coś było na rzeczy.
Tyle że jedynym możliwym scenariuszem, który mogłabym przyjąć, było to, że przede mną naprawdę siedział ten Daniel. Ale czy mogłam w ogóle brać to pod uwagę, skoro przed dwoma tygodniami na własne oczy widziałam, jak mój ukochany umiera, a wraz z nim resztki mojego człowieczeństwa?
Dobry Boże, miej litość nad moją zbłąkaną duszą…
– Trzeba uprzątnąć ciała z salonu – wyszeptałam, nie podnosząc wzroku na żadnego z moich poddanych. Myślenie o śmierci naszych pobratymców niezmiennie wywoływało we mnie wyrzuty sumienia.
– Larissa wszystkim się zajęła – oznajmił łagodnie William, ostrożnie pokonując dzielący nas dystans.
– A co z trupem z izolatki? – Dopiero teraz odważyłam się spojrzeć na Nocnego. Z jego posępnej miny nie dało się jednak wyczytać więcej niż z napływających od niego emocji. – Powinien spojrzeć na niego ktoś, kto zna się na rzeczy, zanim wywalicie go w samo południe przed dom.
– Z izolatki? – Przez twarz Williama przebiegł grymas zdziwienia. – Czy to…
– Mason zniknął – ucięłam, ponownie spuszczając wzrok na szkarłatną plamę szpecącą przód mojej sukni ślubnej. Westchnęłam ciężko, kładąc dłonie płasko na udach. – Nasze położenie prezentuje się coraz gorzej, Williamie.
Spojrzeliśmy po sobie, bezgłośnie próbując zdecydować, co zrobić najpierw. Will był zdania, że nie ma sensu odkładać przesłuchania na później. Oboje doskonale zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że później może wcale nie być nam dane – tak jak w przypadku Masona. Tygodniami zwlekałam z rozmową z bratem, a teraz mogłam już nigdy więcej go nie zobaczyć. Straciliśmy jedynego informatora. Może nie był zbytnio wiarygodny, szczególnie w ostatnim czasie, ale przynajmniej znał, wiedział jak funkcjonuje. A może nawet również zdawał sobie sprawę z tego, dlaczego ta tajemnicza Ona próbuje zająć moje miejsce.
– Na pewno dobrze się czujesz, najdroższa? – zapytał ostrożnie William. Po moim wybuchu sprzed kilku minut naprawdę wolał nie nadwyrężać mojej cierpliwości. – Straciłaś mnóstwo krwi. W twoim stanie…
– Ktoś mnie otruł, Williamie – wyszeptałam, ze znużeniem kręcąc głową. – Gorzej nie będzie.
Nocny wyprostował się jak struna, słysząc moje słowa. Jego oczy momentalnie pociemniały jeszcze bardziej, przysłonięte szkarłatną, gniewną mgiełką.
– Kto w ogóle miał czelność otruć Królową?! Niech go tylko dorwę…
Wystarczyło tylko jedno spojrzenie, by ostudzić zapał wampira do siania terroru. Przycichł, ponownie oddając dowodzenie mnie. Doceniałam gest, nawet jeśli z wielką chęcią zrzekłabym się całej odpowiedzialności i zwyczajnie poszła się położyć.
Przestałam machać stopą. W zamian tego uniosłam dłoń do ust i przesunęłam kciukiem po dolnej wardze. Raz i drugi, za każdym wspominając słodki pocałunek, który złożył na niej Cole. Zdawał się być nieznaczący i do niczego niezobowiązujący, jednak im dłużej nad tym wszystkim myślałam, tym realniejszy stawał się rozpościerający się w mojej głowie scenariusz. W końcu nie byłby to pierwszy raz, gdyby mężczyzna, którego kochałam, próbował się mnie w ten sposób pozbyć…
Ponownie spojrzałam na nie-Daniela, który od piętnastu minut nie zmienił pozycji. Chłopak, jakby wyczuwając na sobie mój wzrok, również zadarł głowę do góry. Przez krótką chwilę po prostu na siebie patrzyliśmy – ja oceniająco, on zaś pewnie i zadziornie. Najbardziej frustrujące w tym wszystkim nie było to, że mimo swojego położenia, ten nie przestawał się uśmiechać, zaś to, że nie czułam z nim żadnej, chociażby najmniejszej nici porozumienia. Przez to, że nie byłam w stanie odbierać jego emocji, nie potrafiłam go rozgryźć. Kim był i dlaczego pojawił się akurat teraz, wciąż pozostawało dla mnie zagadką.
– Gdzie go znaleźliście? – zapytałam Willa, nie odrywając przy tym wzroku od podejrzanego. Liczyłam na to, że w końcu coś go zdradzi, jakiś gest, chociażby mrugnięcie. Miałam jednak do czynienia z naprawdę trudnym zawodnikiem.
Nie tak łatwo jednak oszukać oszusta, czyż nie?
– Kręcił się nieopodal hotelu. Nalegał na audiencję – dodał Nocny z kpiną. – Skoro sam się o to prosił… Kim jestem, by mu odmawiać?
– Ja go przesłucham – westchnęłam, zmieniając pozycję. Wyprostowałam się na fotelu, plecy wygodnie opierając o zagłówek. Miałam nadzieję, że dzięki temu przestanę wyglądać jak zagubiona i udręczona życiem. – Ty znajdź dla mnie Cole’a.
William drgnął, wyraźnie niezadowolony z takiego obrotu sprawy. Powiodłam spojrzeniem w jego stronę, unosząc jedną brew. Chociaż bardzo starał się nad sobą panować, w końcu pękł, zarzucając mi swoistą nieodpowiedzialność.
– Już wzeszło słońce, najdroższa – mruknął, choć oboje zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że był to marny argument.
– Zupełnie jakby ciebie, albo co dopiero jego, było ono w stanie powstrzymać.
– Nie powinienem zostawiać cię samej – bronił się dalej, próbując nakłonić mnie do zmiany decyzji. Sporo ryzykował, ale intencje miał dobre. – Ostatnim razem nie skończyło się to najlepiej…
Założywszy nogę na nogę, znów zaczęłam wymachiwać bosą stopą. Do tej pory nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak dobry był to sposób rozładowywania napięcia i złości.
– Ochronisz mnie, sprowadzając tu mojego narzeczonego. Najlepiej w jednym kawałku – dodałam wymownie. Nie od dziś było wiadomo, że tych dwoje zwyczajnie za sobą nie przepadało.
Czekając na odpowiedź Willa, kątem oka spojrzałam na nie-Daniela, którego wzmianka o moich zaręczynach wyraźnie poruszyła.
Ach, więc to tak…
– Potrzebujemy go tutaj – dorzuciłam ciszej, mając nadzieję, że Will da się nabrać na mój udawany, czuły ton i pozwoli mi działać.
Mimochodem zsunęłam lewą, naznaczoną pierścionkiem dłoń na mój ukryty pod poplamioną suknią brzuch, wciąż nadzwyczaj płaski nawet mimo siedzącej pozycji, tym samym ubarwiając moje drobne kłamstewko.
Willowi nie potrzeba było więcej. Na jego wargi wpłynął szeroki uśmiech, kiedy zrozumiał, do czego zmierzam. Wystarczyła tylko odrobina sprytu i fałszywych zapewnień, by zwieść nawet najmniej podatnego na mój urok wampira.
– Oczywiście. – Złożył w moją stronę głęboki, może nieco zbyt nadgorliwy ukłon. – Zrobię, co w mojej mocy, by sprowadzić do was Turnera.
– Zacznij od przeczesywania okolicznych barów – westchnęłam, tym samym zatrzymując go w drzwiach. – Jego ambiwalencja jest aż nader wymowna.
– Myślisz, że byłby na tyle głupi, by znów to zrobić?
– A czego niby się po nim spodziewałeś? Przecież to Cole.
W odpowiedzi Will jedynie wywrócił oczami. Upewniwszy się, że na pewno nic mi nie grozi, a w pomieszczeniu poza mną i nie-Danielem znajdują się również inne wampiry, skierował się do wyjścia.
Powiedzieć, że odetchnęłam z ulgą, kiedy zniknął z zasięgu mojego wzroku, byłoby niedopowiedzeniem roku. Na co dzień nie przeszkadzała mi jego obecność, jednak dziś jego mądrości zaczynały mnie powoli przytłaczać.
Na moment przymknęłam powieki, starym sposobem próbując odepchnąć mrok i wyrzuty sumienia jak najdalej od siebie, przynajmniej na chwilę. Jeśli chciałam porządnie przeprowadzić tę rozmowę, nic nie mogło mnie rozpraszać. A wryty w moją podświadomość obraz zdobiących mój salon trupów nieszczególnie pomagał mi w zgrywaniu twardej i nieugiętej Królowej.
– Wyjść – rzuciłam oschle, wodząc spojrzeniem po zgromadzonych. – Natychmiast. Usłyszę chociaż jedno ale, a naprawdę nie ręczę za siebie.
Nocni drgnęli, wyraźnie rozdarci między tym, co powinni, a tym, co im przykazałam. W przypadku moich odwiedzin u Masona było identycznie; ktokolwiek nie stałby na straży, miał obiekcje przed tym, by puścić mnie do niego samotnie. Ich nadopiekuńczość naprawdę zaczynała mnie drażnić.
A ja myślałam, że to w Akademii mnie tłamszono…
– Czy naprawdę muszę się powtarzać? – warknęłam, zrywając się z fotela. Nie wyszłam jeszcze co prawda zza biurka, ale nawet nie było takiej potrzeby. Nocni jeden po drugim zaczęli opuszczać gabinet, zostawiając mnie sam na sam z więźniem.
Nie-Daniel obejrzał się przez ramię, chcąc zapewne sprawdzić, czy wszyscy moi poddani dostosowali się do rozkazu. Skrzywił wargi w uśmiechu, kiedy jego wzrok natrafił na szczelnie zamknięte drzwi. Mimo bólu, jaki powodowały u niego kajdany, usiadł wyżej na fotelu, tym samym jeszcze mocniej wykręcając sobie ręce.
Położyłam obie dłonie płasko na blacie biurka i pochyliłam się delikatnie do przodu, zmniejszając dzielący nas dystans.
– Gramy na moich zasadach, jasne? Ja zadaję pytania, ty grzecznie odpowiadasz. I żadnego plucia krwią i srebrem – dodałam, wiedząc, że załapie iluzję. – Na pewno da się jakoś obejść tę waszą idiotyczną sztuczkę, a ty wyglądasz na oczytanego. Jakby co, jestem skłonna podrzucić ci jakiś synonim. Niemniej chcę wiedzieć wszystko. Co, jak, kiedy, z kim. Inaczej zrobi się nieprzyjemnie.
Wampir przygryzł dolną wargę, próbując mnie tym samym wyprowadzić z równowagi. Swoje jednak już widziałam; byle sztuczki nie były w stanie doprowadzić mnie do ostateczności. W końcu niełatwo było wykiwać Królową.
– Lubię cię w bieli, wiesz? – oznajmił, lustrując wzrokiem moją sylwetkę. – Gdyby okoliczności były bardziej sprzyjające, moglibyśmy zrobić z tej sukni pożytek.
– Mam ważniejsze sprawy na głowie niż hajtanie się w którejś z podrzędnych kapliczek Vegas – zauważyłam kwaśno, ponownie zasiadając w fotelu.
– Właśnie widzę. – Nie-Daniel w zamyśleniu pokiwał głową. – Naprawdę się tu odnajdujesz. To niesamowite. Masz zaledwie siedemnaście lat, a rządzisz jednym z największych w tej części Stanów klanem.
– Rządzę wszystkimi klanami – sprostowałam, dumnie zadzierając głowę. – No, może poza tym należącym do niej. Ale i to się wkrótce zmieni.
Nie-Daniel przechylił głowę, wskutek czego kilka przydługich kosmyków jego grzywki zasunęło mu się na oczy.
– Czyżby?
– Dysponuję bronią, o jakiej ona może jedynie pomarzyć – wyznałam, tylko w niewielkim stopniu naginając prawdę. – Straci poparcie wśród swoich popleczników szybciej, niż się tego spodziewa.
– Nie masz jej niczego do zaoferowania – prychnął. Jego kajdanki brzęknęły nieprzyjemnie, kiedy się poruszył.
– Na ten moment nie – odparłam, uśmiechając się tajemniczo. Plan, który pomału zaczynał tworzyć się w mojej głowie, nabierał konkretniejszych zarysów z każdą kolejną minutą. – Ale za kilka tygodni…
Nie-Daniel zamilkł, najwidoczniej po tych słowach tracąc zapał do dyskusji. Zamiast tego po prostu mi się przyglądał. Coś w tych jego pustych, ciemnych oczach wciąż mnie niepokoiło.
Nieśpiesznie podniosłam się z fotela, jednocześnie znudzona i nieco przytłoczona jego niemożliwymi do zinterpretowania spojrzeniami. Zaczęłam przechadzać się po gabinecie, tak naprawdę dopiero po raz pierwszy go zwiedzając. Większość spraw załatwiałam albo w salonie, albo po prostu w mojej sypialni. Rzadko kiedy wchodziłam do tego skrzydła. Tylko dzięki Williamowi to pomieszczenie wciąż tętniło życiem. Biurko zasłane było planami i mapami, oznaczonymi jego skrupulatnie notowanymi wskazówkami i poradami. Dopiero uważnie przyglądając się temu miejscu zrozumiałam, że przez ostatnie dwa tygodnie to właśnie on zrobił najwięcej w sprawie moich poddanych i Wielkiej Wojny, jak to zwykł ją nazywać. Podczas gdy ja tylko użalałam się nad sobą, on nie stawał w miejscu. Kopał głębiej, próbując opracować plan, który miał zapewnić nam bezapelacyjne zwycięstwo.
Obiecałam sobie, że kiedy wróci, należycie go przeproszę. Zarzuciłam mu lekkomyślność, chociaż sama zachowywałam się jak skończona hipokrytka, nie wiedząca tak naprawdę, czego chcę od życia. Wmawiałam sobie i wszystkim wokół, że jestem Królową, ale rzeczywistość prezentowała się o wiele mniej barwnie. Byłam zwyczajną małolatą, którą ktoś zmusił do włożenia ładnych ubrań i korony. Nie wiedziałam, jak rządzić. Sam oschły, władczy ton nie gwarantował utrzymania pozycji.
Jeden dzień. Zaledwie jeden dzień z dala od tego chaosu byłby wystarczający. Dwadzieścia cztery godziny pozbawione intryg, wyrzutów sumienia, krwi i siania terroru. Żadnych wojen, nieudolnego panowania, zwariowanych starszych braci uprowadzanych przez łaknące władzy potwory... Tylko ja, może jakaś dobra książka, film czy muzyczna składanka i kubek gorącej czekolady, którą kiedyś tak bardzo uwielbiałam.
Jak widać była to jednak zbyt duża prośba.
– Dlaczego chciałeś się ze mną widzieć? – zapytałam, na moment odrywając wzrok od papierów, które przeglądałam.
– Naprawdę pytasz, księżniczko? Myślałem, że to oczywiste.
– Oczywiste jest to, że osoba, za którą się podajesz, zginęła śmiercią tragiczną przed dwoma tygodniami – wycedziłam, pomału tracąc kontrolę nad swoim tonem. – Paradoksalnie to ja, osoba która przyrzekła go chronić, doprowadziła do jego ostatecznego upadku, także bądź łaskaw nigdy więcej o nim nie wspominać.
Nie-Daniel westchnął, jednak wcale nie dlatego, że poczuł się winny i zrozumiał, jak głupio uczynił, powołując się na mojego zmarłego kochanka.
– Żyjemy w świecie, w którym potrafią dziać się naprawdę dziwne rzeczy, księżniczko. Ty sama potrafisz robić większość z tych rzeczy – dodał wymownie.
Zabębniłam palcami o blat biurka, próbując zrozumieć ukryty sens jego wypowiedzi. Myśl, która nieoczekiwanie pojawiła się w mojej głowie, nie chciała mi jednak przejść przez usta, a tym samym – urzeczywistnić się. Wolałam więc trwać w błogiej niewiedzy, dalej zaprzeczając faktom.
– To niemożliwe – ucięłam krótko. – Widziałam jego ciało.
– Ciało, w którym płynęła twoja krew.
Spojrzałam na niego kątem oka, próbując wybadać, czy kłamie. Jego zeznania, choć chaotyczne i w dużej mierze przepełnione metaforami, zawierały w sobie również sporo prawdziwych informacji, o których tak naprawdę wiedziało niewielu, co chcąc nie chcąc dodawało jego wypowiedzi realizmu.
– Nawet gdybyś naprawdę był nim… – przyznałam niechętnie, przekrzywiając lekko głowę. – Czemu wróciłeś? Mój… Tamten Daniel nie był idiotą. Doskonale wiedział, kiedy sprawa jest przegrana i kiedy należy się wycofać.
Kłamałam jak z nut, próbując go podejść. I tylko prawdziwy Daniel mógł o tym wiedzieć. Może i Shane, którego znałam, był inteligentny i świetnie radził sobie z planowaniem rozmaitych akcji, jednak jeśli w grę wchodziła miłość… Improwizował. A to, jak wiadomo, nie wyszło mu na dobre.
Podobnie zresztą jak mnie.
– Oj, Cat – westchnął wampir, a na jego wargach zamajaczył cień uśmiechu. – Znam doskonale wszystkie twoje sztuczki. Wiem, do czego zmierzasz. I mogę ci zaręczyć, że w ten sposób do niczego nie dojdziemy. Jeśli mi nie zaufasz…
Tamtemu Danielowi nigdy nie zaufałam. Dlaczego więc miałabym uwierzyć właśnie tobie?
– Jak mam ci udowodnić, że naprawdę jestem tym Danielem Shanem, któremu pewnej, zimowej nocy ofiarowałaś swoje krwawiące serce, dzieląc się z nim jednym ze swoich najmroczniejszych sekretów?
Zacisnęłam powieki, mając nadzieję, że nie dojrzał w nich bólu, który niepostrzeżenie zacisnął swoje lodowate łapska na moim sercu. Wspomnienie śmierci rodziców wciąż bolało, bez względu na to, jak dużo czasu by nie minęło od tej tragedii.
– Powiedz coś, co mógł wiedzieć o mnie tylko mój Daniel – wyszeptałam, wbrew sobie i wszelkim instynktom zachowawczym momentalnie mięknąc.
Nie-Daniel milczał przez zdecydowanie zbyt długą chwilę. Kiedy już myślałam, że udał mi się go zdemaskować, on uniósł głowę i, patrząc mi w oczy, wyszeptał:
– Tylko raz wyznałaś mi miłość. W domku Dehlii, chwilę po tym, gdy my…
Nie musiał kończyć. Wspomnienie, które przywołał, samo w sobie wystarczyło, bym się zarumieniła. I choć świadomość, że osoba siedząca przede mną jest tą samą, której dziecko nosiłam tuż pod sercem wręcz mnie paraliżowała, paradoksalnie odczułam również ulgę.
– Dwa – sprostowałam cicho, wbijając wzrok w podłogę. – Dwa razy wyznałam ci miłość.
Daniel pokręcił głową, zapewne myśląc, że cały czas mu nie wierzę i próbują go podejść.
– Tylko raz, Catherine. Jeden, jedyny raz.
Nie ciągnęłam tematu, nie próbowałam też dłużej wyprowadzać go z błędu. To nie było najważniejsze. Upór, z jakim obstawał przy swoim stanowisku, był wystarczającym potwierdzeniem. Nieświadomie rozwiał wszystkie moje obawy. Ten Daniel nie mógł przecież pamiętać tych dwóch, krótkich słów wypowiedzianych przeze mnie właściwie samym ruchem warg na chwilę przed opuszczeniem chatki Dehlii i moim oddaniem się w ramiona mroku.
– Czego w takim razie ode mnie oczekujesz? – zapytałam, unosząc brew w wyrazie konsternacji. – Wróciłeś, by mnie dręczyć? Nawrócić?
– Chcę walczyć u twojego boku – oznajmił, na co prychnęłam gorzko.
– W to akurat nigdy nie uwierzę.
– Catherine. – Jego ciężkie westchnienie przywiodło mi na myśl wszystkie te momenty z przeszłości, w których go zawiodłam, a on w podobny sposób zaczynał prawić swoje kazania. – Sytuacja się zmieniła. Sojusznicy stają się wrogami, wrodzy zaś – sojusznikami. Im szybciej to do ciebie dotrze, tym lepiej obronisz się przed tym, co nadchodzi.
Okrążyłam biurko, stając naprzeciwko niego. Oparłam się bokiem o kant blatu i, założywszy ramiona na piersi, posłałam w jego stronę chłodne spojrzenie.
– Wiem, jakimi prawami rządzi się ten świat. Każdy może zdradzić każdego – podsumowałam, wciąż mu się przypatrując. Mięsień w jego szczęce drgnął, ale nie odezwał się. – Zaufanie w tych czasach nie jest już rzeczą bezcenną, a zwyczajnie zbędną. Tutaj ukochany może wbić ci nóż w plecy, a najgorszy wróg pomóc podnieść się po upadku.
– Więc nie ufasz swoim poddanym?
Właśnie o tym mówiłam – sztylet między łopatki.
Uśmiechnęłam się wrednie, nieznacznie pochylając się w jego stronę. Z tej odległości o wiele łatwiej było mi zauważyć, że dziwne, puste spojrzenie Daniela powodowały soczewki, które założył, chcąc ukryć swoją prawdziwą barwę oczu.
Nie był Nocnym, nie był też Mieszańcem stworzonym z mojej krwi. Czym więc był?
– Ważne, żeby oni ufali mnie. Na niczym innym mi nie zależy.
– A czy to nie zaufanie buduje zaufanie?
– Nie w tym świecie, kochanie – odparłam, z pobłażaniem kręcąc głową. – Tutaj o wiele skuteczniejszy jest strach. Jeśli jesteś w stanie wzbudzić w kimś respekt, jesteś godny zaufania.
Daniel nieznacznie skinął głową, jakby przyjmując do wiadomości tę okrutną prawdę. Znałam go jednak zbyt słabo, jeśli myślałam, że teraz tak po prostu mi odpuści, pozwalając wygrać tą słowną potyczkę.
– A co z tobą, księżniczko? Jesteś w stanie wzbudzić wśród swoich poddanych respekt?
– Uważaj, żebyś się nie sparzył – wysyczałam, prostując się. – Igranie z ogniem jeszcze nikomu nie przyniosło niczego dobrego.
– Więc dlaczego ciebie jeszcze nie strawiły płomienie?
Wzruszyłam ramionami, udając, że jego przytyk w ogóle mnie nie dotknął.
– Najwidoczniej to prawda, kiedy mówią, że złego diabli nie biorą.
Daniel przechylił lekko głowę, próbując zapewne odciążyć zesztywniały od trwania w niewygodnej pozycji kark. Przez głowę przeszła mi nawet myśl, by go uwolnić – w końcu skoro pojawił się tu dobrowolnie, zapewne nie miał w planach rychłej ucieczki. Nie mogłam jednak zapominać o tym, z kim się zbratał. Jeśli przybył tu, by szpiegować nad od wewnątrz, musieliśmy zachować wszelkie środki ostrożności. Ten dom przeżył w ostatnim czasie zbyt wiele. Nie potrzebowaliśmy powtórki z rozrywki.
– Może oni to kupują, Catherine, ale ja znam cię lepiej – wyszeptał. – Przecież widzę, że tylko udajesz.
– Twoja Catherine nie żyje. Resztki mojego człowieczeństwa zostały raz na zawsze pogrzebane razem z tobą na tamtej łące w Montanie. Pogódź się z tym, a może zaczniesz spokojniej przesypiać noce – parsknęłam, odpychając się dłońmi od blatu.
– A jeśli dam radę udowodnić ci, że gdzieś głęboko pod tym przebraniem lodowej królowej wciąż kryje się jakaś cząstka dawnej ciebie?
Jego niezłomność, choć wzbudzała mój podziw, pomału zaczynała mnie irytować. Był moim więźniem; osobą, której los leżał w moich rękach. A mimo to wciąż starał się mnie podejść, nagiąć zasady, które ustaliłam, chcąc mi tym samym pokazać, że nie nadawałam się do roli Królowej, gdyż nie byłam wystarczająco przebiegła, by zasiadać na tronie.
Najwidoczniej jednak on również nie znał mnie tak dobrze, jak myślał.
– Możesz próbować, wyciągnąć ze mnie to, co najlepsze, ale wierz mi, szkoda twojego czasu. Nie ma we mnie ani odrobiny światła, które kiedyś tak bardzo kochałeś.
Zamiast ponownie spróbować mi się postawić, wstał, brzęcząc kajdanami, a potem jak gdyby nigdy nic docisnął swoje wargi do moich.
Tak naprawdę nawet nie byłam zaskoczona jego śmiałym zagraniem. Może i nie potrafiłam odbierać jego emocji, ale spędziłam z nim wystarczająco dużo czasu, by zorientować się, w jaki sposób działał. Był idealnym strategiem, ale gdy w grę wchodziły uczucia… W tej bitwie poległ. Nie miał nawet szansy, by odbić się od dna, zanim ponownie upadł. Ja miałam ten luksusowy przywilej całkowitej uczuciowej znieczulicy. Brak człowieczych odruchów w tej walce stał się więc zarówno moją bronią, jak i tarczą.
Pozwoliłam sobie odwzajemnić jego pocałunek, tym samym dając mu złudną nadzieję na rychłą wygraną. Tak jak podejrzewałam, kiedy się odsunęłam, na jego wargach zagościł delikatny, choć triumfalny uśmiech. Dalej go zwodząc, musnęłam palcami jego obity policzek.
– Och, kochanie, tak wiele jeszcze musisz się nauczyć – westchnęłam, z pobłażaniem kręcąc głową. Daniel otworzył swoje sztucznie przyciemniane i pozbawione białek oczy, spoglądając na mnie ze zdumieniem. – Na własne życzenie wpakowałeś się w sam środek piekła. Uważaj jednak, żebyś podczas obcowania z innymi potworami sam przypadkiem nie stał się jednym z nich…




†††††††



Serdeczne dobry wieczór w ten paskudny, świąteczny weekend! 
Dawno mnie tu nie było, przyznaję, ale koniec końców z rozdziału jestem względnie zadowolona, więc chyba nie ma tego złego. Tym bardziej, że w końcu przeszliśmy do tej części historii, którą darzę największym uczuciem. Ta scena przechodziła w mojej głowie setki metamorfoz. I choć końcowy efekt diametralnie odbiega od pierwowzoru, uważam, że właśnie teraz zawarłam w nim wszystko to, co powinnam. W tej części Catherine ponownie się zmieniła, ku niezadowoleniu niektórych, dlatego też muszę uważać na to, co robi i mówi - w końcu nie jest już tą samą, sarkastyczną dziewczyną z Akademii.
Korzystając z okazji, bo w sumie rzadko udaje mi się wszystko zaplanować tak, by wyrobić się w czasie, chciałabym Wam życzyć wszystkiego najlepszego z okazji Świąt Bożego Narodzenia. Bogatego Mikołaja, jaki i świąt spędzonych w miłej, rodzinnej atmosferze. Dużo zdrowia, szczęścia, miłości i pomyślności na Nowy Rok. Wesołych! 💚

Do napisania,
Klaudia


sobota, 25 listopada 2017

Rozdział 62



"Wiem, czego tak rozpaczliwie pragniesz
A ty wiesz, że mogę dać ci to za darmo
Pozwól mi być tym, którego potrzebujesz
Ramieniem, w które szlochasz
Dawką, dla której jesteś gotowa zginąć
Mogę być twoim zabójcą bólu, zabójcą, zabójcą..."




Larissa szybkim krokiem przemierzała korytarz, zwinnie omijając uciekających w popłochu gości. Mnie niestety tym razem zabrakło jej gracji. Byłam rozproszona, nie mogłam się skupić. Napływająca do mnie panika Nocnych z czasem zaczęła mnie przytłaczać. Z trudem parłam na przód, próbując dotrzymać wampirzycy kroku. W tamtym momencie jednak marzyłam tylko i wyłącznie o tym, by zaszyć się w jakimś cichym kącie i odciąć od uczuć, które w gruncie rzeczy wcale nie należały do mnie. Może i przywykłam do obecności kilkunastu, nierzadko irytująco ambiwalentnych Nocnych, jednak nigdy nie miałam do czynienia z ich dziesiątkami. Doznanie było zbyt intensywne nawet jak na mnie – osobę właściwie zrodzoną z bólu.
Wampirzyca zatrzymała się, widząc, że nie daję rady z dotrzymaniem jej tempa. Widziałam, jak jej usta się poruszają, ale nie byłam w stanie wyłapać sensu padających z nich słów. Stopniowo w zapomnienie odchodziły okrzyki, odgłosy wystrzałów, nawet bicie mojego własnego serca. Tylko raz w życiu znalazłam się w podobnym stanie – kiedy napiłam się krwi Daniela wraz z zawartą w niej trucizną. Wówczas stałam się otępiała, stopniowo zaczynałam tracić władność w poszczególnych częściach ciała. Stan, w którym aktualnie się znajdowałam, do złudzenia przypominał tamten. Spróbowałam więc wysilić szare komórki i przypomnieć sobie moment, w którym wypiłam coś, co niekoniecznie było przeznaczone dla mnie. Jednak wszystkie płyny, które przyswoiłam tej nocy, pochodziły ze sprawdzonego źródła. Chociaż…
Nie, to niemożliwe.
Ignorując wrzeszczącą coś do mnie Larissę zmusiłam się do uniesienia dłoni. Kiedy po dwóch nieudanych próbach w końcu mi się to udało, dotknęłam kciukiem swojej wargi. Przesunęłam opuszkiem wzdłuż jej krawędzi, czując nieprzyjemne mrowienie.
Korytarz wokół nas pomału zaczynał pustoszeć; zrobiło się ciszej i jakby przytulniej. Z opóźnieniem dotarło do mnie, że to nie dlatego odczułam tę dziwną ulgę – to Larissa stała za nagłą zmianą otoczenia. Musiałam na moment kompletnie odlecieć, bo kiedy otworzyłam oczy, nadal znajdowałam się na podłodze, ale tym razem były to białe, łazienkowe płytki.
– Nóż – wycharczałam, podrywając głowę do góry.
Nie słyszałam odpowiedzi, która padła z ust Larissy, przeczuwałam jednak, że zaczęła stawiać opór, bo nie wsunęła broni w moją dłoń. Czując wzmagający się z każdą minutą paraliż górnych kończyn, wiedziałam, że nie zostało mi wiele czasu. Spróbowałam powtórzyć więc swoją prośbę, tym razem jednak nieco bardziej władczym tonem, ale bezskutecznie – zupełnie jakby język odmówił mi posłuszeństwa. Postanowiłam więc postawić wszystko na jedną kartę i improwizować.
Wbiłam paznokcie w przedramiona najgłębiej, jak potrafiłam. Uśmiechnęłam się zwycięsko, czując wilgoć pod palcami. Wraz z każdym kolejnym, o wiele szybszym biciem serca, wywołane trucizną zamroczenie zaczynało mnie opuszczać. Świat odzyskiwał ostrość i kolory, wróciły również dźwięki. Wciąż czułam to dziwne otępienie gdzieś z tyłu czaski, ale w porównaniu z tym, co przeszłam dotychczas, to dało się wytrzymać.
– Królowo? O mój Boże, Królowo! – Larrisa musiała wyczuć jakąś zmianę w mojej aurze, bo upadła na kolana naprzeciwko mnie, chcąc sprawdzić, jak się czuję. – Co się przed chwilą stało?
Spuściłam głowę, by dostrzec ogrom dokonanych przeze mnie zniszczeń. Na szczęście ochlapana krwią suknia ślubna była jedyną oznaką tego, że jeszcze przed chwilą z własnej woli podcięłam sobie żyły.
Ponownie przesunęłam kciukiem po ustach, tym razem nieco agresywniej, przez co nieumyślnie drasnęłam się kłem. Zassałam dolną wargę, próbując powstrzymać krwawienie.
– Pocałował mnie, sukinsyn – wyszeptałam, kręcąc głową z niedowierzaniem.
– Wiesz, że nie o to pytałam! – zirytowała się wampirzyca, łapiąc mnie za dłoń. – Prawie mi tu umarłaś, Catherine! Coś ty sobie myślała? Czy chociaż przez myśl ci przeszło, że… Hej! Co ty robisz, do cholery?
Chociaż wiedziałam, że nie będzie to łatwe, gdyż Issa sama z siebie nie odpuściłaby mi, postanowiłam odłożyć tłumaczenia na inny dzień. Wstałam, ignorując chwilowe zawroty głowy, po czym bez zbędnych wyjaśnień ruszyłam do drzwi. Nieuzbrojona, w dodatku niezbyt stabilna psychicznie i emocjonalnie. Ale dla swoich poddanych byłam gotowa się poświęcić.
Korytarz, ku mojemu zdumieniu, świecił pustkami. Czerwony dywan nosił ślady setek odcisków butów, ale nigdzie nie widziałam wyraźnych pozostałości walki, co nieco mnie uspokoiło.Równie kojąco działał na mnie panujący w pomieszczeniach półmrok. Kilka świec musiał wygasić przebiegający w kierunku wyjścia tłum spłoszonych Nocnych, jednak większość z nich wciąż płonęła; biało-złoty wosk spływał po kandelabrach, tworząc nieestetyczne zacieki.
Skąpany w ciemnościach hol szybko się skończył, a ja stanęłam w drzwiach salonu, który w porównaniu do innych pomieszczeń prezentował się najgorzej. Niewiele myśląc rzuciłam się w kierunku poległych, ignorując chrzęszczące pod moimi obcasami szkło. Pierwszy z Nocnych, do którego dotarłam, już nie żył. Zdusiłam okrzyk bezradności na widok okropnej rany postrzałowej na jego piersi. Nie miałabym nawet szansy, by go uratować, gdyż kula przebiła serce na wylot, ale mimo to czułam się koszmarnie ze świadomością, że nie było mnie przy nim, kiedy najbardziej tego potrzebował.
Catherine! – Larissa nie powiedziała nic więcej, dostrzegając ogrom zniszczeń. Nie czekając na mój rozkaz sama zaczęła sprawdzać pozostałych poległych.
Wiedząc, że mogę jej zaufać, pośpiesznie opuściłam salon. Poniekąd zrzekałam się  odpowiedzialności, ale nie widziałam innego wyjścia. Larissa mogła uratować kilka istnień, zawczasu wyciągając pociski i pojąc krwią. Ode mnie zależało jednak nieco więcej. Mogłam później pobawić się pielęgniarkę.
Dom zdawał się być kompletnie pusty. Spłoszeni Nocni wypełzli na ulice na krótko przed nadejściem świtu, co przerażało mnie jeszcze bardziej niż dokonana w salonie zbiorowa masakra. Miałam cichą nadzieję, że ocalałym uda się w porę schować. Nie było chyba nic gorszego niż śmierć poprzez spalenie. Mnie osobiście to nie groziło, ale z relacji poddanych wiedziałam, że słońce nie bez przyczyny tak bardzo ich przerażało.
Nogi właściwie same poniosły mnie w kierunku skrzydła medycznego. Na widok rozczłonkowanego ciała Davida, strażnika izolatki Masona, momentalnie zrobiło mi się słabo. Jako osoba stojąca na czele jednych z największych żyjących na ziemi potworów, powinnam była przywyknąć do tego typu widoku, ale za każdym razem szokował mnie on tak samo. Rozumiałam gniew, nawet sadyzm. Ale to przekraczało jakiekolwiek granice moralne. I nawet ja, osoba która widziała i zadawała śmierć na różne sposoby, nie potrafiłam tego zaakceptować.
Drzwi izolatki połowicznie wypadły z zawiasów, kiedy więc pchnęłam je, chcąc zajrzeć do środka, wydały przeraźliwy zgrzyt i przechyliły się nieznacznie w moją stronę. Niewiele myśląc porzuciłam swoje niewygodne i kompletnie niepraktyczne szpilki i jednym, sprawnym kopniakiem spróbowałam je wyważyć. Udało mi się to dopiero przy drugim podejściu, z racji iż drzwi te należycie przerobiono i wzmocniono.
Tak jak mogłam się tego spodziewać, w izolatce nikogo nie zastałam. Rozdarta kołdra była jedyną oznaką szamotaniny, która się tu odbyła. Tłumiąc szloch podeszłam do łóżka, na którym jeszcze kilka godzin układałam do snu rozgorączkowanego brata, i dotknęłam szorstkiego prześcieradła.
– Co oni ci zrobią, braciszku? – wyszeptałam, czując wzbierające pod powiekami łzy.
Nie byłam najlepszą siostrą, ale to samo można było zarzucić Masonowi. Głównym powodem występujących między nami spięć było to, że nie potrafiliśmy sobie należycie zaufać. Ale czy można się temu dziwić? Mason umarł – przynajmniej dla mnie. Pochowałam zarówno jego, jak i rodziców. Kiedy więc wrócił, i w dodatku zaczął się rządzić, nie mogłam traktować go tak, jak dawniej. Tym bardziej, że wskutek niezrozumiałych dla mnie zdarzeń pomału zaczynał wariować. Rozmowy z nim drażniły mnie, a nie sprawiały przyjemność. Operował mnóstwem symboli, jego słowa były tajemnicze i zagadkowe. Prawdopodobnie nie miały nawet żadnego ukrytego dna, a były jedynie bełkotem szaleńca. Zmieniliśmy się nie do poznania. Nie było nawet co ukrywać, że poza wspólną przeszłością i niefortunnym nazwiskiem nic więcej nas nie łączyło.
Mimo to wciąż mi na nim zależało. Szczególnie po tym, co dostrzegłam w nim tego wieczoru. Mason był zwyczajnie zagubiony. Działo się z nim coś złego, ale ja skrupulatnie odpychałam od siebie tę myśl, nie chcąc sobie dokładać problemów, których miałam już wystarczająco dużo. Pokładałam w schorowanym, szalejącym bracie zbyt duże nadzieje. Miałam nadzieje, że sam sobie ze wszystkim poradzi, tak jak to robił, gdy byliśmy młodsi. Właśnie dlatego, że potrafił sprostać wszystkim przeciwnością tak bardzo go podziwiałam. Był silny, nieustraszony. Dlaczego kilka rzekomo proroczych snów miało go złamać, skoro ja sama zmagałam się z gorszymi wizjami?
Byłam egoistką. A teraz Mas mógł przypłacić to życiem.
Odgłos innego, bijącego w tym pokoju serca na moment wytrącił mnie z równowagi. Nie miałam jednak szansy zastanowić się, czy ten cichy, miarowy stukot nie jest jedynie wytworem mojej wyobraźni, bo w tej samej chwili ktoś się na mnie rzucił. Zorientowałam się zbyt późno o napastniku, dlatego też nie udało mi się uniknąć starcia. Mój nieudolny unik na nic się zdał, ponieważ spóźniłam się z nim o kilka sekund. Nieznajomy wampir powalił mnie na podłogę, opadając na mnie całym ciałem, dzięki czemu nie miałam szansy, by mu się wywinąć. Spróbowałam chociaż obrócić głowę, by na niego spojrzeć, ale tym razem również mnie ubiegł. Docisnął moją twarz do zakurzonej posadzki, nie bawiąc się w uprzejmości. Jęknęłam głucho, ale poza tym nie dałam po sobie poznać, jak bardzo niekomfortowe jest dla mnie moje obecne położenie. Nie zamierzałam dawać mu tej satysfakcji.
– To przed tobą mieliśmy drżeć? – parsknął. Jego głos wręcz ociekał jadem. – To ciebie Ona tak bardzo się obawia?
Spróbowałam przełknąć ślinę i się odezwać, ale siła jego ucisku niemalże zmiażdżyła mi krtań, przez co nie było to takie łatwe, jak sądziłam, że będzie.
– Jak tylko wstanę, pożałujesz, że kpiłeś z Królowej.
– Czyżby, słonko?
Tego wieczoru po raz kolejny moja masochistyczna natura wzięła górę, bo przy pomocy kłów znów zadrasnęłam się w wargę. Tak jak się spodziewałam, zapach mojej krwi na moment wytrącił napastnika z równowagi. Tyle jednak wystarczyło, bym uwolniła się z jego uścisku. Obróciłam się pod nim, przez co przez chwilę znajdowaliśmy się w dość jednoznacznej i wręcz intymnej pozie. Nie czekając jednak na kolejny atak z jego strony, chwyciłam go za nadgarstki i odepchnęłam do siebie. Mimo że włożyłam w tę czynność całą swoją siłę, nie udało mi się cisnąć nim o ścianę i chociaż na sekundę go ogłuszyć.
Przełykając ślinę zmieszaną z krwią, wstałam. Nocny nie był głupi i szybko poszedł w moje ślady. Przez chwilę po prostu mierzyliśmy się spojrzeniami, opracowując kolejny atak. W myślach jednocześnie wyklinałam Willa i suknię ślubną, którą miałam na sobie. W porównaniu z ubranym w mundur i w pełni uzbrojonym wampirem prezentowałam się jak wariatka.
Ale czyż to właśnie nie szaleństwu zawdzięczałam swoje zdolności?
– No dalej, słonko – rzuciłam, próbując go sprowokować. Nie byłam dobra w rozpoczynaniu walk. Co innego z ich kończeniem. – Masz okazję skończyć to, co zacząłeś.
Wampir przyglądał mi się, z zaciekawieniem przechylając głowę. Jeszcze zanim się odezwał, wiedziałam, o co mu chodzi. Nie tylko mój puls przyśpieszył, nie tylko moje serce biło szalonym rytmem. Dla postronnego obserwatora mogło być to nieco dezorientujące.
– Och, a więc dlatego jesteś taka wyjątkowa – parsknął. – Może to i lepiej? Dzięki temu upiekłbym dwie pieczenie na jednym ogniu. A jaka Królowa byłaby ze mnie dumna! Sprzątnąłbym zarówno jej marną imitację, jak i księżniczkę
Jeśli chciał mnie wkurzyć wzmianką o dziecku, srogo się przeliczył.
– O ile wcześniej ja nie zgotuję ci losu gorszego od śmierci.
–Ty? Co ty mi możesz zrobić?
Chociaż powtarzałam niczym mantrę, że jedynie spokój mnie uratuje, nie udało mi się zapanować nad kłami. Kiedy się wysunęły, wraz z nimi pojawiła się ta cholerna potrzeba zabijania. Na chwilę żądza krwi dosłownie mnie zaślepiła. Właśnie w tamtym momencie pozwoliłam się sobie rzucić na Nocnego. Przyparłam go do muru bez zbędnych trudności. Mimo iż zaskoczyła mnie jego nagła uległość, nie zamierzałam stracić pozycji. Z nieskrywaną radością zanurzyłam dłoń w jego piersi, tylko dzięki nagłemu przebłyskowi rozsądku nie wyrywając mu od razu serca.
- Chcesz wiedzieć, co mogę ci zrobić? – zapytałam cicho. Mój głos ociekał chłodem i władczością, której się po sobie nie spodziewałam. – Co powiesz na mały układ? Ja pytam, ty odpowiadasz… Potem się zamieniamy, a ja zaznajamiam cię z najgorszymi torturami, jakimi pragnę cię uraczyć. Co ty na to?
Nocny milczał, ale wciąż dumnie unosił głowę i patrzył mi prosto w oczy. Mimo iż zadawałam mu ból, on starał się tego po sobie nie okazywać. Był dumny, podobnie jak ja. Czekała nas więc ciekawa rozmowa.
– Kim Ona jest?
Tak jak podejrzewałam, odpowiedź mnie nie usatysfakcjonowała.
– Jedyną godną Królową.
Przechyliłam lekko głowę, nie dając po sobie poznać, jak bardzo się na nim zawiodłam. Nieznacznie przesunęłam dłoń. Co prawda tylko ledwo musnęłam jego serce koniuszkiem paznokcia, ale tyle wystarczyło, by dumny wampir zmiękł. Przez jego twarz przebiegł grymas bólu, a z ust wydobył się urwany jęk, zdradzający więcej, niż podejrzewał.
Miałam go w garści. I to nie tylko pod względem metaforycznym
– Następnym razem mogę nie być taka łaskawa – ostrzegłam pozornie słodkim głosem. – Więc jak będzie, słonko? Współpracujesz czy nie?
– Wiem o niej tyle samo, co ty – wycharczał po chwili. W jego głosie pobrzmiewał żal. – Nie wiem nic o jej przeszłości. Znam tylko zamiary.
– Więc czego ode mnie chce? Dlaczego uwzięła się właśnie na mnie?
– Ona… ona…
Z kącika jego ust pociekła strużka brunatnej krwi, zaś całym jego ciałem wstrząsnął niezidentyfikowany dreszcz. Zaskoczona spojrzałam na jego pierś. Odrobinę cofnęłam dłoń, nie chcąc jeszcze definitywnie się go pozbywać. Miałam zamiar przed zabiciem go wyciągnąć z niego wszystkie niezbędne informacje, mogące pomóc mi zidentyfikować Nową Królową.
Jak się jednak wkrótce okazało, to nie tylko moje zabiegi pomału pozbawiały go życia.
– No co? – warknęłam zirytowana. – Skończysz dzisiaj?
– Ona próbuje… chce…
Zdumiona siłą kolejnego dreszczu aż wyrwałam dłoń z jego piersi. Nocny osunął się po ścianie na podłogę, poddając się kolejnej fali drgawek. Niczym zacięta płyta powtarzał kolejne, niemające sensu słowa, podczas gdy z jego ust, nosa, uszu, a ostatecznie nawet oczu zaczęła wypływać wymieszana z jakąś iskrzącą, srebrną substancją krew. Nie wiedząc, co się dzieje, ani jak mogłabym mu pomóc, po prostu patrzyłam, jak z mojego jedynego świadka powoli ucieka życie.
Czyżby o tych nieprzyjemnościach związanych z wyjawianiem Jej sekretów mówiła Larissa?
Okryłam martwe ciało Nocnego porzuconą na podłodze kołdrą. Do końca nie wiedziałam, dlaczego to zrobiłam – prawdopodobnie przemówiło przeze mnie coś w rodzaju instynktu macierzyńskiego. Nawet jeśli ten wampir dopuścił się czynów karygodnych, takich jak współpraca z inną Królową czy poćwiartowanie zwłok strażnika, ja pragnęłam podarować mu chociaż iluzję godnego pochówku.
Może i nie byłam taka jak on, ale czy to czyniło mnie lepszą? On tylko wykonywał rozkazy. Ja… ja je wydawałam.
Słysząc jakieś zamieszanie w północnej części hotelu, od razu skierowałam się w tamtą stronę. Wycierając dłoń w i tak poplamioną spódnicę, dotarłam do korytarza, do którego zaczynali wlewać się moi poddani. Ostatni z nich, blondyn którego nie rozpoznawałam, zatrzasnął za sobą drzwi, odcinając siebie i swoich towarzyszy od pierwszych promieni słońca, które ważyły się przedrzeć przez próg.
Jednym spojrzeniem spróbowałam ogarnąć wszystkich zebranych. Zliczenie ich kosztowałoby mnie zbyt wiele, ale oszacowana liczba i tak mnie satysfakcjonowała. Myśl, że moim poddanym nawet słońce niestraszne, zadziałała pokrzepiająco.
– Katerino! – Tłum rozstąpił się, przepuszczając biegnącego w moją stronę Williama. – Najdroższa, nic ci nie jest?
Machnęłam lekceważąco dłonią, bardziej skupiona na przeczesywaniu zebranych w poszukiwaniu tej jednej, konkretnej osoby niż jego wywiadzie.
– Tak. To nie tylko moja krew.
– A co z dzie…
– Skończ, Williamie – warknęłam, dopiero teraz zaszczycając go spojrzeniem. – Powiedziałam, że wszystko w porządku. Czego nie zrozumiałeś?
Szmer rozmów momentalnie ucichł. Kilkoro roztropniejszych Nocnych usunęło się w cień, lub przeszło do salonu, by pomóc Larissie w porządkach. Większość jednak została, by z zaciekawieniem przysłuchiwać się zbilżającej się kłótni.
Will drgnął, wyraźnie zaskoczony ostrą nutą pobrzmiewającą w moim głosie. Z reguły obchodziłam się z nim łagodniej nawet wtedy, gdy wyprowadzał mnie z równowagi. Tym razem nie zamierzałam jednak mu pobłażać. Dzisiejsze wydarzenia dość boleśnie uświadomiły mi, jak wiele kosztowało mnie bezgraniczne zaufanie do niego. Ba, do kogokolwiek.
Zauroczona wizją wysnuwaną przez Willa zupełnie zapomniałam, gdzie się znajdowaliśmy. A to przecież była wojna. Krwawa, nieprzewidywalna jatka, podczas której każdy mógł zdradzić każdego.
– Nie rozumiem twojego gniewu, najdroższa. To źle, że się o ciebie troszczę?
– To nazywasz troską? – prychnęłam. – Ten durny bal był twoim chorym wymysłem, na który ślepo przystanęłam, wierząc, że wyjdzie to nam wszystkim na dobre.
– Ale przecież zyskaliśmy sojuszników…
– Których wkrótce potem jakaś podszywająca się pode mnie dziwka rozstrzelała w salonie domu, który miał im wszystkim zagwarantować bezpieczeństwo! – wykrzyknęłam, tracąc nad sobą panowanie. Już nie tylko Will się wzdrygnął, zdumiony siłą mojego głosu. Nie chciałam nigdy stać się tą Królową, która wzbudza u swoich poddanych przerażenie i strach zamiast respektu, ale sytuacja wymagała ode mnie czegoś innego. – To wszystko, śmierć tych niewinnych ludzi, jest tylko i wyłącznie twoją zasługą, Williamie. Przez ciebie zniknął Mason! – dodałam, walcząc ze łzami na samo wspomnienie pochłoniętych szaleństwem czarnych tęczówek mojego brata. – Chciałeś rządzić, więc proszę bardzo. Przejmij na swoje barki tę odpowiedzialność, z którą ja muszę mierzyć się na co dzień.
Will, podobnie jak kilkoro Nocnych, upadł przede mną na kolana. Ja jednak dumnie zadarłam do góry głowę, zupełnie niewzruszona ich aktem poddania. Nigdy tego od niech nie oczekiwałam – pragnęłam przecież tylko ich miłości. Może więc dlatego uznali mnie za zbyt słabą, podatną na wpływy. Will wykorzystał moment mojego największego zagubienia. Pojawił się, kiedy sprawa z ciążą przytłoczyła mnie na tyle, bym znów zaczęła wariować, ofiarowując swoją pomoc. I dopóki nie była ona toksyczna dla mnie i moich poddanych, było dobrze. Sprawy jednak szybko się pokomplikowały, przybierając niespodziewany obrót, wskutek czego ponownie stałam się tą, której nie zależy.
– Teraz ja rządzę – wycedziłam. Chociaż nie patrzyłam tylko na Willa, słowa te kierowałam głównie pod jego adresem. – Koniec z przebierankami, planowaniem, układaniem mi życia. Nie jestem twoją pieprzoną laleczką, Williamie. A już tym bardziej pionkiem w twojej grze. Chyba się trochę zapomniałeś – dodałam ciszej, przesuwając ostrą końcówką paznokcia po jego policzku. – Jednak ponieważ wciąż mi na tobie zależy, podobnie jak na pozostałych, dam ci wybór.
– Cokolwiek zadecydujesz, najdroższa Królowo – wyszeptał, patrząc na mnie z pokorą.
– Wciąż możesz być moją prawą ręką – ogłosiłam, wierząc, że nie jest to pochopna decyzja, której lada chwila pożałuję. – Ale tytuł ten w żadnym wypadku nie daje ci prawa do rządzenia. Od tego jestem ja. A jeśli któraś z moich metod ci się nie spodoba… jeśli któremukolwiek z was się ona nie spodoba – doprecyzowałam, podnosząc spojrzenie na zebranych – pragnę jedynie przypomnieć, że zwolniłam nam się izolatka i nie będę miała żadnych oporów przed tym, by zatrzasnąć w niej dezertera.
Przez tłum przebiegł pomruk, który odebrałam jako sygnał przytaknięcia nowym zasadom. Wtedy dopiero uśmiechnęłam się, niczym matka, która po wymagającym kazaniu na temat najnowszego przewinienia jej dziecka postanawia z czułością pogłaskać je po głowie.
– To była ciężka noc – dodałam, wymownie spoglądając na znajdujący się po mojej lewej stronie salon. – Zasłużyliście na odpoczynek. Jutro się pozamartwiamy, okay?
William wstał ostrożnie, nie chcąc mnie jeszcze bardziej zirytować. Mój gniew do niego jednak zmalał, kiedy w końcu powiedziałam na głos to, co siedziało we mnie od kilku godzin. Udało mi się do niego nawet uśmiechnąć, gdy poprosił mnie o udzielenie mu prawa do głosu.
– Nie chciałbym cię rozczarować jeszcze bardziej, Królowo, ale jest pewna niecierpiąca zwłoki sprawa, której nie możemy odłożyć na jutro.
Uniosłam brew, nakłaniając go tym samym do kontynuowania przemowy. Zamiast tego Nocny uniósł dłoń, każąc tłumowi ponownie się rozstąpić. Zimny dreszcz przebiegł wzdłuż mojego kręgosłupa, kiedy w zakutym, klęczącym mężczyźnie, którego do tej pory nie dostrzegłam, rozpoznałam mojego zamaskowanego partnera.
Chłopak z wyraźnym bólem podniósł głowę, by na mnie spojrzeć. Kiedy jednak mu się to udało, przybrał uprzejmy wyraz twarzy, mający na celu zamaskowanie jego cierpienia. Co gorsza, mimo swojego niewygodnego położenia, miał jeszcze czelność uśmiechnąć się i w poufałym geście puścić do mnie oczko.
– Jak dobrze cię znów widzieć, księżniczko. Tęskniłaś?




††††††




Dobry wieczór! Jestem w sobotę, zgodnie z obietnicą. Z małym poślizgiem, ale jednak ;p

Wyznam Wam tak w tajemnicy, że się cholernie cieszę na następne rozdziały. Tak jak z początku miałam pewne obawy przed wprowadzeniem tego wątku, tak teraz, kiedy doznałam w jego kwestii małego olśnienia, wiem, że będzie dobrze. Musi! W końcu tak miało być od samego początku. Tak to się skończyło za pierwszym razem, tak skończy się również tym.

Ktoś coś, jakieś zażalenia, prośby, groźby? Cicho coś ostatnio w komentarzach... Jeśli czytasz, skrobnij coś! Ja w przeciwieństwie do Cat i jej Nocnych nie gryzę ;)

Buziaki, K.


sobota, 11 listopada 2017

Rozdział 61



"Miałem całość, większość, nieco, a teraz zupełnie nic z ciebie
Nie wiem, co powinienem zrobić, nawiedzany przez twojego ducha
Och, po prostu zabierz mnie do nocy, podczas której się poznaliśmy..."






Z każdą kolejną minutą coraz bardziej docierały do mnie okrutne skutki mojej alkoholowej abstynencji. W nowoprzybyłych było coś, co sprawiało, że dłonie z nerwów same zaczynały mi się trząść. Will próbował ponownie wkupić się w moje łaski i wyciągnął mnie na kilka minut do kuchni, gdzie mogłam chociaż trochę odetchnąć. Uzupełniłam również płyny, wierząc, że to pomoże utrzymać moją mroczną naturę na wodzy. Podejrzewałam, że stanie się coś złego, jednak w żadnym wypadku to nie ja chciałam zapoczątkować ciąg tych wydarzeń.
– Nie dam rady, Williamie – westchnęłam, odkładając pustą szklankę do zlewu. – A przecież nie podejdę do nich i nie spytam, czego tu szukają!
– Kompletnie nie rozumiem twoich obaw – mruknął zrezygnowany Nocny, podążając za mną w stronę wyjścia. – Mają pełne prawo tu być. Są w końcu naszymi pobratymcami. To tak, jakbyś nie ufała nam, najdroższa – zauważył, spoglądając na mnie wymownie.
– Jak mam ufać grupie nieznajomych wampirów w maskach karnawałowych? Dziwne, że tobie nie zapala się żadna ostrzegawcza lampeczka!
– Mamy po prostu do czynienia z nieco bardziej ekstrawaganckim klanem, to wszystko – skwitował. – Spróbuj ich ciepło przyjąć, dobrze?
Zrezygnowana skinęłam głową, po czym razem z Willem opuściłam pomieszczenie kuchenne. Miałam podążyć za nim do salonu, jednak w ostatniej chwili zmieniłam plan – zamiast odbić w lewo, obrałam przeciwny kierunek. Oglądając się przez ramię, aby sprawdzić, czy nikt mnie nie śledzi, ruszyłam w kierunku skrzydła medycznego i znajdującej się w nim izolatki Masona. Podczas pokonywania schodów o mało nie potknęłam się o materiał spódnicy, co dało mi kolejny powód, by nienawidzić Willa za ubranie mnie w to coś.
Strażnik zdziwił się na mój widok. Nieuprzedzony o moim nadejściu przez moment nie wiedział, jak się zachować. Szybko jednak zerwał się z krzesła i złożył w moją stronę głęboki, pełen szacunku ukłon. Uśmiechnęłam się do niego w podzięce i pośpiesznie wyjaśniłam, po co przychodzę. Nie powiedziałam mu o wszystkim; w końcu byłam Królową i nie musiałam nikomu się tłumaczyć. Wiedziałam jednak, że bez wstępnego raportu nie pozwoli mi przejść dalej. Nawet mnie ograniczały pewne prawa. A już szczególnie wtedy, gdy w grę wchodziło spotkanie z moim niezbyt stabilnym psychicznie bratem.
– Zaczekaj za drzwiami – poleciłam, przechodząc obok niego.
W izolatce jak zwykle było przenikliwie ciemno i chłodno. Roznegliżowanemu Masonowi jednak w żadnym wypadku to nie przeszkadzało. Nagi od pasa w górę kulił się za łóżkiem, obejmując ramionami podsunięte aż pod brodę kolana. Od czasu do czasu kołysał się lekko to w przód, to w tył, co sprawiało, że wyglądał na jeszcze bardziej osamotnionego i pokrzywdzonego.
– Mas? – rzuciłam ostrożnie, nie chcąc go wystraszyć.
– Kitty, o mój Boże, nic ci nie jest! – wykrzyknął uradowany, wyrywając się z dziwnego letargu, w jakim zastałam go od razu po wejściu. Brat rzucił się w moją stronę, by mnie uściskać, a ja w ostatniej chwili powstrzymałam się przed tym, by się asekuracyjnie nie wycofać. Jeśli chciałam z nim poważnie porozmawiać, prowokowanie go nie wchodziło w grę. – Tak się cieszę, maleńka! Już myślałem, że… Że to wszystko była prawda.
– Co widziałeś, Mas? – zapytałam cicho, ostrożnie go obejmując. Przywykłam już do myśli, że mój brat widzi więcej, niż powinien... nawet jeśli to nie były do końca dobre wizje.
Mason żałośnie pociągnął nosem. Miałam tylko nadzieję, że nie upaćkał mi sukienki, gdyż jeszcze w nienaruszonym stanie musiałam powrócić do gości.
– Ona tu jest, prawda, Kitty? Widziałaś ją?
Pogładziłam przestrzeń między jego łopatkami, jednocześnie zastanawiając się, czy tak wysoka temperatura ciała była czymś normalnym u wampirów.
– Nie wiem, o kim mówisz, braciszku. Musisz opowiedzieć wszystko od początku. Ale najpierw… – Delikatnie go popchnęłam, sugerując, byśmy przenieśli się w głąb pokoju. – Połóż się, Mas. Jesteś rozpalony.
– Ale nie bredzę! – wykrzyknął, próbując zawczasu obronić swoje stanowisko. – Naprawdę ją widziałem. Rozmawiałyście. A potem…
– Potem co?
Mason ostrożnie przysiadł na materacu łóżka i ukrył twarz w drżących dłoniach. Widziałam go przechodzącego przez różne stany emocjonalne, jednak jeszcze nigdy nie zachowywał się aż tak… żałośnie. Jakby nie był w stanie samodzielnie się kontrolować. Wyglądał, jakby z czymś walczył, a w dodatku samemu sobie próbował wmówić, że wszystko z nim w porządku.
– Potem była już tylko ciemność, Kitty. I wtedy się obudziłem. Z wrzaskiem. Przyszłaś, bo usłyszałaś mój krzyk, prawda?
W odpowiedzi tylko skinęłam głową, mając nadzieję, że to go uspokoi. Mój brat był w fatalnym stanie. W życiu nie przyznałabym się do tego, że przypomniałam sobie o nim tylko dlatego, że miałam jakąś sprawę.
– Przybyło kilkoro nieznanych mi wampirów, które niekoniecznie wzbudzają moje zaufanie – wyznałam po chwili, dochodząc do wniosku, że mogę mu o tym powiedzieć. – Boję się, że nastawią moich poddanych przeciwko mnie. Uważasz, że moje obawy są bezpodstawne?
– A czy wśród nich jest Ona?
Zacisnęłam powieki, próbując zwalczyć narastającą irytację. Ten jego szyfr pomału zaczynał mnie męczyć.
– Mason, błagam, nie wiem, o kim mówisz…
– O Alison! – wykrzyknął, czym wprawił mnie w totalne osłupienie. Naprawdę zaczęłam wątpić w to, że kiedykolwiek z jego ust padnie jakaś sensowna odpowiedź. – Jest tutaj?
– Nie znam żadnej Alison, Masonie – westchnęłam. – A nawet jeśli, dlaczego miałaby mi zagrażać? 
Mas wsunął obie dłonie we włosy i mocno szarpnął, strosząc niesforne, proszące się o przycięcie kosmyki. Zapobiegawczo dotknęłam jego ramienia, nie chcąc dopuścić, by zrobił sobie jakąś poważniejszą krzywdę.
– Znasz ją, Kitty. A ona zna ciebie. I szczerze tobą gardzi.
Powoli skinęłam głową, przeczesując pamięć w poszukiwaniu podanego przez brata imienia. Próbowałam nawet przywołać wspomnienia Kateriny, aby upewnić się, czy niejaka Alison nie próbuje zemścić się za krzywdy wyrządzone jej przez tą pierwszą Iwanównę. Niestety w głowie miałam jedną, wielką pustkę. Tak jak mówiłam, nie znałam żadnej kobiety o tym imieniu. A już na pewno żadnej takiej, która życzyłaby mi śmierci. A, nie ukrywajmy, takich osób zebrało się pokaźne grono.
– Ona ma plan, Kitty. Skoro pojawiła się tu osobiście, z pewnością będzie chciała dziś wdrożyć go w życie. Uważaj na siebie. Błagam. Ta kobieta jest… nieobliczalna.
– Połóż się, Mas – szepnęłam, próbując zabrzmieć jak najłagodniej. – Pobędę przy tobie, dopóki nie zaśniesz, dobrze?
– Ale wierzysz mi, Kitty? Wierzysz?
Pokiwałam głową, mając nadzieję tym drobnym gestem uśpić jego czujność. Patrzyłam, jak układa się na łóżku, a kiedy już to zrobił, dokładnie okryłam jego ciało kocem. Starałam się nie patrzeć na ślady zadrapań pokrywające jego ramiona i tors, ale ilekroć wynajdywałam kolejne, w dodatku krwawiące, moje serce pękało.
Czy mnie też szaleństwo pewnego dnia miało doprowadzić do takiego stanu?
Przykucnęłam obok łóżka Masona, chcąc znaleźć się na poziomie jego rozmętnionego spojrzenia. Brat posłał mi senny, ale mimo wszystko zadowolony uśmiech i wyciągnął ku mnie dłoń. Z dozą rezerwy splotłam nasze palce, kciukiem kreśląc kółka na wierzchu jego poranionej, rozpalonej dłoni.
– Zaśpiewaj mi, Kitty – poprosił Mason.
Spojrzałam na brata zaskoczona. Zdecydowanie nie takiego rodzaju prośby się po nim spodziewałam.
– A niby co miałabym ci zaśpiewać, Mas?
Na szczęście nie musiałam prezentować swoich zdolności wokalnych, gdyż mój brat zapadł w sen. Co prawda niespokojny, ale miałam nadzieję, że dzięki temu mimo wszystko chociaż odrobinę odpocznie. Ostatnie dni były dla niego wyjątkowo ciężkie. Po tym, jak podzielił się swoją krwią z Colem, zaczął fiksować bardziej niż zwykle. Dużo spał, ale kiedy się budził, nie wyglądał na wypoczętego. Wciąż majaczył coś o wojnie, śmierci i zdrajcy, ale ilekroć próbowałam wyciągnąć z niego coś więcej, zwyczajnie mnie zbywał.
Odczekałam chwilę, aby upewnić się, że na pewno zasnął, po czym dyskretnie opuściłam pomieszczenie. Czatujący pod drzwiami strażnik zlustrował mnie uważnym spojrzeniem, szukając ran lub jakichś innych śladów świadczących o tym, że brat zastosował wobec mnie przemoc. Nie odnajdując jednak żadnego dowodu jego winy, puścił mnie wolno. Niezbyt chętnie wróciłam do salonu, aby sprawdzić, jak wielkich zniszczeń zdążyli dokonać nieznajomi.
– Ach, tu jesteś. – Cole złożył czuły pocałunek na moim policzku, po czym bezceremonialnie porwał od razu na parkiet. – Ci nowi są świetni, gadałaś z nimi?
Próbując utrzymać pijackie tempo Turnera, rozejrzałam się po sali. Nic nie zwiastowało zbliżającego się zagrożenia. Wampiry obecne na naszym balu od początku zdawały się nie traktować nowoprzybyłych inaczej, wszyscy ze sobą otwarcie dyskutowali, pili i tańczyli. Maski na twarzach niektórych Nocnych zdawały się nikogo tak bardzo nie szokować – oczywiście poza mną. Ja byłam tym faktem szczerze poruszona.
– Ej, Cat, mówię do ciebie – mruknął Cole, delikatnie potrząsając moją dłonią.
– Co? – rzuciłam niezbyt przytomnie, dwukrotnie mrugając, aby złapać ostrość na twarz mojego udawanego narzeczonego. – Ach, tak. Znaczy nie. No, wiesz.
Cole pokręcił głową, śmiejąc się cicho.
– Nie, kotku, nie wiem. Czyżbyś nie była do końca trzeźwa? Will cię zabije, jeśli się dowie, że piłaś coś w swoim stanie…
– Chociaż ty mi tego nie wypominaj – mruknęłam, wywracając oczami. – Z Panem Przemądrzałym zdążyłam już się pokłócić.
– Jeśli chcesz znać moje zdanie, royal baby nie powinno zagrozić coś tak przyziemnego jak alkohol.
Skinęłam głową, przyznając mu rację.
– Tylko weź to wyperswaduj temu idiocie.
– Cóż, w razie gdybyś zapomniała, to twoje oczy potrafią czarować – prychnął Cole, lekko odchylając mnie w tył, kiedy utwór dobiegł końca.
Odmówiłam, kiedy Cole zasugerował, byśmy usiedli. W zamian odtańczyliśmy razem kolejny kawałek. Chociaż nie miałam ochoty tańczyć, chciałam jak najdłużej pozostać na parkiecie, gdyż stąd idealny punkt obserwacyjny.
Wyjątkowo nietypowe było to, że jeden z mężczyzn w masce przez cały czas wodził za mną i Turnerem spojrzeniem. I to nie byle jakim. Nie skłamałabym, gdybym powiedziała, że ten Nocny sprawiał wrażenie nie tyle rozzłoszczonego, co zazdrosnego. Drugim niepokojącym faktem było to, że nie mogłam odczytać jego uczuć, dlatego też musiałam bazować na zwykłej obserwacji. Jakkolwiek bym się nie skupiła, nie odbierałam z jego strony żadnego sygnału. Nic. Zupełnie tak, jakby ten facet w ogóle nie istniał.
Cole obrócił mnie, wcześniej oczywiście przestrzegając przed nadejściem nowej figury. Kiedy ponownie znalazłam się w pionie, tajemniczy mężczyzna gdzieś się przemieścił. Bezskutecznie spróbowałam odnaleźć go w tłumie. Koniec końców uznałam więc, że naprawdę go sobie tylko wymyśliłam. To nie byłby pierwszy raz, kiedy moje szaleństwo przybrało namacalną formę...
Po dwóch kolejnych, smętnych kawałkach Cole porzucił mnie, dochodząc do wniosku, że potrzebuję przerwy, bo zaczynam deptać mu palce. Przeprosiłam za moje dwie lewe nogi, ale w rzeczywistości wcale nie czułam się winna. Miałam tak wiele na głowie, że to i tak wyczyn, że nie zrobiłam czegoś poważniejszego niż tylko podeptanie swojego partnera na parkiecie.
Założyłam nogę na nogę, w myślach amputując sobie stopy. Szpilki uciskały mnie niemiłosiernie, jednak jak to uznała Larissa, nie miałam prawa ich zmienić. Według niej noszenie płaskich butów do takiej sukienki było czymś wręcz niestosownym. Nie chciałam się z nią kłócić; tym bardziej, że moja znajomość w tej dziedzinie nie była szczególnie obszerna. 
Czując, że ktoś mi się uporczywie przygląda, odwróciłam lekko głowę. Spodziewałam się znów zobaczyć tego tajemniczego, zamaskowanego mężczyznę. Z maską co prawda trafiłam, ale moją stalkerką okazała się być ubrana w krwistoczerwoną suknię kobieta. Skinęłam jej głową, nie chcąc wyjść na nieuprzejmą, ale kolejny krok pozostawiłam w jej gestii. Jeśli chciała ze mną porozmawiać, musiała podejść sama. Ja nie zamierzałam wpraszać się do nikogo na audiencje.
Dziewczyna, jakby czytając mi w myślach, wystąpiła krok do przodu. A potem kolejny, jeszcze jeden. Poruszała się z gracją i taktem, zupełnie jakby celowo chciała zacząć zwracać na siebie uwagę. Z miejsca odczułam, że się nie dogadamy. Podczas gdy ja wolałam unikać publicznych wystąpień, ona pragnęła przykuwać spojrzenia.
Odwróciłam twarz w stronę parkietu, nie chcąc dawać jej żadnej satysfakcji. Przyglądając się tańczącym, czekałam na mojego gościa. Nagle jakby spod ziemi przede mną wyłonił się mężczyzna w masce, którego jeszcze przed chwilą uznawałam za wytwór mojej wyobraźni. Dopóki nie złapał mnie za przegub i nie pociągnął w stronę parkietu, wyznawałam podobne stanowisko. Nie mogłam jednak dłużej zaprzeczać jego autentyczności, skoro czułam jego skórę tuż przy swojej. A także dlatego, że jego dotyk z każdym kolejnym krokiem zaczął zapewniać mi tym większy dyskomfort.
– Hej, może trochę spokojniej, masz Królową na ogonie! – warknęłam zirytowana, próbując wyszarpnąć ramię z jego uścisku.
Nocny dostosował się do mojej prośby i nieznacznie poluzował swój chwyt. Ponownie jednak zamknął mnie w mocnym uścisku, kiedy znaleźliśmy się w najdalej położonym krańcu parkietu. Kiedy dodatkowo nałożył o wiele za szybkie tempo do melodii, która rozgrywała się w tle, nie wytrzymałam.
– Co jest z tobą nie tak? Do ciebie chyba nadal nie dociera, z kim masz do czynienie!
Zlustrowałam go uważnym spojrzeniem od góry do dołu, próbując wyobrazić sobie, jak wyglądałby bez zasłaniającej połowę jego twarzy maski. W zasadzie nie wyróżniał się niczym od mężczyzn z tłumu; miał na sobie dobrze skrojony smoking i uzupełniająca całość muchę. Jednak coś w jego oczach… Wydawały się dziwnie płaskie i bez wyrazy, nie mogłam z nich wyczytać żadnych, nawet najbardziej podstawowych emocji. Zazwyczaj nie miałam z tym problemu. Te czarne, pozbawione tęczówek oczy, które dla innych były jedynie synonimem strachu i terroru, dla mnie stanowiły okno umożliwiające wejrzenie w głąb moich poddanych. Bez trudu potrafiłam odnaleźć ich prawdziwe ja uwięzione pośród mroku. Jednak w przypadku nieznajomego nie widziałam nic poza bezbrzeżną ciemnością.
– Kim jesteś? I dlaczego patrzysz na mnie tak, jakbym coś ci odebrała? – zapytałam, z żalem opuszczając ramiona. – Wiedziałam, że nie wszystkich od razu ku sobie zjednam, ale żeby od razu mnie nienawidzić?
Nieznajomy podniósł rękę ku twarzy i musnął palcami krawędź maski, jakby zastanawiając się, czy ją zdjąć. Ostatecznie jednak tylko pokręcił głową i wyciągnął ku mnie dłoń, oferując kolejne podejście do tańca.
Z westchnieniem przyjęłam jego propozycję. Jego milczenie, choć niewątpliwie mnie niepokoiło, niosło ze sobą również coś kojącego.
Wtuliłam się w Nocnego, pozwalając sobie odprężyć się jego silnych objęciach. Miał w sobie coś, co gwarantowało mi namiastkę… Sama nie wiem, domu? Czułam się przy nim dziwnie spokojnie i po prostu dobrze. Dawno już nie doznałam czegoś takiego. Prawdę powiedziawszy tęskniłam za stanem całkowitego wyłączenia. Odkąd stałam się pełnoprawną Królową, a na mojej głowie spoczęła cała masa obowiązków, moim jedynym marzeniem było móc choć na moment odciąć się od tego wszystkiego.
I było to możliwe właśnie przy tym wampirze.
Odnalazłam się w narzuconym przez niego rytmie. Mimo iż nasz taniec w żaden sposób nie przypominał znanych klasyków, bez trudu odnajdywałam kroki. Możliwe że to dlatego, iż figury nie były zbytnio skomplikowane, podobnie jak melodia, która raz po raz wznosiła się i opadała niczym nadmorskie fale muskające mokry piasek na brzegu. Nieco tajemnicza, ale jednocześnie łagodna i niosąca nadzieję, zupełnie jak ramiona obejmującego mnie mężczyzny.
Nieznajomy zsunął dłoń na moją talię i ostrożnie przesunął kciukiem wzdłuż jej wgłębienia. Zaskoczona tym poufałym gestem na moment wybiłam się z rytmu.
– Ja… Dlaczego mam wrażenie, że skądś cię znam? – zapytałam cicho, w poufałym geście opierając czoło na jego ramieniu.
Nieznajomy, tak jak się tego spodziewałam, nie odpowiedział. Zamiast tego obrócił mnie dwukrotnie, przy drugim razie niechybnie puszczając moją dłoń. Trzeci obrót wykonałam już samodzielnie, na koniec ponownie wpadając w jego ramiona.
I wtedy już wiedziałam.
Przestaliśmy tańczyć. Staliśmy przytuleni w kącie pomieszczenia, walcząc z własnymi myślami. Nie potrafiłam odczytać emocji, które nim targały, jednak domyślałam się, że były równie sprzeczne i gwałtowne co moje. Przytłoczona nadmiarem wspomnień potrafiłam jedynie trwać w bezruchu i zaciągać się jego znajomym, choć jednocześnie tak bardzo obcym zapachem.
– Pamiętam – wyszeptałam, przesuwając dłonie w górę jego ramion. – Wszystko pamiętam. Więc jak… Jak ty… To niemożliwe.
Podniosłam wzrok, czekając na jakąś reakcje z jego strony. Zamiast odpowiedzi została jedynie odepchnięta na bok, porzucona niczym niechciana i uciążliwa stara rzecz. Wampir odszedł, lawirując między tańczącymi na parkiecie w kierunku wyjścia. Niewiele myśląc ruszyłam za nim. Nie odważyłam się jednak zawołać go po imieniu. To wszystko wciąż zdawało mi się być jedynie pięknym, choć zupełnie odrzeczywistnionym snem, w który nieprędko – o ile w ogóle – miałam uwierzyć.
Przez zamieszanie, które nagle zapanowało w salonie, zupełnie straciłam go z oczu. Spanikowana rozglądałam się wokół, bezskutecznie szukając znajomej, wymagającej wizyty u fryzjera czupryny.
Do rzeczywistości przywróciło mnie mocne szarpnięcie w tył.
– Królowo, musimy uciekać! – wykrzyknęła Larissa, próbując przekrzyczeć zgiełk. – Był atak… nie zdążyliśmy… schować!
Wyłapywałam tylko pojedyncze słowa z jej wypowiedzi. Postanowiłam jednak przestać jej się opierać i pozwolić, by bezpiecznie mnie stąd wyprowadziła. Doskonale wiedziałam, ile strat jest w stanie spowodować wściekły, spanikowany, nierozumiejący rozwoju wydarzeń tłum.
A jednak, pomyślałam gorzko, wpatrując się w uciekającą kobietę w masce. Może Will w końcu zrozumie, czym grozi lekceważenie mojej intuicji…



†††††


Dobry wieczór! Rozdział pisany pod wpływem impulsu i Piccolo, lojalnie ostrzegam. Bardzo długo zastanawiałam się, czy wplatać do trzeciej części ten dość kontrowersyjny wątek. Ostatecznie zrobiłam to, ale wciąż nie czuję się przekonana. Zaszłam już tak daleko, nie chcę niczego spieprzyć... A to jest niewątpliwie spore utrudnienie. Ale, kto wie, może nie będzie tak źle?
Długo przygotowywałam się do tej sceny. Przede wszystkim fizycznie, bo w głowie już od dawna widziałam ich, razem, tańczących... Tak jak to zwykło być. Z reguły jednak coś, na co długo czekamy, w konsekwencji średnio nas zadowala. I właśnie tak jest z tym rozdziałem. Wiem, że mogłam zrobić to lepiej, w końcu inaczej to sobie wyobrażałam...
Jednak teraz, kiedy słucham przytoczonego w tekście utworu Abla tak się zastanawiam... Czy coś, co jest oprawione muzyką od niego, siłą rzeczy nie jest chociaż bliższe ideałowi?

Miłego dnia/wieczoru. 
Pozdrawiam, K.